|
Moje słowa obronią się milczeniem*
Moje słowa obronią się milczeniem* |
Zygmunt Jan Prusiński
MOJE SŁOWA OBRONIĄ SIĘ MILCZENIEM*
Wypełniam treści w książce
a sami jakbyśmy błądzili po lodowej tafli
łyżew nie posiadam – dopiero lipiec
więc do zimy sporo choć czas zleci lotem
jaskółki – pochowamy księżycowe sny
te bardziej jaskrawe czy to ty mnie
zaczepisz czy ja ciebie – wszak jest
obojętne kto kogo ważna jest iskra
która rozpali wnętrze by dostać się
do głębin za smakiem stawiania
licznych momentów zatrzymania
na małą chwilę spojrzeć w oczy
płomienne bo to jest poza naszym
truizmem bielimy co nam przynosi
przyjemność wcale nienauczoną
otaczamy bezpiecznie drgania
i muśnięcia w filmie zagranym.
20.07.2020 – Ustka
Poniedziałek 6:11
*Anna Karwowska
Wiersz z książki „Anioł doliny”
autor ZJP
https://m.salon24.pl/img-20160717-144819-zygm-93fa3c7,1200,900,0,0.jpg
Muza
https://s18.flog.pl/media/foto_300/10850120_milego-wieczorku-i-nowego-tygodnia.jpg |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
zygpru1948 |
2020.07.26; 06:59:26 |
Aforyzm?
Wolna jak ptak, nagrzana jak piec. Zaczęłabym fantastycznym masażykiem...
UuffSexi, 37 Świecie |
zygpru1948 |
2020.07.26; 05:56:36 |
ANIOŁ DOLINY - część pierwsza
Dział: Kultura Temat: Literatura
Zygmunt Jan Prusiński
ROZTAŃCZĘ CIĘ W MIŁOŚCI
https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/1064957,aniol-doliny-czesc-i |
zygpru1948 |
2020.07.26; 05:55:44 |
Zygmunt Jan Prusiński
TA MUSZELKA W NOCY...
Nie będziesz się opierała moim rękom
muszelka w nocy błyszczy gwiazdą.
Mozaika zagęszczona pragnieniem
wypukla się jak pączek kasztana.
Zdejmuję z ciebie ostatnią szatę
przed podróżą do Zatoki Delfinów -
by w ciemności przytulić ręce.
Te ręce - twoje i moje
to jak pogodne powroty -
dźwięczy strzała wypuszczona z łuku
wyłania się temperatura smaku.
Odrobinę zaczekaj na deser
znam tajemnice leśnej mowy
w tudzież głębokich połyskiwań
a za oknem kukułka kuka
a sójka wybiera się nad morze.
Pewnie ją spotkamy po zachodniej stronie!
13.5.2013 - Ustka
Poniedziałek 18:05
Wiersz z książki "Córka Wiatru"
https://sphoto.nasza-klasa.pl/54828617/79/main/53ef6b30ef.jpeg
MOJA PENELOPA PISZE WIERSZE
Jest w niej coś z muzyki
niepowtarzalna -
ogrzewa mnie sobą
bym nie ostudził uczuć.
Szarmancka jak leszczyna
niezwykła -
potrafi ugryź z szaleństwa
oswobodzić wiersze z klatki.
Odnoszę się do niej
jak pierwsza róża w ogrodzie.
Ujarzmiam w niej wodospad...
A w nocy jest taka krucha...
16.3.2013 - Ustka
Sobota 16:08
Wiersz z książki "Penelopa z Nowej Rudy"
https://sphoto.nasza-klasa.pl/54828617/80/main/59c4726e0b.jpeg |
zygpru1948 |
2020.07.26; 05:46:51 |
Marek Jastrząb
Poświąteczne refleksje, czyli: ruch to zdrowie!
Dbamy o siebie tyle, co nic. Leczymy się incydentalnie. Ruszamy się niewiele. Przeważnie siedzimy. Jeżeli stoimy, to tylko w korkach.
W pracy odwalamy robotę przyspawani do dwóch urządzeń: krzesła i komputera. Po pracy jedziemy do domu. W domu siadamy przed telewizorem i czekamy na obiadek. W przerwie na rozruch pudła z nowinami, bierzemy z lodówki zgniłą wodę nazwaną pepsi oraz na przekąskę - nędzne kilo frytek.
Po godzinie rajskiego tycia przed ekranem, stara od garów wnosi talerz ociekający cholesterolem i z kanapy przemieszczamy się na krzesełko przy stole. Telewizor ma wygódkę w postaci pilota i nie musimy odrywać się od ukochanej kiełbaski, by zastąpić program o diecie – cud, programem o kurczakach z ropy naftowej.
Okno w pokoju mamy szczelnie zamknięte, bo słyszeliśmy w reklamie, że zepsute powietrze ma niszczący wpływ na frekwencję naszych wągrów, a cyrkulacja zaduchu zlikwiduje nam hemoroidy.
Po szczęśliwym pochłonięciu półmetrowej kiełbasy podlanej piwem, wracamy do ulubionej pozycji brzucha wycelowanego w sufit. Po pierwszym beknięciu, patrząc na świat najedzonym okiem, zapadamy w błogi sen o świątecznej golonce po meksykańsku.
We śnie widzimy dwie tłuste i rozjuszone gicze cielęce walczące o widelec. Widelec wpadł po zęby w słoik z musztardą. Rozlega się jego rozpaczliwe wycie i budzimy cię zlani potem. By się otrząsnąć z koszmaru, przesiadamy się do komputera.
