|
WIELKIE W MAŁYM ⁷
WIELKIE W MAŁYM ⁷ |
wielkie dębowe wrota zamykają się
z głuchym potężnym echem
za naszymi bohaterkami
odcinając
blask luksusowych butików
i zgiełk konsumpcji
kura i krowa stają na progu
monumentalnej pustej katedry
strzeliste gotyckie łuki
giną w mroku
wysoko nad ich głowami
a przez gigantyczne witraże
sączą się
krwiste i szafirowe
strugi światła
w powietrzu unosi się
chłód starego kamienia
wosk i woń kadzidła
kura wciąż mając na głowie
wielki czarny kapelusz gucci
kroczy dostojnie
wzdłuż nawy głównej
a jej pazury
stukają o marmurową posadzkę
wszystko co wielkie
rodzi się w ciszy
i zmierza ku nieskończoności
ogłasza szeptem
unosząc zielony od glinki dziób
ku sklepieniu
moja droga
to jest kurnik ostateczny
to tutaj wykluwają się
najgłębsze prawdy
o wszechświecie
krowa idzie z tyłu
z jej rogów
wciąż osypuje się
sucha maseczka z alg
mija potężną
kamienną chrzcielnicę
wypełnioną po brzegi wodą święconą
muuuu
pyta cicho
a jej basowy ryk
niesie się echem
po pustych nawach
czy to jest
jacuzzi
w którym rybki
poszły już spać
ostrożnie zanurza
w chłodnej wodzie
jedno kopyto
szukając masujących bąbelków
taka ignorancja
w tym miejscu to grzech śmiertelny
fuka kura
wskakując
na rzeźbioną drewnianą ambonę
zawieszoną wysoko na filarze
rozpiera się na pulpicie
czując nagły
przypływ absolutnej władzy merytorycznej
głos wołającego na pustyni
ma największą siłę rażenia
krzyczy do pustej świątyni
to nie jacuzzi
a ja jestem
na mównicy
dla jednostek wybitnych
z tego miejsca
będę głosić kazania
o wyższości ziarna
i o potędze groszkowanego papieru
kura stroszy pióra
na rzeźbionym pulpicie ambony
czarny rondel gucci
rzuca cień na gotyckie święte figury
wszechświat jest wielką skorupą
głosi z wysokości
a my jesteśmy żółtkiem
które musi dojrzeć
do absolutnej prawdy
niechaj milczą ci
którzy nie znają ciężaru znoszenia idei
oto ołtarz czystego bytu
gdzie sypią się ziarna mądrości
a światło witraży
to nic innego
jak boska inkubacja
dusza potrzebuje
odpowiedniej temperatury
oraz grubego posłania
z najwyższej jakości
groszkowanego papieru pergaminowego
by wykluć z siebie geniusz
krowa tymczasem
nie słucha tej metafizyki
jej wielki brzuch
domaga się natychmiastowej ofiary
zanurza pysk
w gigantycznym wazonie
stojącym u stopni ołtarza
gdzie bieleją świeże luksusowe lilie
muuuu
mlaska z zachwytem
płatki pachnące kadzidłem
i drogim woskiem
spływają do jej gardła
niczym wykwintna sałatka
w modnym kurorcie
to jest ołtarz obfitości
myśli krowa zadowolona
choć ta zielenina ma dziwny
metaliczny posmak wotywnego srebra
żuje powoli i dostojnie
potężne zęby
miażdżą łodygi kwiatów
przeznaczonych dla świętych
gdy lilii brakuje
jej wzrok pada
na aksamitną czerwoną poduszkę
na której spoczywa mszał
czy to jest
nowoczesna sprasowana kostka kiszonki
o smaku malinowym
zastanawia się głośno
wysuwając długi szorstki język
by skosztować purpurowego materiału
zbezczeszczenie flory sakralnej
pieje kura z góry
jej głos aż drży od oburzenia
ty bezbożna konsumentko biomasy
podczas gdy ja
analizuję strukturę kosmicznego jaja
ty zamieniasz ten święty dom
w luksusową wegańską restaurację
zostaw ten aksamit
