|
O sposobie mówienia w poezji
O sposobie mówienia w poezji |
Zygmunt Jan Prusiński
O SPOSOBIE MÓWIENIA W POEZJI
Motto: "Jestem głęboko wzruszona cudem słowa,
co mnie porywa w taniec miłosny...
Dziękuję Ci za ten cud poezji, za ten cud miłości,
który mnie zbliża do Ciebie..."
- Katarzyna Białas -
Pourodzinowy wiersz
nie ma kaca,
jesteś nadal młodą sarenką
w Kolczastym Lesie -
wąchasz zapach jarzębin.
Suszysz te moje słowa,
jak liście jesienne -
chowasz je do swojego skarbca
by nikt ci je nie wyrwał
siłą wiatru.
Przed nami Szlak Miłości
zupełnie inny piszę scenariusz
w odstępach twoich kroków -
nie ma zamieci i krzyku
- (Poezja to nasza matka)!...
Kochaj swego poetę,
który myślami kroczy po plaży
i zdobywa wiedzę o tobie
w każdym dźwięku -
nawet szmer twego ciała
słyszy na odległość...
12.10.2010 - Ustka
Wtorek 7:25
Wiersz z książki „Niebieski blues”
autor ZJP
https://m.salon24.pl/94324ce592c123ffb6cb11a095912fa8,860,0,0,0.jpg
Muza
http://static.jpg.pl/static/photos/254/254371/5b9bb431de6be7fb6072377763ab4843_normal.jpg |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
zygpru1948 |
2020.12.28; 16:07:28 |
PRZESZEDŁEM TĘ PRZEŁĘCZ - część czwarta
Dział: Kultura Temat: Literatura
Zygmunt Jan Prusiński
OBRAZY PAULA GAUGUINA W WIGILIĘ
https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/1101922,przeszedlem-te-przelecz-czesc-iv |
zygpru1948 |
2020.12.28; 07:56:13 |
Piękne słowa i obrazy - strona druga
http://dobrytarot.pl/showthread.php?tid=506&page=233 |
zygpru1948 |
2020.12.28; 07:53:43 |
UWAŻNOŚĆ:
Szufelka, otręby
Magda Heydel
W jego poezji chodzi nie tylko o uważny, oparty na doznaniu opis, ale również i o to, żeby nie dać się za bardzo ponieść
Ten artykuł jest częścią numeru tematycznego UWAŻNOŚĆ. Zobacz wszystkie artykuły z tej serii.
W wywiadzie-rzece, zatytułowanym „Stepping Stones”, Seamus Heaney wspomina bardzo wczesny i nieoczekiwany dla samego siebie moment twórczej samoświadomości. W szkole podstawowej, pisząc wypracowanie pod tytułem „Nad morzem”, wymienił szereg oczywistych i przewidywalnych, choć niekoniecznie rzeczywiście mających miejsce, plażowych zabaw, ale opisał także:
jak chowamy się przed deszczem w pasażu sklepików i jak mnie przygnębiły mokre ślady na podłodze, zimno i wilgoć w powietrzu nad tłumkiem w zmokłych letnich ubraniach. To mi się naprawdę wtedy przydarzyło […] Coś we mnie już wtedy wiedziało, że jestem na właściwej, osobistej ścieżce – ale całe lata minęły, zanim poszedłem nią dalej.
Ta „osobista ścieżka” to nie tylko decyzja, by pisać o własnych, prawdziwych doświadczeniach. W naszkicowanej scence widać też charakterystyczny dla poety sposób ujmowania rzeczywistości, daleki od zdystansowanej, sumarycznej relacji. Mamy przed sobą obraz i to nie tyle wzrokowy, naoczny, co namacalny, zapisany w pamięci skóry. Dlatego deszcz, mokre ślady na podłodze sklepiku, zimno i wilgoć ubrań, które pewnie przyklejają się do ciała, są zarazem opisem sytuacji zewnętrznej i metaforą sytuacji wewnętrznej zawiedzionego dziecka. Powstaje uważna notatka z doznania. W dalszej części wypracowania chłopiec opowiada, że mama kupiła mu – może na pociechę? – nowiutkie wiaderko i łopatkę:
[Podałem] wszystkie oczywiste szczegóły – poza jednym: że to zmyśliłem, przypuszczalnie dlatego, że w grę wchodziło lekkie poczucie wstydu czy upokorzenia. Tu też powinienem był powiedzieć, co naprawdę się zdarzyło, bo to o wiele ciekawsze. Moja matka, podobnie jak wiele wiejskich kobiet w tamtych czasach, uważała wiaderka i łopatki za „wyciągacze pieniędzy”, błyskotki niewarte wydanego grosza. Dlatego kupiła nam kilka drewnianych łyżek, którymi mogliśmy kopać w piasku jeśliśmy chcieli, a potem można je było zabrać do domu i używać w kuchni. To miało być dla nas dobre, ale pamiętam zawód, wstyd, tę kompletną odmowę zerwania z codziennością. W końcu zacząłem sam u siebie obserwować to matczyne twarde stąpanie po ziemi, a raczej odwieczną nieufność wobec wszystkiego, co się unosi zbyt wysoko nad ziemię…