Fotelik jest mięciutki, obrotowy i dopasowany do zwiotczałego tyłka. Maszyna burczy, warczy i gwiżdże na nas, lecz jej ekran poczyna uwodzicielsko mrugać dając nam sygnał, że jeszcze żyje. Przystępujemy więc do relaksu.
Relaks nazywa się zażartą grą w coś o nic. Gra jest formą gimnastyki palca średniego. Pozostałe mają wolne. Korzystamy, że nasze dzieciątko poszło na balangę i zaczynamy ujeżdżać.
Znajdujemy się w kartonie Pana Smoka i naszym zadaniem jest sprawić mu łomot i skasować mu trzy wredne głowy broniące skarbu.
Ochoczo rzucamy się do tej herkulesowej pracy. Nic to, że mamy zadyszkę i wszystkie możliwe kolki naraz. Przy elektronicznym bydlaku czujemy się wysportowanymi gladiatorami zdolnymi do niejednej krucjaty. Toteż z krzepkim jazgotem pomylonego Tarzana wyruszamy na wojnę z bajkowym niegodziwcem.
A po drodze przygód mamy w bród. Co chwilę zza węgla jakiegoś korytarza wyskakuje barczysty opętaniec z laserowym mieczem i albo się go wymiksuje do niebytu, albo gra zaczyna się od początku.
W ten sposób odpoczywamy przed pójściem do łóżka. Idziemy spać, bo pociecha wróciła z imprezki i chce dosiąść komputera, ale przed snem należy przegryźć małe co nieco. By nie budzić karaluchów, na zadartych paluszkach wsuwamy się do kuchni i zaglądamy do wnętrza lodówki.
A tam specjały, cymesy, przepychy, całe stosy kalorii, istne rozpusty i orgie smakowe! Aż strach, że tyle dobra ominie nasz przełyk, że wszystkie te słoiki, puszki i torebki nie trafią na nasz język, że nie zaczniemy ich gryźć, szarpać i rozdzierać na sztuki, bo z przerażeniem stwierdzamy, ze razem z dzisiejszą kiełbaską połknęliśmy ostatni ząb.
A ząb to był zasłużony, bo ząb mądrości! Jeszcze niejedno mięsko mógłby drasnąć, cóż, kiedy nie chciało się nam pójść do sadysty od leczenia kłów.
Szukamy winnych naszych ubytków i znajdujemy: to te słodkości, pyszotki, batony i desery pozbawiły nas szczerego uśmiechu, wymiotły z twarzy grymas wiecznego zadowolenia i dały w zamian uśmiech ponurego żula.
Często zdarza mi się widzieć człowieka objedzonego. Biedak nie ma już siły na żarcie czegokolwiek, jest po uszy zapchany jedzonkiem co najmniej na tydzień i leży jak pyton z antylopą w żołądku. Leży gnuśniejąc żałośnie, męcząc się trawieniem, ale do czasu. Do momentu, gdy znowu poczuje się głodny i gdy znowu zapragnie wziąć coś na ząb. Nałóg ten prowadzi do otłuszczenia pompki, tubalnych wiatrów w filharmonii, ospałego humoru i wahadłowych nastrojów.
Facet z puszystą aparycją, pojedynczy otyły przypadający na hektar szkieletorów, jest to problem mało szkodliwy społecznie. Robi się jednak niewesoło, gdy na jednym hektarze nieruchawych grubasów jest tysiąc.
27 grudzień 2008
Marek Jastrząb |
zygpru1948 |
2020.07.26; 05:37:50 |
Marek Jastrząb
Dzisiaj mam urlop
Wolę być układnym ślepcem, niż politycznym durniem. Wolę nie widzieć, nie wiedzieć, być wesołym cymbałem i radosnym przygłupem, niż poinformowanym źle, gdyż sądzę, że tylko osobnik po ideologicznej lobotomii może być dzisiaj zadowolony. Więc od czasu do czasu robię sobie oczyszczającą lewatywę z myślenia i biorę sobie wolne.
Dieta polityczna potrzebna jest człowiekowi jak tlen. Jest to relaks, takie specyficzne wakacje od idiotycznych problemów, odtrutka dla zmęczonego organizmu, a zwłaszcza – odpoczynek od głupka i jego orkiestry.
II
Jestem już w wieku cokolwiek znoszonym i jako pryk zdewastowany tu i ówdzie, mam okrutną sapkę, strzyka mnie bez miłosierdzia, a rozmaitych kolek, to ostatnio zliczyć nie mogę i wszystko we mnie kwęka. Np. oko mnie zawodzi; lewe, bo prawe wypadło mi SWEGO CZASU.
Lekarz, z którym pogrywam w brydża (to znaczy JA gram w brydża, ON w tysiąca, co mi wyjaśnia, dlaczego tak dobrze się nie rozumiemy), twierdzi, że w medycynie zaszły takie naukowe rewelki, że wstawienie mi oka z tytanu, to pestka i że po odpowiedniej opłacie mogę sobie wybrać kolor, że poleca różowe.
Proponowana przez niego ta tytanowa patrzałka jest stosowana w kosmologii elitarnej i pełni rolę psychicznego noktowizora. Poza tym oko filtrujące rzeczywistość na kolor różowy, jest trendy i supercool.
ps.
Być może tak, być może nie.; nie wiem, jak na innych, ale podobny emetyk działa na mnie – kapitalnie. Po intensywnym zażywaniu laby, przechodzi mi centralne strzykanie w skołowanej bani, wraca mi wzrok w nieistniejącym oku, sapka zanika, kolki ustępują, a na twarzy kwitnie optymizm. I z nowym entuzjazmem wracam do wyważania otwartych drzwi.
27 lipiec 2008 |
|
|