to nie jest pasza dla przeżuwaczy
to podstawa
pod manuskrypt oświeconych
krowa jednak
zniecierpliwiona brakiem siana w konfesjonale
oraz zbyt małą ilością kwiatów
wpycha się głębiej
w drewnianą skrzynkę
skoro nie dają tu rzeżuchy przez kratkę
westchnie ciężko
to chociaż zjem te małe
zasłonki z firanki
które wyglądają
jak jadalne liście kapusty morskiej
i zaczyna powoli
wciągać do pyska
koronkowy materiał konfesjonału
mieląc go w ciemnościach
z głuchym mlaśnięciem
znużona wielkością przestrzeni
wciska potężny łaciaty zad
do środka jednej z nich
myśląc że to
nowoczesna indywidualna zagroda paszowa
jej wielki nos
opiera się o drewnianą kratkę
za którą panuje absolutna ciemność
muuuu
wzdycha ciężko w mroku konfesjonału
ta obora jest bardzo ciasna
dlaczego przez tę dziurkowaną ścianę
nie podają siana
kura z ambony
dostrzega na samym końcu katedry
potężny złoty ołtarz
obok niego
wznoszą się
gigantyczne metalowe piszczałki
organy
spójrz na tę machinę
pieje natchniona
zeskakując z ambony
i pędząc w stronę chóru
to jest wielka
pneumatyczna suszarka
do piór dla aniołów
kto śpiewa
ten dwa razy się modli
a kto uruchomi te rury
ten posiądzie głos bogów
skrzydłem naciska
potężny biały klawisz
na konsoli organów
katedrą wstrząsa
potężny basowy akord
który wprawia w wibracje
wszystkie witraże
i kości krowy
dźwięk jest tak wielki
że pluszowe zabawki
ukryte pod krowim bokiem
zaczynają piszczeć ze strachu
dźwięk organów
wstrząsa fundamentami
monumentalnej świątyni
pełznie po kamiennych filarach
uderza w witraże
i wpada prosto
do ciemnego konfesjonału
krowa tuląc do siebie
pluszowe maskotki
zamiera z przerażenia
wibracje ryczących piszczałek
bierze za głos
samego stwórcy
który przemawia do niej
muuuuuuurety
odpowiada
potężnym żałobnym basowym ryczeniem
prosto w drewnianą kratkę
głos niesie się
potrójnym echem
po nawie głównej
idealnie strojąc
z organowym akordem kury
wybacz mi
zjedzenie bioporów i maseczki z alg
zdaje się błagać jej lament
to czysta poezja metafizyczna
pieje natchniona kura
uderzając skrzydłem
w kolejny klawisz
i dokładając do tego
heavymetalowy podtekst
ten apokaliptyczny duet
organów i rogacizny
budzi ze snu zaspanego kościelnego
starszy pan
w przyciasnej komży
wbiega do nawy głównej
przecierając oczy ze zdumienia
muzyka cichnie
a w blasku witraży
kościelny dostrzega widok
który przerasta
jego teologiczne pojęcie
z bocznego
rzeźbionego konfesjonału
wystaje wielki
łaciaty zad i ogon
nerwowo bijący o drewno
z wnętrza skrzynki
dobiegają ciche
przerażone piski pluszowych kurcząt
co u diabła
krzyczy kościelny
ruszając w stronę konfesjonału
z kluczem w ręku
zamiera w pół kroku
klucze w jego dłoni
brzęczą cicho
niczym przestraszone dzwonki
teologiczne filary jego świata
zaczynają pękać
z głośnym trzaskiem
oto sakrament pokuty
został zamieniony w bezwstydną
oborę gastronomiczną
koronkowa firanka
która przez dekady
skrywała grzechy parafian
teraz znika cal po calu
w potężnym czarnym pysku
wciągana niczym makaron spaghetti
w drogiej włoskiej restauracji
starszy pan łapie się
za serce
pod przyciasną komżą
święty ekspiacyjny tiul
krzyczy zduszonym głosem
zamieniony w przeżuwacz
kobieto
