|
W obszarze intymnej troski
W obszarze intymnej troski |
Zygmunt Jan Prusiński
W OBSZARZE INTYMNEJ TROSKI
Motto: "Tutaj widoki jak w kalejdoskopie.
Barwne, porywające...
Miasto z wzniesieniami w zielonej dolinie.
I do niego opis Erotyków..."
- Jolanta Bednarz -
Co jeszcze mi podpowiesz
ze świata dzieciństwa
czy może opromieniona
zalotami panienki
skupiasz myśli nad Wodzicą
ciągle żywym rytmem
kokietując brzegi
a kamyki lśnią w słońcu
jak gwiazdki na niebie...
Zapraszasz swojego poetę
by rozpisał i dzieje
w działach pulsującej erotyki
na obrzeżach
skupionej liryki -
choćby o tobie poetko.
Nie chcę ci zabrać więcej
pokochać ręce
które z okna machają
akurat mnie powracającego
a w progu twego domu
szeroki uśmiech
i kilka pocałunków...
W tej zielonej dolinie
przeżyjesz wiele ze mną!
6.2.2013 - Ustka
Środa 17:47
Wiersz z książki "Poetyckie tango"
Muza
http://photos.nasza-klasa.pl/22077582/1015/main/d2dd1f582f.jpeg |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
zygpru1948 |
2021.06.27; 14:11:26 |
Kazimierz Furman w oczach innych:
Twórczość Kazimierza Furmana to pewien etap, ważny dla świadomości dwudziestowiecznej. Najogólniej rzecz biorąc byłaby to świadomość proletariacka i wartości proletariackie. Zauważyć warto, że literatura polska, a poezja zwłaszcza była wiejska i szlachecka ze swej genezy. Świadomość proletariacka zaczęła się rodzić w XIX wieku. Wtedy był problem bardzo istotny i jest istotny do dziś: co to jest ta świadomość proletariacka i kto ją wytwarza? Jakie są skutki awansu społecznego? Właśnie ten pozorny awans był źródłem konfliktów wewnętrznych Furmana, jego krytycznego spojrzenia na literaturę i rzeczywistość, jego postawy życiowej. Z jednej strony Furman czuł wyjątkowość poezji jako zjawiska, wyjątkowość tych, którzy potrafią ją tworzyć, a z drugiej strony widział miałkość pozornych splendorów, odczuwał na własnej skórze trudy zmagań z codziennością.
Andrzej Krzysztof Waśkiewicz
Był chłopcem z marginesu, miał na nadgarstku wytatuowaną literę "U" co znaczyło "ultio", a po polsku brzmiało "zemsta". Był to znak, że kiedyś zetknął się przelotnie z satanistami-mścicielami. Nosił w uszach kolczyki, włosy wiązał w kitkę: miał modną w tych czasach, jak mówiła pani MM, "fryzurę łysych". Nigdzie nie pracował. Utrzymywał się z drobnego handlu, gry w karty, pieczeniarstwa. Pił bardzo mocną herbatę, piwo, wódkę, czynszu za mieszkanie nie płacił, w czym był podobny do malarza swego czasu, Andrzeja Gordona, ale za tego czynsz na ogół płaciło miasto, plastyków zawsze w Gorzowie faworyzowano. Pisał wiersze.. Wysyłał swoje utwory na różnorakie konkursy, by parę złotych zarobić, często konkursy wygrywał, nabrał nawet w tym względzie pewnej profesjonalnej wprawy. "Muszę obsłużyć lampkę górniczą" - mówił o konkursie śląskim. "Muszę obsłużyć Popiełuszkę" - mówił o konkursie, jaki ogłoszono w rocznicę zabójstwa księdza. Jego stosunek do tych konkursów był ambiwalentny: są wariaci, co ogłaszają konkursy do obesłania i wygrywania przez Furmana, tedy wypijmy ich zdrowie za ich pieniądze. Tu Furman był bliski demoralizującego tytułu-hasła Andrzeja Wajdy Wszystko na sprzedaż.
