|
Cykl wierszy
Cykl wierszy |
Ballada o babce przydrożnej
.
Nie róża królewska, nie lilia z ogrodu,
nie piwonia w jedwabnym rozkwicie,
lecz babka przy drodze, w kurzawie i chłodzie,
od wieków prowadzi swe życie.
.
Tam, gdzie koło przejedzie,
gdzie stopa ją zgina,
gdzie wiatr niesie pył z rozstajów,
ona trwa nieugięta,
zielona dziewczyna
wśród rowów, ugorów i gajów.
.
Ma liście jak dłonie,
co leczą bez słowa,
gdy ranka zapiecze na skórze.
Przyłoży je dziecko,
a babka gotowa
ukoić ból w polu i burzy.
.
W jej żyłkach zielonych
płynie stara wiedza,
co przyszła z poranków zamglonych,
gdy ludzie słuchali
szeptania ziół z miedzy
i pieśni strumieni zielonych.
.
Gdy kaszel nocami
w piersi się rozgości,
gdy gardło jak cierń boli skrycie,
w naparze z jej liści
jest odrobina czułości,
co wraca człowiekowi życie.
.
Nie pyta o sławę,
o złote medale,
nie zdobi pałaców ni dworów,
a przecież od wieków
w zielarskim krysztale
jest skarbem pól, łąk i ugorów.
.
Więc kiedy przechodzisz
ścieżyną znajomą
i widzisz ją przy drodze skromnie,
ukłoń się tej zielnej,
cichej uzdrowicielce —
bo wielkie bywają niepozorne.
.
I może dlatego
Pan Bóg ją zostawił
tak blisko człowieczej dłoni:
abyśmy pamiętali,
że najwierniej leczą
te rośliny, których nikt nie goni.
J.G.
TRYPTYK PŁOŃSKI
.
O „Kaprysie”, Bengurionówce i pamięci miasta
.
I. KAMIENICA
.
Przy rynku stoi dom błękitny jak poranek
nad mazowiecką równiną.
W jego murach
czas nie płynie linią,
lecz krąży jak jaskółka
nad dachami czerwonych kamienic.
Rok wyryty wysoko pod szczytem
jest starszy od wielu ludzkich marzeń.
Kamień pamięta więcej niż kroniki.
Pamięta kupców,
wozy skrzypiące po bruku,
zapach świeżego chleba,
głosy dzieci biegnących przez rynek.
Pamięta także chłopca,
który wyglądał przez okno
na ten sam plac,
na te same drzewa,
na to samo mazowieckie niebo.
Nie wiedział jeszcze,
że jego imię zapisze się
w historii świata.
Dom wiedział.
Milczał.
Jak wszystkie stare domy,
które umieją dochować tajemnicy.
.
II. KAWIARNIA „KAPRYS”
.
Potem przyszły inne czasy.
Wojny odeszły,
pozostawiając blizny
na mapach i w sercach.
A jednak życie wróciło.
Na piętrze zabrzmiała muzyka.
Wirujące suknie,
śmiech,
szelest rozmów,
dźwięki akordeonu
unoszące się wieczorem
nad placem.
„Warszawianka”.
Potem „Kaprys”.
Nazwa lekka jak nuta
z dawnego dancingu.
Przy stolikach spotykali się ludzie,
którzy nie pisali historii.
Byli historią.
Pili kawę,
dzielili się wiadomościami,
świętowali narodziny,
opłakiwali odejścia.
A z kuchni płynął zapach paschy —
tej słynnej,
o której mówiono
od Płońska po odległe miasta.
Wielkie dzieje świata
spotykały się tutaj
z kawałkiem ciasta
i filiżanką herbaty.
.
III. DOM DOBREJ PAMIĘCI
.
Dziś kamienica nadal stoi.
Spokojna.
Jak strażnik.
Nie pyta,
kto był Polakiem,
kto Żydem,
kto przyjezdnym,
a kto mieszkańcem od pokoleń.
Przechowuje wszystkie głosy.
Tak jak drzewo
przechowuje słoje.