to znaczy krowo
to nie jest jadalna bawełna
to zasłona milczenia i skruchy
z wnętrza dębowego mebla
dobiega
tylko głuche
rytmiczne mlaskanie
absolutnego zadowolenia
oraz pełne pretensji
basowe mruknięcie
muuuu
gdy resztka materiału
ostatecznie znika za zębami
kościelny unosi ciężki mosiężny klucz
niczym miecz archanioła
profanacja materiałów tekstylnych
w miejscu kultu
wrzeszczy
jego głos łamie się
na wysokich rejestrach
wypluj to
ty łaciata bestio apokalipsy
w dębowym tronie miłosierdzia
nie przewidziano menu degustacyjnego
ani podwieczorków dla przeżuwaczy
kura rozpiera się jeszcze dumniej
poprawiając skrzydłem
rondo kapelusza gucci
nie zakłócaj procesu trawienia prawdy
pieje z góry tonem mentorki
ona nie grzeszy
ona asymiluje sacrum
jej żołądek to teraz
prawdziwe sanktuarium przemiany materii
a ty
sługo niskich progów
zamiast krzyczeć
przynieś jej rachunek
za tę wegańską kurację
albo lepiej przynieś ziarna
bo wielkość tej chwili
wymaga godnej oprawy agrarnej
kościelny robi krok do przodu
a przerażona krowa
czując że kelner w komży
jest bardzo niezadowolony
zaczyna
swoją paniczną furię ewakuacyjną
próbuje wyskoczyć
ze skrzynki
lecz jej pięćsetkilogramowe ciało
zaklinowało się
na amen między ściankami
zamiast wysunąć się
z konfesjonału
krowa unika pułapki
razem z całym dębowym meblem
stając na równe nogi
unosi konfesjonał
na swoim grzbiecie
niczym gigantyczną
drewnianą skorupę żółwia
z okienka z firanką
wystają tylko
jej zielone od alg rogi
oraz przerażone okrągłe oczy
muuurety
świątynia mnie goni
ryczy i rusza galopem
w dół nawy głównej
kura w czarnym kapeluszu gucci
zeskakuje z chóru
lądując na dachu mebla
prawdziwa wiara
przenosi góry
dębowy mebel
z łaciatym napędem
rusza z kopyta
niczym taran
natchniony hydrauliczną paniką
drewniana skorupa żółwia
w której tkwi pięćset kilogramów strachu
uderza w rzędy
ciężkich ław nawy bocznej
wióry lecą w blasku witraży
niczym sakralne konfetti
gdy krowa tnie przestrzeń na ukos
niosąc na grzbiecie
cały majestat instytucji spowiedzi
kura na dachu tej ruchomej wieży
rozpala się wewnętrznym ogniem
czarny kapelusz gucci
ani drgnie na jej głowie
gdy balansuje na krawędzi gzymsu
pędź moja ty droga
przed siebie
wrzeszczy ponad hukiem
łamanych klęczników
oto dynamizm absolutny
oto rzeźba
w procesie stawania się
prawdziwa idea
nie stoi w miejscu
ona galopuje
niszcząc po drodze
przestarzałe struktury
formy i materii
jesteśmy żywym manifestem
wolnego wyboru
pomiędzy paszą a wolnością
krowa ryczy basowo
gdy pod jej kopytami
rozgniatają się woskowe gromnice
zostawiając na marmurze
tłuste poślizgowe ślady
świątynia ucieka w tył
kamienne filary migają jak pnie
w gęstym lesie
muuuurety
tam nie ma światła
tam idzie ten pan z kluczem
lamentuje
wciągając resztki koronki
która wciąż łaskocze ją w gardle
dębowe ściany konfesjonału
trzeszczą
gdy ociera się
o monumentalną ambonę
nie lękaj się
karzącego ramienia kelnera
pieje kura
machając natchniona skrzydłami
jesteś teraz czymś więcej niż krową
jesteś wehikułem nowej ery
ponadczasową syntezą
architektury sakralnej i fauny
oto dąb i róg
tkanka i sacrum
połączone w jedno
z tego miejsca ogłaszam