Zdzisław Morawski
http://artpubliteratura.blogspot.com/search/label/Furman%20Kazimierz |
zygpru1948 |
2021.06.27; 09:34:49 |
Kazimierz Furman (1949-2009)
* * *
Urodziłem się z łona jakiejś kobiety
Pamiętam że od razu coś mi się tu nie podobało
Krzyczałem a nawet wierzgałem jak koń bez powodu
Chociaż nie
Chyba byłem mordowany bo ociekałem krwią
I o to cały ten wrzask
Ta kobieta też krzyczała
Rozerwana na strzępy
Przypominała sobie wszystkich kochanków
I aż wstydzę się mówić co o nich myślała
Ale to nie jest grzechem w takiej chwili
I Bóg wybacza
Łasiłem się do jej piersi dwa może trzy lata
Ona wie to najlepiej
Grona sutek pęczniały mi na wargach
Karmiłem się ich widokiem
Oswajałem się z ciałem
Stawałem się jej kochankiem
Chciałem zanurzyć się w jej wnętrzu
Rozejrzeć się
Rozpoznać
Zapamiętać
Znów chciałem być z nią jednym
* * *
Umarł artysta Andrzej Gordon
Znawca żółcieni czerwieni i brązów
Kolorów tak ciepłych jak piersi kobiet
I opiekuńczych jak przytulny kąt
Umarł
Bo taka jest za życie cena
To na nic Hirku teraz wszystkie „gdyby”
Gdy jego wolą było to poznanie
My też wleczemy życie w tamtą stronę
Do odgadnięcia
Umarł też człowiek
Zjadacz fasolki po bretońsku w mlecznym barze
Pieszczoch szklanicy dupy i kobiecych ud
Kolega i brat
Nie chcę Go sądzić
Bóg który we mnie jest
Waha się nad każdym słowem zdania
Przecież tak łatwo palnąć jakieś głupstwo
A ono wryje się w pamięć jak w ziemię pług
Która w opiekę Go bierze
Jak matka niemowlę
Bo Andrzej był prawie jak niemowlę
Teraz wiosłuje w charonowej łodzi
W stronę Jasia Korcza
Który Go pozdrawia machając kapeluszem
Wpadli sobie w ramiona
Wspominają Gorzów
Mówią o pracowni
Jasiu mówi chichocząc
To ja Ci podłożyłem nogę
O nas nie mówią nic
Może nie warto mówić o umarłych
Bo życie jest śmiercią
Jeśli spojrzy się na nie z tamtej strony
Zatem cześć Andrzeju i do zobaczenia
W kraju wiecznie żywych
październik 1992
Z tomu: Brzemię (2009). |
zygpru1948 |
2021.06.27; 06:02:59 |
Ludwik Filip Czech - Lublin - baśniowa opowieść
Ryszard Kornacki wydał swoją kolejną poetycką książkę. Tym razem jest to Lublin z pamięci i snu. To 19 tom wierszy tego autora. Poeta pisuje również aforyzmy, opowiadania, wiersze dla dzieci. Jego twórczość jest obecna w Polskim Radiu i Telewizji. Tytuł ostatniej książki mówi sam za siebie – to podróż po rodzinnym mieście, sentymentalny spacer po miejscach pamięci, przechadzka śladami historii. Nie jest to jednak przewodnik po zabytkach, autor nie jest z zamiłowania kustoszem. Jego interesują ludzie. A jeśli opisuje już pałac biskupi, czy wieżę Trynitarską, to tylko z perspektywy przechodnia.
Bo mury nie są tak ważne jak człowiek. Bo to on mieszał do nich zaprawę, on stawiał kamień na kamieniu, zapełniał swoją benedyktyńską pracą płaski onegdaj krajobraz. W wierszu W oczach dziecka Lublin jest labiryntem bram, podwórek, piwnic. Łatwo się tutaj zgubić. Kamienice, kościoły budzą respekt. Ale również gwarantują schronienie. Są w oczach dziecka czułymi olbrzymami. W wierszu tym czytamy:
Moja kamienica
była wielkim dryblasem
pod wąsem
z klasy przerośniętych.
Zresztą wszystko tu było przerośnięte,
nad podziw ogromne
(…)
Najmniejszy z cudów byłem ja
I dobrze że jestem takim do dziś.
Zawsze mogę się schować
w moim mieście rodzinnym.
Zawsze mogę oswajać jego wielkość.
Literackim patronem Lublina jest dla autora Józef Czechowicz. Wspomina go już w pierwszym wierszu (Moje miasto). W Spacerze Lublin pretenduje już do miasta poetów - następców Czechowicza, którzy przechadzają się ulicą Graniczną, czy to pod postacią duchów, czy całkiem żywych wyrobników słowa. Za sprawą wyobraźni autora do tego grona dołączyli - Edward Stachura, założyciele i redaktorzy lubelskich pism (Kazimierz A. Jaworski, Tadeusz Kwiatkowski - Cugow), nawet Jan Kochanowski w towarzystwie krzepkiego nadal Henryka Kozaka. Wszyscy oni wchodzą w twórcze relacje z Kornackim, są ważnym elementem jego tożsamości, pociągają, inspirują. Zwłaszcza wtedy, gdy do głosu dochodzi ponura rzeczywistość. W wierszu W samo południe czytamy - "jestem sam jak pustelnik własnego wnętrza". W zgiełku politycznego bełkotu, absurdalnych wyborów, owa pustelnia wypełnia się cieniami z przeszłości - dobrą literaturą, dawną estetyką. Taka alternatywa pomaga przetrwać autorowi w chaosie i zadymce, pielęgnować świat minionych, bliskich jego sercu wartości. W wierszu tym czytamy:
Idę przez ogrody i pustynie nagrzane
miłością i nienawiścią
Mijam podarte flagi i transparenty
byle jakie hasła podobne są do oszczerstw i kłamstw
Mijam wymarłe miasteczka plugawe myśli i puste
słowa (...)