Tak jak ziemia
przechowuje ziarna.
Tak jak pamięć
przechowuje światło.
W jej wnętrzu
odradza się opowieść
o wspólnym losie ludzi,
których rozdzieliły granice,
a połączyła historia.
I kiedy wieczorem
na rynku zapalają się lampy,
a pastelowe fasady
nabierają koloru starej fotografii,
wydaje się,
że kamienica oddycha.
Cicho.
Jakby szeptała:
Nie jestem tylko domem.
Jestem pamięcią.
Jestem mostem między światami.
Jestem Płońskiem.
J.G.
Kroniki Opiekunki na Emigracji
.
I. Niemiecki „Ordnung” czyli wyższa forma szaleństwa
Biegnę.
W lewej ręce szmatka niebieska.
W prawej szmatka zielona.
Za mną podopieczna.
Przede mną kuchnia.
A nade mną unosi się duch niemieckiego Ordnungu,
gotów w każdej chwili wystawić mandat za użycie niewłaściwego koloru.
— Nie tą! — rozlega się alarm.
Zatrzymuję się gwałtownie.
Patrzę na szmatkę.
Ona patrzy na mnie.
Ja patrzę na podopieczną.
Podopieczna patrzy na szmatkę.
Szmatka najwyraźniej również przeżywa stres.
Okazuje się bowiem, że zielona służy wyłącznie do przecierania blatu.
Niebieska do stołu.
Żółta do zlewu.
Czerwona do czegoś, czego nikt nie pamięta, ale wszyscy wiedzą, że absolutnie nie wolno jej używać do niczego innego.
Tak właśnie wygląda mój codzienny biathlon.
Bieg ze szmatką.
Slalom między procedurami.
I skok przez segregator instrukcji.
Mówili mi przed wyjazdem:
— W Niemczech wszystko jest uporządkowane.
To prawda.
Tak uporządkowane, że czasem człowiek ma wrażenie, iż nawet chaos posiada własny regulamin i został posegregowany alfabetycznie.
A ja?
Ja tylko próbuję zrobić kawę.
Ale zanim ją zrobię, muszę się upewnić,
czy kubek stoi zgodnie z wytycznymi,
łyżeczka nie narusza europejskich standardów,
a mleko zostało otwarte pod właściwym kątem.
Bo tutaj porządek nie jest stanem rzeczy.
Porządek jest religią.
A szmatka jej najważniejszym sakramentem.
II. Święta Wojna o Termostat
czyli dlaczego 19,5°C to komfort, a 20°C to już rozrzutność
Są wojny o granice.
Są wojny o surowce.
Są wojny o władzę.
A potem jest niemiecka wojna o termostat.
Przyjechałam do pracy przekonana,
że największym wyzwaniem będzie opieka nad seniorem.
Jakże byłam naiwna.
Prawdziwy przeciwnik wisiał na ścianie.
Mały.
Biały.
Niepozorny.
Termostat.
Na pierwszy rzut oka wyglądał zwyczajnie.
Ale szybko odkryłam,
że nie jest urządzeniem.
Jest filozofią życia.
— Dziewiętnaście i pół stopnia — oznajmił podopieczny.
— Dobrze — odpowiedziałam.
— To idealna temperatura.
— Oczywiście.
— Dwadzieścia stopni to już za dużo.
— Naturalnie.
Nie miałam pojęcia,
dlaczego pół stopnia decyduje o losach cywilizacji,
ale uznałam,
że nie jestem tu od zadawania pytań.
Minęły dwa dni.
Przyszła fala chłodu.
Za oknem wiatr tańczył oberka z deszczem.
Kaloryfer był zimny jak serce urzędnika
odpowiadającego na pytania o termin przelewu.
Zmarznięta spojrzałam na termostat.
Dziewiętnaście i pół.
Drżącą ręką nacisnęłam przycisk.
Dwadzieścia.
Tylko tyle.
Pół stopnia.
Pół maleńkiego stopnia.
W kosmosie nikt by tego nie zauważył.
Ale niemiecki Ordnung zauważył.
Natychmiast.