zniesienie grawitacji intelektualnej
pędźmy
ku wyjściu
ku słońcu
ku nieskończonemu rynkowi
gdzie prosty lud
zobaczy wreszcie
jak wygląda
prawdziwy
nieokiełznany lot kurzej myśli
wrota wejściowe
rosną w oczach
wielkie dębowe skrzydła
zamknięte na głuchy skobel
krowa nie zwalnia
zamyka oczy
pluszowe kurczęta
pod jej bokiem
piszczą wniebogłosy
kura unosi dziób ku niebu
w geście ostatecznego triumfu
trzy
dwa
jeden
niech stanie się światłość
wrzeszczy z dachu
gdy pięćsetkilogramowy taran
uderza z potężnym hukiem
w samo serce zabytkowych drzwi
przerażona krowa
przenosi zabytki architektury
wrzeszczy triumfalnie
gdy krowa taranuje
potężne wyjściowe wrota katedry
z głośnym hukiem
wypadają na zewnątrz
prosto na słoneczny
miejski rynek
kościelny zostaje w progu
patrząc na uciekający
zabytkowy konfesjonał
z którego dachu
kura pozdrawia gapiów skrzydłem
zza firanki sypią się
pluszowe zabawki
kościelny wypada
w jaskrawy blask południa
przekracza próg
gdzie dębowe drzwi
leżą niczym powalone olbrzymy
jego przyciasna komża
łopocze na wietrze
jak żagiel sprawiedliwości
a mosiężny klucz
w spoconej dłoni
błyszczy w słońcu
niczym insygnium władzy ostatecznej
stój ty sakralny żółwiu
oddaj mienie parafialne
krzyczy
aż gołębie zrywają się z bruku
w panice godnej końca świata
jego stare buty
stukają gwałtownie
o granitowe płyty rynku
mija zdumionych przechodniów
którzy upuszczają
luksusowe torby z zakupami
starszy pan nie patrzy na blask witryn
widzi tylko jedno
uciekający zabytek klasy zerowej
na czterech kopytach
z którego bocznych okienek
niczym confetti
wciąż sypią się
piszczące pluszowe kurczęta
to jest kradzież z włamaniem
i bezczeszczeniem tekstyliów
sapie ciężko
czując że jego płuca
nie były gotowe
na taki dystans teologiczny
zatrzymajcie tę oborę na kółkach
wymachuje kluczem
w stronę straży miejskiej
ten mebel pamięta czasy królów
a teraz służy za schronienie
dla drobiu i bydła
jego sędziwy wiek
ustępuje miejsca
nagłemu przypływowi adrenaliny
gdy widzi jak krowa
skręca gwałtownie przy fontannie
rozlewając wodę na boki
niczym ruchoma chrzcielnica
w stanie amoku
kura z dachu konfesjonału
ogląda się przez ramię
poprawiając kapelusz gucci
spójrz na niego moja droga
spójrz na tego strażnika przeszłości
pieje natchniona
balansując na drewnianym gzymsie
biegnie za nami
cała biurokracja ziemska
z kluczem
który nie otworzy
już żadnych nowych horyzontów
on chce nas zamknąć
w schemacie grzechu i kary
podczas gdy my reprezentujemy
czysty bezwarunkowy
pęd ku wolności konsumpcji i ducha
przyspiesz
ty moja łaciata gazelo
kelner z kluczem traci już tchu
ale jego determinacja
jest godna lepszej sprawy
kościelny jednak nie odpuszcza
choć komża
lepi mu się do pleców
a pot zalewa oczy
wierzy że dopóki
trzyma w ręku mosiężny klucz
ma moralne prawo
do zatrzymania tej ryczącej konstrukcji
która właśnie
taranuje ogródek kawiarniany
zostawiając za sobą
chaos filiżanki espresso
i ślad zielonej maseczki z alg
na bruku
pędząca konstrukcja
sakralnohodowlana
dociera do centrum rynku
gdzie potężna marmurowa fontanna
wytryskuje kaskadami lodowatej wody
krowa zmęczona galopem
emocjami i ciężarem dębu
oraz przesuszona
