|
Ptaszynowe zwątpienie
Ptaszynowe zwątpienie |
Zygmunt Jan Prusiński
PTASZYNOWE ZWĄTPIENIE
Skorzystam z tego dnia
wszak nie pada i nie wietrzy
mogę układać wersy
na twoich udach i brzuchu
w scenariuszu będę skoczkiem
a to tu a to tam zabrzmi śpiew
nieodwołalnie poskracam kierunki
zbawcze jak odbicie cieni na skale
taki rozwinięty mogę sięgać
myślami i z przodu i z tyłu
ucałować boki dwa brzegi naraz
(wypuścić ptaszka niech rozpozna
jakie odległości go dzielą) –
wszak muszę ciebie dokarmić
życzenie spełnić a pod wieczór
na werandzie usiąść i pośpiewać
religijne psalmy o zakochanych
którzy mają wiele wspólnego
by w metaforach zasnąć…
18.07.2020 – Ustka
Sobota 12:00
Wiersz z książki „Anioł doliny”
autor ZJP
https://s24.flog.pl/media/foto/12220699_a-to-ja-zygmunt-jan-anatol-syn-wiatru-.jpg
Muza
https://s22.flog.pl/media/foto_300/11894828_moj-ogrod-i-japozdrawiam.jpg |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
zygpru1948 |
2020.07.24; 06:40:54 |
ANIOŁ DOLINY - część pierwsza
Dział: Kultura Temat: Literatura
Zygmunt Jan Prusiński
ROZTAŃCZĘ CIĘ W MIŁOŚCI
https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/1064957,aniol-doliny-czesc-i |
zygpru1948 |
2020.07.24; 06:39:26 |
Zygmunt Jan Prusiński
W BAGNISTYM MOIM ŚWIECIE, PTASZKI MALUJE SIĘ NA CZERWONO
Mogę sobie taki tytuł wiersza zażyczyć, nie zawsze,
ale dzisiaj są moje imieniny. Gdybym spotkał ślepca,
nie oszukałbym go, że to moje 58 imieniny.
Las za oknem woła do mnie. Jestem świadkiem
narodzin każdej rzeczy, które się rodzą bez naszej
wiedzy. Wiem, bo las mi mówi, to i owo. Las pokoju
i las spokoju. Tam chwytam za pióro i piszę, piszę
o złym moim świecie, gdzie ptaszki rysuje się
na czerwono. Lubię czerwony kolor. Noszę koszule
czerwone, noszę spodnie czerwone, noszę marynarki
czerwone. Tak się do tego koloru przyzwyczaiłem,
że nawet w moim domu zamalowałem ściany
na czerwono. I klatki też, przygotowane, gdybym
złapał takiego z licznych (czerwonych ptaszków).
A jest ich sporo, prawie na każdym kroku mijam się
na ulicy z czerwonymi towarzyszami. Wtedy patrzą
na mnie tym kolorem czerwonym, a ja cały czarny
demokratycznie, sypię na nich z góry śnieg z waty.
2 maja 2006 - Ustka |
zygpru1948 |
2020.07.24; 06:35:18 |
Marek Jastrząb
Nauka, to potęga!
Zaczęło się normalnie: zgłupieliśmy do cna. Zaczęło się od tego, że odnaleziono zagadkowy pęcherz mieszczący się pod naszymi fryzurami i nazwano go “mózgiem”.
Naukowców zaintrygował ten tajemniczy przyrząd, z którego, jak przypuszczali, wydobywa się nasze myślenie. Przy okazji dostrzegli, że niektóre jego sektory można pobudzać. Osobnik, umiejętnie trykany w bąbel, mógł reagować zgodnie z intencją badacza. W zależności od dźgnięcia w podrażnione miejsce, skręcał się albo z gniewu, albo ze śmiechu.
Odkrycie to wzbudziło sensację. A także niebywałe poruszenie wśród naukowców parających się wróżbiarstwem. Dotychczas uważano, że ów aparat jest naturalnym zbiornikiem przechowującym smarki. Jednak w obliczu rewolucyjnych odkryć pogląd ten wykopyrtnął się na nowych faktach i ulegał gruntownej rewizji, a z każdym następnym sprawozdaniem na temat poczynionych postępów w poznawaniu zawartości głowy, nasze oczekiwania rosły i otwierały się przed nami fascynujące perspektywy.
Ludzie z charłaczym pomyślunkiem, poczęli domagać się wzmocnienia palety swojej wyobraźni.
Prawnicy zabiegali o przystawki umożliwiające szybsze błądzenie wśród gęstwy przepisów.
Ludzie na służbowych posadach, błagali o przydział markowych widoków na świetlaną przyszłość.
Radni – dożywotnich diet oraz częstszych wyjazdów na Kajmany.