Podopieczny pojawił się z prędkością światła.
— Kto to zrobił?!
Zapytał tonem detektywa,
który właśnie odkrył największą aferę energetyczną Europy.
Spojrzałam na termostat.
On spojrzał na termostat.
Termostat spojrzał na nas.
Atmosfera zrobiła się gorętsza
niż całe to dodatkowe pół stopnia.
— Było zimno — wyjaśniłam.
— Ale nie aż tak zimno.
— Trzęsłam się.
— To normalne.
— Dla kogo?
— Dla oszczędzania.
I wtedy zrozumiałam,
że nie uczestniczę w rozmowie o ogrzewaniu.
To była lekcja światopoglądu.
Tutaj człowiek może chodzić po domu
w dwóch swetrach,
polarze,
skarpetach narciarskich
i kocu przypiętym klamerkami do ramion,
ale rachunek za gaz
musi pozostać moralnie nieskazitelny.
Przez następne tygodnie
termostat stał się najważniejszą postacią domu.
Był sprawdzany częściej niż lodówka.
Obserwowany uważniej niż prognoza pogody.
Darzony większym szacunkiem
niż telewizor.
A ja każdego ranka przechodziłam obok niego
jak obok strażnika granicznego.
Nie dotykaj.
Nie patrz.
Nie oddychaj za blisko.
Bo pół stopnia
to nie jest liczba.
To stan umysłu.
Morał opiekunki
.
Po latach doszłam do wniosku,
że niemiecki termostat
i polska opiekunka
są jak dwie różne cywilizacje.
Jeden wierzy,
że świat można uratować,
ustawiając temperaturę na 19,5°C.
Druga wie,
że świat ratuje się codziennie:
podając leki,
gotując obiad,
zmieniając opatrunki
i wysłuchując tej samej historii po raz pięćdziesiąty.
Dlatego gdy słyszę:
— U nas wszystko jest pod kontrolą.
Patrzę na termostat.
I odpowiadam:
— Owszem.
Tylko człowiek czasem marznie.
III. Republika Segregowanych Śmieci
epopeja o piętnastu pojemnikach i jednym zagubionym jogurcie
Każde państwo ma swoje symbole.
Jedne mają flagę.
Inne hymn.
Niektóre szczycą się zamkami, pałacami albo wielkimi bohaterami narodowymi.
Niemcy mają kosze na śmieci.
Dużo koszy.
Bardzo dużo koszy.
Tak dużo, że człowiek zaczyna podejrzewać,
iż nie są one elementem wyposażenia domu.
One są systemem politycznym.
Pierwszego dnia podopieczna zaprowadziła mnie do kuchni.
— Tutaj papier.
— Dobrze.
— Tutaj plastik.
— Oczywiście.
— Tutaj bio.
— Jasne.
— Tutaj szkło.
— Rozumiem.
— A tutaj szkło kolorowe.
— Naturalnie.
— A tutaj szkło bezbarwne.
— To logiczne.
— A tutaj opakowania mieszane.
— Jak najbardziej.
— A tutaj rzeczy, które wyglądają jak plastik, ale nim nie są.
W tym miejscu zaczęłam podejrzewać,
że zostałam zapisana na studia podyplomowe.
Przez pierwszy tydzień żyłam w ciągłym napięciu.
Każdy papierek po cukierku
stawał się decyzją moralną.
Każdy kartonik po mleku
zamieniał się w egzamin państwowy.
Każda zakrętka
niosła za sobą odpowiedzialność większą
niż podpisanie kredytu hipotecznego.
Pewnego dnia wydarzyła się tragedia.
Zaginął jogurt.
A dokładniej kubeczek po jogurcie.
Niewinny.
Biały.
Niepozorny.
Leżał na blacie,
a ja nie wiedziałam,
do którego pojemnika powinien trafić.
Plastik?
Nie całkiem.
Papier?
Raczej nie.
Zmieszane?
Brzmiało podejrzanie.
Przez chwilę trzymałam go w dłoni,
jak archeolog odnaleziony artefakt
nieznanego pochodzenia.