Anegdota ma więc drugie dno: rzecz nie tylko w uważnym, opartym na doznaniu opisie, ale również i w tym, żeby nie dać się ponieść. O wiele ciekawsze od tego, co chcielibyśmy, żeby było, jest to, co naprawdę jest, ponieważ jest. Warto się trzymać blisko ziemi, a nie bujać w obłokach, choćby trzeba było przełamać wstyd, przyznać się do samego siebie, spokornieć. Dalszy ciąg lekcji drewnianej łyżki odnajduje poeta być może, kiedy z poczuciem nagłego wyzwolenia, już jako student, odkrywa twórczość Particka Kavanagha:
wpadłem w podniecenie, że oto szczegóły życia tak blisko mi znanego – ale w moim przekonaniu nie nadającego się do książek lub niemającego związku z książkami – są przedstawione w książce właśnie. Beczki niebieskiego oprysku do ziemniaków, które w moim dzieciństwie były świętem koloru na tle nieodmiennie szarego krajobrazu pól […] Doły ziemniaczane pokryte szronem, szczeliny rynsztoków, zmarznięte kałuże, na których kruszy się skorupkę lodu […] Doświadczałem nie jakiejś higienicznej i samoświadomej przyjemności lektury, ale prymitywnej rozkoszy doznania, że oto świat słowem się staje. („Znalezione-przywłaszczone. Eseje”)
Słynny poemat Kavanagha, „Wielki głód”, zaczyna się dosłownie od obrazu ziemi, gliny, która „jest słowem i jest ciałem / tam, gdzie kopiący kartofle, jak mechaniczne strachy na wróble suną / po zboczu”. Ten obraz zawiera codzienny trud, fizyczność, ból pleców, ptaki i robactwo, brud, wilgoć gliny. Wiersz pozostaje bardzo blisko ziemi, zamienia w słowa owo „nie nadające się do książek”, wstydliwe, cielesne doświadczenie, nie ma w nim żadnych niebezpiecznych wzlotów w wysokie literackie rejony. W poezji Heaneya również od początku jest bliskość ziemi, rozumianej dosłownie i namacalnie, jako gleba czy rola.
W pierwszych tomach poety pojawiają się obrazy kopania, docierania w głąb, do wnętrza, motyw szukania i odnajdywania w ziemi tego, co – zamienne na znaki i symbole – pozwala uchwycić doświadczenie Irlandii, ale właśnie na poziomie konkretu i detalu, często bardzo nieoczywistego. Wystarczy przypomnieć uwagę dla detalu w tak znanych wierszach jak „Kopanie”, z obrazem szpadla wspartego o wewnętrzną stronę kolana, kartoflanych łętów i chłodnego dotyku bulw czy butelki mleka, luźno zakorkowanej papierem; „Krainę bagien”, z wydobytą z torfowiska osełką masła: słonego i białego, mimo, że przeleżało pod ziemią ponad sto lat; czy „Człowieka z Tollund”, portret wykopanego z bagien ciała, „delikatne strąki powiek”, „spiczastą czapkę z futerka” i – cudowny przejaw konkretności potomka chłopów, dla których głód nie był abstrakcyjnym pojęciem literackim – „ostatnią papkę z ozimego ziarna / skrzepłą w żołądku”. We wszystkich tych wierszach ziemia, torfowisko, jest zasadniczym żywiołem, przestrzenią i podstawą codziennej egzystencji. Kontakt z ziemią oznacza życie w sensie biologicznym, a także genealogicznym: jest znakiem komunii z przodkami, którzy, jak ojciec i dziadek poety, kopali, by żyć.
Zarazem jednak, jakby trochę przekornie, to poetyckie „kopanie” wychodzi poza obraz chłopskiej pracy oraz jej metaforyzacje, służące refleksji nad historią i tożsamością irlandzką. Ma ono bowiem w sobie coś z dziecięcej zabawy: przecież z ziemi można wykopać skarby albo dokopać się do podziemnych, baśniowych światów. Warto zwrócić uwagę na inny jeszcze trop, podsuwany przez matkę poety i jej drewniane łyżki. Otóż nawet jeśli mają służyć nie do pracy, lecz do zabawy, jeśli będzie się nimi kopać w ziemi w poszukiwaniu skarbów, albo jeśli z ich pomocą zbuduje się zamek z piasku, to jednak potem przydadzą się w kuchni. Oto wiejska, babska mądrość: nic się nie może zmarnować. Chcesz być artystą, robić coś, co nie służy bezpośrednio życiu, bawić się – dobrze, ale pracuj tymi narzędziami, co wszyscy, bo potem przydadzą się w gospodarstwie. Także w tym sensie trzeba twardo stać na ziemi.
https://www.dwutygodnik.com/public/media/2009_18/image/thumb_e837bc8886fdcd10b8c0202c3ce6.jpg
Cdn. |
|
|