Jeśli mury stoją pokornie na swoim miejscu, to czas nieustannie pędzi. Wiruje w niezmiennym tempie karuzela pokoleń. "Ulicami chodzą teraz okularnicy nowego dnia" - czytamy w Powtórce z życia. W zgiełku współczesności coraz trudniej odnaleźć poecie stare tropy - ścieżki dzieciństwa, niegdysiejsze pejzaże. Nawet zieleń w miejskim ogrodzie wydaje się mniej soczysta. "Zostałem z tyłu - kulejący zawodnik", czytamy w innym tekście. W Pytaniach autor zastanawia się - "Czy mnie Lublin już nie chce?". Odpowiedz wydaje się prosta - Lublin, uwiedziony mozaiką nowych perspektyw podąża śladami trendów, stylów, mód. Upodabnia się, unifikuje. Traci, zdaniem autora, swój dawny, mieszczański sznyt. Jego tajemnicza aura ustępuje zarazie pospolitości. W taniej oprawie blednie nawet najcenniejszy klejnot. Dotyczy to również ludzi - ich wyjątkowości, zasług, talentów. Dla Kornackiego dawny Lublin jest zmiętą kartką ze starego kalendarza. Istnieje już tylko w rycinach, na pocztówkach Józefa Tarłowskiego. I jeszcze w oczach przyjaciół, świadków lat minionych, których lista obecności niepokojąco się kurczy. W Byliśmy razem czytamy:
A dziś:
Jacek - na Parysa
Andrzej na Granicznej
Jurek zawieruszył się
W tłumie przypadków
Wojtek - już w innym wymiarze
(...)
Ważny jest w tej książce wątek rodzinny (Moja Mama, Pośmiertne, W naszym domu), ale nie mniej istotny życiorys samego poety. Jego pierwsze fascynacje, odrębne postrzeganie świata, świadomy wybór na życie w innym wymiarze. Ten ostatni nie przystaje do społecznych oczekiwań, traktowany bywa pobłażliwie, w kontekście buntu, kaprysu, czasami jednostki chorobowej. Na artystę wywodzącego się z mieszczańskiej tradycji spada specyficzne odium, stygmatyzuje go, wyklucza z większości. Każe wierzyć w jakąś skazę, grzech pierwotny. W wierszu Tym razem rodzinne autor wymienia członków własnej rodziny, ludzi pobożnych, czułych, pełnych empatii. Stawia ich jednak w kontrze do siebie - poety-grzesznika, który porzucając racjonalizm - zawierzył słowu. Ze wszystkich profesji wybrał tą najmniej praktyczną, stojącą na fundamentach wyobraźni, czyli właściwie na niczym. Odnieść można wrażenie, że poeta czuje się winny, bo wszystkich zawiódł. Zamiast budować „na skale" poświęcił własne życie wartościom bez skali - duchom, mgłom, zapachom. Powyższy wiersz kończy konkluzja:
(...)
A oto ja grzesznik największy
ten co uwierzył słowu
bo ono było na początku
i sprzeciwił się mu
bo ono zbliża mnie do końca
Tomik Lublin z pamięci i snu czyta się z przyjemnością. Stylistyka nie przesłania tutaj komunikatu, czytelnik nie musi przedzierać się przez gąszcz metafor. Tak piszą tylko dojrzali poeci, dla których słowo jest nośnikiem konkretnej historii, nie tylko literackich ambicji. Wyjątkowym wierszem, nieco odmiennym stylistycznie jest Jaka siła?. Ale nie przytoczę go tutaj. Niech czytelnik tej recenzji zdobędzie się na wysiłek i kupi sobie niniejszy zbiór. Warto.
Książkę polecam.
Ryszard Kornacki, Lublin z pamięci i snu, Wydawnictwo ZET, Wrocław 2015, ss. 73. |
|
|