W końcu podopieczna zauważyła moje wahanie.
— Co się dzieje?
— Jogurt.
— Jaki jogurt?
— Ten jogurt.
Spojrzała.
Ja spojrzałam.
Jogurt spojrzał.
Zapadła cisza.
Taka cisza,
jaka zwykle poprzedza wielkie wydarzenia historyczne.
Po czym rozpoczęła się narada.
Analizowano skład.
Materiał.
Wieczko.
Etykietę.
Stan psychiczny pojemnika.
Nie zdziwiłabym się,
gdyby za chwilę powołano komisję śledczą.
Po dwudziestu minutach zapadł wyrok.
Żółty pojemnik.
Ulga była ogromna.
Europa została uratowana.
Środowisko odetchnęło.
Lasy przestały drżeć.
Rzeki odzyskały nadzieję.
A ja mogłam wrócić do robienia obiadu.
Jednak od tamtej chwili wiedziałam już jedno.
Nie mieszkam w kraju.
Mieszkam w Republice Segregowanych Śmieci.
Tutaj każda butelka zna swoje przeznaczenie.
Każda zakrętka ma przypisaną przyszłość.
Każdy karton posiada życiową misję.
Tylko człowiek czasami nie wie,
do którego pojemnika wrzucić własne zmęczenie.
.
Morał opiekunki
.
Mówią, że śmieci trzeba segregować.
I mają rację.
Ale czasem mam wrażenie,
że my, opiekunki,
powinnyśmy dostać jeszcze jeden pojemnik.
Duży.
Bardzo duży.
Z napisem:
„Absurdy dnia codziennego”.
Wrzucałoby się tam:
awantury o termostat,
święte ściereczki,
szynkę pod złym kątem,
oraz wszystkie te sytuacje,
których nie wymyśliłby nawet najbardziej szalony satyryk.
Choć z drugiej strony...
gdyby nie one,
o czym opowiadałybyśmy przy kawie?
IV. Cesarstwo Rano-O-Szóstej
o podopiecznych, którzy budzą się wcześniej niż słońce
Istnieją ludzie poranni.
Istnieją skowronki.
Istnieją nawet tacy,
którzy z własnej woli idą pobiegać o piątej rano.
A potem są podopieczni.
To osobna kategoria biologiczna.
Naukowcy jeszcze jej nie opisali,
ale jestem pewna,
że kiedyś otrzyma łacińską nazwę:
Seniorus pobudkus germanicus.
Pierwszego ranka usłyszałam dzwonek.
Spojrzałam na zegarek.
5:58.
Pomyślałam:
„Pewnie coś się stało.”
I rzeczywiście.
Stało się.
Podopieczny nie spał.
— Guten Morgen!
powiedział z energią człowieka,
który właśnie wrócił z trzykilometrowego spaceru.
Ja natomiast wyglądałam,
jakbym dopiero co przegrała negocjacje z własną poduszką.
— Czy wszystko w porządku?
zapytałam z niepokojem.
— Oczywiście.
— To dlaczego pan dzwoni?
— Bo już rano.
I wtedy zrozumiałam,
że nasze definicje słowa „rano”
należą do dwóch różnych stref czasowych.
Dla mnie rano zaczynało się gdzieś między kawą a drugą kawą.
Dla niego około szóstej.
Najpóźniej.
W kolejnych dniach sytuacja się powtarzała.
5:55.
Dzwonek.
5:57.
Dzwonek.
6:01.
Panika.
— Coś się stało?
— Nie.
— To dlaczego pan dzwoni?
— Bo jest po szóstej.
Logika była bezlitosna.
W Cesarstwie Rano-O-Szóstej
dzień rozpoczynał się punktualnie.
Nie interesowało nikogo,
że za oknem panował jeszcze półmrok.
Nie miało znaczenia,
że ptaki dopiero rozważały rozpoczęcie zmiany.
Słońce mogło się spóźnić.
Opiekunka nie.
Z czasem odkryłam,
że podopieczni posiadają niezwykły talent.
Potrafią obudzić się minutę przed budzikiem.
Codziennie.