słonym smakiem luksusowych lilii
hamuje gwałtownie
aż kopyta zgrzytają
na mokrym bruku
muuuu
wody
czystej wody
bez bąbelków masujących
ryczy potężnie
wysuwając łeb
przez okienko z firanką
i zanurza pysk prosto
w chłodnej toni miejskiego wodotrysku
pije łapczywie
ignorując rzeźbione amorki i nimfy
kura na dachu mebla
rozpostartymi skrzydłami
łapie równowagę
czarny kapelusz gucci
ocieka teraz pianą z fontanny
oto oaza na pustyni konsumpcjonizmu
ogłasza patetycznie
niemal spadając
oto chwila
w której biologia spotyka się
z estetyką architektoniczną
pij moja wierna towarzyszko
pij z tego źródła miejskiego nektaru
podczas gdy ja
będę odpierać zakusy
dawnego porządku
w tym samym momencie
dopada ich kościelny
jego oddech jest rzężący
a komża całkowicie przemoczona
ale oczy płoną
triumfem sprawiedliwości
amok ucieczki
zostaje przerwany przez brak kondycji
starszy pan z okrzykiem ostatecznym
wznosi mosiężny klucz
i rzuca się do przodu
mam cię
ty dębowy centaurze
ty profanatorko tiulu
krzyczy
usiłując zablokować kluczem
ruchomy ogon krowy
który wciąż nerwowo bije
o drewniane ścianki
łapie za rzeźbioną krawędź konfesjonału
niczym kotwice
która ma zatrzymać
ten uciekający zabytek
krowa czując
gwałtowne szarpnięcie z tyłu
oraz chłód żelaza na ogonie
przestaje pić
unosi wielki łeb
woda tryska z jej pyska
prosto na twarz
zszokowanego kościelnego
zmywając z niego
resztki teologicznego gniewu
i zastępując go
absolutnym totalnym zdumieniem
stoją tak przez chwilę
przemoczony starzec
z kluczem
krowa z konfesjonałem na grzbiecie
i kura która z dachu
zaczyna właśnie recytować
traktat
o nieuchronności zmian
społecznoustrojowych na wsi
kura widzi
że sekundy wolności
uciekają przez palce
przemoczonego kościelnego
czas na manewr ostateczny
na drastyczny krok awangardy
ogłasza z wysokości dębowego dachu
poprawiając skrzydłem
wielki czarny rondel gucci
poświęcenie jednostki jest ceną
którą sztuka płaci za nieśmiertelność
zdejmuje z głowy
luksusowy atrybut prestiżu
i niczym czarny dysk apokalipsy
niczym bumerang mody
rzuca go prosto w twarz
zszokowanego starca
kapelusz ląduje idealnie
na głowie kościelnego
odcinając go od światła rynku
i teologicznej racji stanu
ciemność od gucci
ogarnęła jego zmysły
krzyczy kura natchniona
zyskując sekundy przewagi
ale to za mało
wróg wciąż trzyma się
dębowego gzymsu
teraz wy
moje małe
piszczące bataliony wolności
skrzydłem sięga pod bok krowy
w mroczną szczelinę
gdzie ukryte pluszowe kurczęta
drżą ze strachu
wyciąga garść puszystych maskotek
ciska nimi
niczym gradem
puszystych pocisków taktycznych
prosto w ramiona
i komżę napastnika
pluszaki piszczą histerycznie
przy uderzeniu o mosiężny klucz
kościelny
oblepiony drobiem z fabryki zabawek
traci równowagę
na mokrym śliskim bruku
jego dłoń ześlizguje się
z rzeźbionego drewna konfesjonału
a mosiężny klucz
brzęczy głucho
upadając wprost do wody fontanny
wstrząs tektoniczny minął
droga wolna
pieje kura
łapiąc się pazurami dębowego szczytu
moja łaciata strzało
pędź ku zachodzącemu słońcu marketingu
wolność nie czeka na tych
którzy zbierają pluszaki z ziemi
zabiera kościelnemu swój kapelusz
krowa czując
że uścisk z tyłu zelżał