Nikt jednak nie domagał się turbiny z roztropnością.
Ale mimo to postarano się wykorzystać w praktyce nowy przebój i uruchomiono produkcję ZASILACZY.
Najlepiej sprzedawały się wkładki do uprawiania figlików.
Wzmacniacze z erotycznymi videoprzeżyciami, szły, jak woda.
Zwiększały obroty nie tylko u nabywcy, ale też stawiały na nogi puste konta elektrowni. Starczyło je kupić, podłączyć do kontaktu, by wyjść na zdatnego do wyrażania cielesnych uczuć.
Zachwycony delikwent ze sztyftem w potylicy kategorycznie odmawiał spania, jedzenia i przebywania z dala od gniazdka. Dni, noce i pozostały czas spędzał na rojeniach i spekulacjach.
Jednak nie ma niczego za darmo: okazało się wkrótce, że ludzi wciągniętych do igraszek z elektrodami, prześladuje tępota bez umiaru.
Powiększają im się wola, na zewnętrznej obudowie uwydatniają się rogowate wypustki przypominające szczęko nóżki, zęby tracą szkliwo i wypadają, a wzrost im się łachmyci.
Widok ten nie napawał niczym dobrym. Przeciwnie. W trosce o ratowanie zdrowia ludności cywilnej i urzędowej, poczyniono odpowiednie kroki: wydano apel o zaniechanie masowej produkcji pobudzaczy i wprowadzono na nie obowiązkową reglamentację, a wyroby krajowe obłożono podatkiem od dziwactwa.
Od tej chwili wszelkie przystawki miały być krótkotrwałe. Warsztaty nie przyjmowały ich do naprawy, jeżeli aparat był u właściciela dłużej, niż kwadrans.
Powiedziano, że skoro nie można inaczej, to niechaj już sobie będą, ale z lichego surowca, wyłącznie na dynamo lub kryształek.
Uchwalono, że mają się psuć równo co trzy minuty z dokładnością do pięciu miejsc po przecinku, a łóżkowym Rambo zaproponowano zbieranie znaczków i życie znowu rozpoczęło morderczą walkę z nudą.
17 maj 2008 |
zygpru1948 |
2020.07.24; 06:23:51 |
Marek Jastrząb
Kombatant
- na ucho powiem panu, że przed kataklizmem nazywałem się Lenin. Gdy mnie pytano, czy aby nie pochodzę z "tych", nie potwierdzałem, ani nie zaprzeczałem, robiłem skromną minę, że niby mógłbym coś o tym powiedzieć, ale że lepiej zrobię, nie mówiąc nic.
Szkoły nie skończyłem. Zacząłem, ale wtedy nie było mody na wykształcenie, no i ja miałem co innego na wątrobie. Prawdę powiedziawszy, przedtem tak samo na niczym mi nie zależało, ale wtedy nikomu na niczym nie zależało, byłem więc w dobrym towarzystwie, a tylko to się liczy.
Wyleciałem z niej właściwie bez powodu. Nawet nazwisko nie pomogło, chociaż powinno. Ale wtedy wiele powinno. Jak nastało polityczne skakanie przez płot, stwierdziłem naraz, że znowu jestem na właściwym miejscu; czułem się dopasowany do tapety.
I znowu miałem apanaże i gabinety, obdarzano mnie prezesurami, dopuszczano do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach, przewodniczyłem niejednej spółce, piastowałem, zasiadałem, bito mi brawka i miałem owacje, działałem na niwie i udzielałem się na polu.
I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągałem to, na czym mi zależało.
A teraz klops, bryndza, mało kto mnie zna. Przyjaciele puścili mnie w trąbę i poszli drzemać do sejmu, znowu są w nim solą ziemi, krwią z krwi, fundamentem, filarem i wyrocznią, cóż mi więc pozostało?
Podupadłem na poprzednim znaczeniu, skończyły się apanaże i bananowe wyjazdy na krzywy ryj. Wynająłem pokój, wstrętną klitkę za pieniądze z kapelusza. Gdyż musi pan wiedzieć, że uczęszczam do kościoła w celach zarobkowych, a czasem, skoro jestem sam, to modlę się za komunę.
Przychodzę tu, bo jest ciepło od świec. Zmieniłem nazwisko na mniej więcej zgodne z duchem czasu, lecz zdało się to na niewiele, bo przegrałem wybory i zabrali mi chałupę.
Niedużą rentę, funkcyjną jałmużnę, ot, głupie trzy tysiące, zabrali też i jestem dokumentnie goły.
Włosy mi wypadły, uczucia rozmiękły, wszystko mi dynda i na niczym mi nie zależy, zaś a o dobytku nie warto gęgać, toteż uprzejmie proszę o wsparcie -
18 luty 2008 |
|
|