Bez wyjątku.
Nie wiem, jak to robią.
Podejrzewam istnienie tajnego związku
między seniorami a zegarami ściennymi.
Być może nocami odbywają narady.
Może konsultują harmonogram.
Może podpisują porozumienia.
Faktem jest,
że o szóstej rano są już gotowi do życia.
A nawet bardziej.
Do rozmowy.
Do śniadania.
Do wspomnień.
Do opowieści o roku 1967.
I o sąsiedzie Franzu.
I o drugim Franzu.
I o kuzynie Franza.
A wszystko to,
zanim człowiek zdąży odnaleźć własne kapcie.
Najbardziej zdumiewające jest jednak to,
że około południa podopieczny oznajmia:
— Jestem zmęczony.
Oczywiście.
Ja również.
Tylko z nieco innych powodów.
.
Kronika pewnego poranka
.
5:59 — dzwonek.
6:00 — Guten Morgen.
6:02 — kawa dla podopiecznego.
6:05 — pytanie o pogodę.
6:08 — wspomnienia z roku 1982.
6:12 — wspomnienia z roku 1974.
6:18 — wspomnienia o człowieku,
którego nikt nie pamięta,
ale który najwyraźniej odegrał kluczową rolę
w historii Europy.
6:25 — pierwsze ziewnięcie opiekunki.
6:26 — podopieczny pyta:
— Czy źle spałaś?
.
Morał opiekunki
.
Po wielu latach doszłam do jednego wniosku.
Nie istnieje czas zimowy.
Nie istnieje czas letni.
Nie istnieje nawet czas środkowoeuropejski.
Istnieje tylko czas podopiecznego.
A jego podstawowa jednostka brzmi:
„Już rano.”
Nieważne, czy jest szósta,
piąta pięćdziesiąt dziewięć
czy środek nocy.
Jeżeli podopieczny uzna,
że dzień się rozpoczął,
to dla całego wszechświata
dzień właśnie się rozpoczął.
A opiekunka?
Opiekunka biegnie ze swoją świętą szmatką,
mija termostat,
omija pojemniki do segregacji
i rusza na spotkanie kolejnego poranka,
który zaczął się
zdecydowanie wcześniej niż słońce.
V. Ballada o Zaginionym Pilocie
największe śledztwo od czasów Sherlocka Holmesa
Są zagadki świata.
Zaginiona Atlantyda.
Potwór z Loch Ness.
Tajemnica piramid.
A potem jest pilot od telewizora.
Przedmiot niepozorny.
Niewielki.
Czarny.
Przeważnie leży dokładnie tam,
gdzie został położony.
Przynajmniej przez pierwsze pięć minut.
Potem zaczyna własne życie.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy spokojnie.
Telewizor działał.
Wiadomości działały.
Pilot działał.
Wszystko działało.
Aż nagle przestało.
— Gdzie jest pilot?!
krzyknął podopieczny tonem człowieka,
który właśnie odkrył,
że zniknęła połowa kontynentu.
Rozpoczęło się śledztwo.
Natychmiast.
Bez nakazu.
Bez procedury.
Bez konsultacji z agencją.
W ciągu trzydziestu sekund
cały dom został objęty stanem wyjątkowym.
Sprawdzono stół.
Kanapę.
Fotel.
Stolik.
Kuchnię.
Półkę.
Parapet.
Miejsce obok parapetu.
Miejsce pod miejscem obok parapetu.
Pilot nie został odnaleziony.
Atmosfera gęstniała.
Podejrzenia rosły.
Podopieczny patrzył na mnie.
Ja patrzyłam na podopiecznego.
Kot patrzył na wszystkich.
Najwyraźniej wiedział więcej,
niż zamierzał ujawnić.
— Może ktoś go zabrał?
zaproponował podopieczny.
— Kto?
— Nie wiem.
— Nikt tu nie przychodził.
— Właśnie dlatego sprawa jest podejrzana.
Przyznam,
że w tym momencie zaczęłam rozważać
międzynarodowy spisek pilotowy.
Przez kolejną godzinę
przeszukiwaliśmy dom.