a wróg został sparaliżowany
daje ostatni
potężny sus susów
przez kawiarniane stoliki
dębowy mebel wraz z kurą
i resztką maseczki z alg
znika w bocznej uliczce
zostawiając rynek w stanie osłupienia
po chwili zatrzymują się
kura obchodzi mebel dookoła
z krytycznym błyskiem w oku
zielony od glinki dziób
stuka w dębowe ścianki
oceniając potencjał
luksusowomieszkaniowy zabytku
oto ramy nowego świata
ogłasza z dumą
wskakując
na boczną półeczkę dla penitenta
klasyczny kurnik odszedł
do lamusa historii agrarnej
dzisiejsza nioska
potrzebuje architektury z duszą
potrzebuje przestrzeni
która wymusza refleksję
nad każdym zniesionym jajem
to nie będzie zwykła grzęda
to będzie
Instytut Drobiowego Oświecenia i Designu
skrzydłem wskazuje
na ciemne wnętrze
gdzie siadał kapłan
a teraz wypełnia je krowa
tutaj
w strefie absolutnej ciszy
i dębowej izolacji akustycznej
powstanie loża vip
dla jaj z wolnego wybiegu
posłanie z pociętego na paski
groszkowanego papieru pergaminowego
zastąpi plebejską słomę
która rani delikatne pióra
a drewniana kratka
przez którą sączyły się ludzkie winy
posłuży za nowoczesny system wentylacji
i klimatyzacji sensorycznej
każde jajko wykluje się
w atmosferze głębokiej tajemnicy
i wyrafinowanego minimalizmu
krowa unosi powiekę
żując bezmyślnie znaleziony na ziemi
porzucony sznurek
od luksusowej torebki
muuuu
a gdzie będzie miejsce na paszę
gdzie koryto automatyczne
ignorancja znów przemawia
przez twoje żwacze
fuka kura
ten mebel nie służy
do karmienia ciała
moja droga konsumentko
on będzie karmił ego nioski
z wyższych sfer
okienko z brakującą firanką
stanie się wybiegiem modowym
z którego będę ogłaszać światu
dzienne statystyki nieśności
w rytmie heavymetalowych
symfonii organowych
przymyka oczy
z poczuciem absolutnego spełnienia
z dębowego
kurnika ostatecznego
będzie promieniować
nowa era drobiowego blichtru |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
Boreas |
2026.09.02; 14:00:27 |
| Wszystko jak w kalejdoskopie ale w konsekwencji świetne pisanie. Pozdrawiam z+ |
Super-Tango |
2026.09.02; 10:54:28 |
To długi, groteskowy i mocno absurdalny wiersz, który ośmiesza zderzenie sacrum, konsumpcjonizmu i pseudointelektualnego języka. Kura i krowa, trafiając do katedry, całkowicie opacznie interpretują jej symbole i przedmioty, przez co powstaje komiczny obraz świata, w którym luksus, religia, marketing i „wielkie idee” mieszają się ze sobą. Wielkie i podniosłe zostaje sprowadzone do małego, przyziemnego i absurdalnego, a jednocześnie małe zwierzęta zaczynają udawać wielkich filozofów i reformatorów. Całość można odczytać jako satyrę na konsumpcjonizm, snobizm, pusty patos i ludzką potrzebę nadawania banalnym rzeczom przesadnie wielkiego znaczenia.+)
Pozdrawiam serdecznie |
Amber N |
2026.09.02; 10:04:14 |
Kolejna wielka przygoda kury i krowy, pełna najprzeróżniejszych emocji, tym razem w katedrze.
Pozdrawiam, miłego dnia +3 |
Toyer |
2026.09.02; 09:17:14 |
| Masz ogromną wyobraźnię + |
Jan.K |
2026.09.02; 08:58:50 |
| ale się rozpisałeś - + - już jutro będę mógł głosować |
Anna z |
2026.09.02; 07:12:05 |
Niesamowity wiersz+1
Pozdrawiam serdecznie miłego dnia życzę |
|
|