Zaglądałam do szuflad,
do szafek,
pod poduszki,
za firanki,
pod gazetę,
za gazetę,
a nawet do lodówki.
Bo człowiek po czterdziestu minutach poszukiwań
przestaje kierować się logiką.
Pilot nadal pozostawał nieuchwytny.
Sprawa przybrała rozmiary historyczne.
Podopieczny przypomniał sobie
wszystkie poprzednie zaginięcia.
Okazało się,
że w roku 2018
również zniknął pilot.
Na trzy godziny.
W roku 2021
zaginął drugi.
Na cały dzień.
Narastało poczucie,
że mamy do czynienia
z seryjnym przestępcą.
I wtedy nastąpił przełom.
Jak u Sherlocka.
Jak w najlepszych kryminałach.
Jak w filmach,
w których detektyw nagle dostrzega szczegół,
który wszystkim umknął.
Pilot był.
Pod podopiecznym.
Przez cały czas.
Siedział na nim.
Od początku.
Prawdopodobnie uczestniczył nawet
w części poszukiwań.
Przez chwilę zapanowała cisza.
Taka szczególna cisza,
która pojawia się wtedy,
gdy rzeczywistość wygrywa z logiką.
Podopieczny spojrzał na pilota.
Pilot spojrzał na podopiecznego.
Ja spojrzałam w sufit.
— No proszę.
powiedział podopieczny.
— Kto by pomyślał.
Tak zakończyła się największa sprawa kryminalna tego tygodnia.
.
Raport końcowy śledztwa
.
Przedmiot zaginiony: pilot.
Czas poszukiwań: 63 minuty.
Liczba przeszukanych pomieszczeń: wszystkie.
Liczba przesłuchanych osób: dwie.
Liczba przesłuchanych kotów: jeden.
Sprawca zamieszania: siedzący na pilocie właściciel pilota.
Stan psychiczny opiekunki: utajniony.
Morał opiekunki
.
Po latach pracy wiem już jedno.
Pilot nigdy naprawdę nie ginie.
On tylko przechodzi w inny wymiar.
Najczęściej:
pod poduszkę,
pod koc,
do fotela,
między gazety,
albo pod samego właściciela.
Dlatego gdy słyszę:
— Pilot zniknął!
nie biegnę już od razu szukać.
Najpierw patrzę na fotel.
Potem na koc.
Potem na podopiecznego.
I w dziewięciu przypadkach na dziesięć
śledztwo kończy się sukcesem.
Bo największe tajemnice świata
rzadko ukrywają się daleko.
Najczęściej siedzimy na nich od godziny.
.
VI. Misterium Prześcieradła z Gumką
.
rzecz o walce człowieka z prawami fizyki
Są wynalazki, które zmieniły świat.
Koło.
Druk.
Silnik parowy.
Internet.
A potem jest prześcieradło z gumką.
Przedmiot niepozorny.
Niewinny.
Składany w kostkę wygląda wręcz przyjaźnie.
Dopóki nie trzeba go założyć.
Albo, co gorsza,
złożyć.
Wtedy zaczyna się misterium.
Pewnego ranka podopieczna oznajmiła:
— Trzeba zmienić pościel.
Nie wiedziałam jeszcze,
że za chwilę stanę naprzeciw przeciwnika,
którego nie pokonały całe pokolenia ludzkości.
Zdjęłam stare prześcieradło.
Rozłożyłam nowe.
Spojrzałam na łóżko.
Łóżko spojrzało na mnie.
Prześcieradło spojrzało na oba.
I już wtedy wiedziałam,
że nie będzie współpracy.
Najpierw pierwszy róg.
Pięknie.
Potem drugi.
Wspaniale.
Potem trzeci.
Profesjonalnie.
Potem czwarty...
i pierwszy wyskoczył.
Założyłam pierwszy.
Wyskoczył drugi.
Poprawiłam drugi.
Zniknął trzeci.
Próbowałam trzeciego.
Uciekł czwarty.
Po dziesięciu minutach
nie zmieniałam już pościeli.
Brałam udział w turnieju.
Prześcieradło najwyraźniej ukończyło specjalistyczne szkolenie.
Znało moje ruchy.
Przewidywało strategię.
Wyprzedzało decyzje.
Podejrzewam,
że komunikowało się z materacem.
W końcu udało się.
Wszystkie cztery rogi były na miejscu.
Stałam dumna.
Zwycięska.
Pokonana psychicznie,
ale zwycięska.
I wtedy podopieczna powiedziała:
— Troszeczkę krzywo.
Oczywiście.
Bo w życiu nie chodzi o sukces.
Chodzi o szczegóły.
.
Ale prawdziwy horror miał dopiero nadejść.
Wieczorem prześcieradło trafiło do prania.
Następnego dnia należało je złożyć.
Ludzkość od wieków dzieli się na trzy grupy:
1. tych, którzy twierdzą, że umieją składać prześcieradło z gumką,
2. tych, którzy wiedzą, że nie umieją,
3. oraz tych, którzy kłamią.
Rozłożyłam je na stole.
Powstał kształt przypominający:
trochę ośmiornicę,
trochę spadochron,
a trochę mapę nieznanego kontynentu.
Próbowałam znaleźć rogi.
Rogi znalazły mnie pierwsze.
Po pięciu minutach obracania
materiał wyglądał dokładnie tak samo.
Po dziesięciu minutach wyglądał gorzej.
Po piętnastu minutach
rozważałam zwinięcie go w kulę
i nazwanie nowoczesną sztuką użytkową.
Wtedy weszła podopieczna.
Spojrzała.
Pokiwała głową.
I wypowiedziała zdanie,
które słyszały miliony opiekunek na świecie:
— Ja zawsze składam inaczej.
Oczywiście.
Tak jak wszyscy eksperci.
Nigdy nie pokazują jak.
Ale zawsze wiedzą lepiej.
.
Wykład z fizyki stosowanej
.
Według powszechnie uznanych praw nauki:
• materac ma cztery rogi,
• łóżko ma cztery rogi,
• prześcieradło również ma cztery rogi.
W praktyce prześcieradło z gumką posiada ich
od siedmiu do dwudziestu trzech,
w zależności od poziomu frustracji opiekunki.
To zjawisko nie zostało jeszcze wyjaśnione.
Morał opiekunki
.
Po latach doświadczeń doszłam do jednego wniosku.
Nie wszystko trzeba pokonać.
Niektóre rzeczy wystarczy przeżyć.
Prześcieradło z gumką należy właśnie do tej kategorii.
Dlatego dziś, gdy słyszę:
— Trzeba zmienić pościel.
Nie pytam już:
„Jak?”
Nie pytam:
„Kiedy?”
Patrzę w dal.
Wzdycham.
I przygotowuję się psychicznie
na kolejne starcie człowieka
z siłami większymi od niego samego.
Bo są przeciwnicy,
których nie da się pokonać.
Można jedynie sprawić,
że przez chwilę wyglądają,
jakby przegrały.
A prześcieradło z gumką?
Ono cierpliwie czeka.
Na następną zmianę pościeli.
VII. Tragedia Bułki Pokrojonej Nie Tak
dramat w trzech aktach i sześciu kromkach
(sztuka codzienna z elementami katastroficznymi)
Akt I
.
Niewinna bułka
Poranek był spokojny.
Ptaki śpiewały.
Termostat wskazywał święte 19,5°C.
Pilot znajdował się tam,
gdzie nikt go nie szukał.
Prześcieradło chwilowo nie stawiało oporu.
Nic nie zapowiadało tragedii.
Weszłam do kuchni.
Na stole leżała ona.
Bułka.
Zwyczajna.
Niewinna.
Nieświadoma własnego przeznaczenia.
— Proszę pokroić na śniadanie — powiedział podopieczny.
— Oczywiście.
Wzięłam nóż.
Przecięłam.
Jednym ruchem.
Sprawnie.
Profesjonalnie.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Po chwili usłyszałam:
— Ojej.
To krótkie słowo.
To niepozorne westchnienie.
Każda opiekunka wie,
że oznacza ono kłopoty.
Duże kłopoty.
.
Akt II
.
Śledztwo
Podopieczny oglądał bułkę.
Powoli.
Uważnie.
Z miną rzeczoznawcy sądowego.
Potem spojrzał na mnie.
Potem znów na bułkę.
Potem jeszcze raz na mnie.
Jakby próbował ustalić motyw.
— Tak pani zawsze kroi?
— Raczej tak.
— Aha.
To „aha”
ważyło mniej więcej tyle,
co trzy tomy krytyki literackiej.
Zbliżył kromki do siebie.
Oddalił.
Obrócił.
Przyjrzał się.
Po czym ogłosił:
— Powinna być inaczej.
W tym momencie rozpoczęło się dochodzenie.
Okazało się bowiem,
że istnieje prawidłowy sposób krojenia bułki.
Istnieje również sposób nieprawidłowy.
A ja właśnie dokonałam zamachu
na wielowiekową tradycję piekarniczą.
— Powinna być bardziej po skosie.
— Rozumiem.
— Ale nie aż tak.
— Oczywiście.
— I trochę cieńsza.
— Naturalnie.
— Ale nie za cienka.
— To jasne.
Nie było jasne.
Nie było nawet półjasne.
Było całkowicie tajemnicze.
.
Akt III
.
Sześć kromek apokalipsy
Dla celów demonstracyjnych
przyniesiono drugą bułkę.
Następnie trzecią.
Potem czwartą.
Na stole rosła kolekcja pieczywa,
jakbyśmy przygotowywali wystawę sztuki nowoczesnej.
Powstało sześć kromek.
Każda inna.
Każda analizowana.
Każda oceniana.
Jedna za gruba.
Druga za cienka.
Trzecia za długa.
Czwarta za krótka.
Piąta obiecująca.
Szósta niemal idealna.
„Niemal”.
To słowo było gwoździem do trumny.
Bo ideał pozostał nieosiągalny.
Bułka nie została pokonana.
Jedynie czas minął.
Po czterdziestu minutach dyskusji
śniadanie było gotowe.
Po czterdziestu jednej minutach
zostało zjedzone.
Po czterdziestu dwóch
historia krojenia bułki
przeszła do rodzinnych wspomnień.
Po czterdziestu trzech
rozpoczęła się rozmowa o tym,
jak należy smarować masło.
Ale to już materiał
na osobny tom.
.
Chór Opiekunek
.
I wtedy zza kulis odzywa się głos:
— Miałam to samo z pomidorem!
— U mnie była awantura o grubość sera!
— A u mnie o kierunek układania ogórków!
I nagle okazuje się,
że nie jesteś sama.
Że gdzieś w Niemczech,
Holandii,
Austrii
i całej Europie
opiekunki toczą podobne boje
na frontach pieczywa,
wędlin
i warzyw.
.
Morał końcowy
.
Po latach pracy wiem już jedno.
Nie ma dwóch identycznych podopiecznych.
Ale każdy posiada przynajmniej jedną rzecz,
która musi być zrobiona dokładnie tak,
jak była robiona od roku 1963.
Nie wcześniej.
Nie później.
Nie inaczej.
Dokładnie tak.
A opiekunka?
Opiekunka uczy się sztuki najwyższej.
Sztuki przetrwania.
Uśmiecha się.
Kroi kolejną bułkę.
I notuje w pamięci:
„Plaster szynki pod kątem 90 stopni.
Termostat 19,5°C.
Pilot zwykle pod siedzeniem.
Zielona szmatka do blatu.
Bułka po skosie, ale nie za bardzo.”
Tak powstaje wiedza tajemna,
której nie znajdziesz w żadnym segregatorze agencji.
I jeśli ktoś kiedyś zapyta, czym naprawdę jest praca opiekunki, odpowiedzmy zgodnie:
To nie zawód.
To codzienna komedia, dramat, kryminał, reportaż i teatr absurdu grane jednocześnie na jednej scenie — najczęściej jeszcze przed pierwszą kawą.
VIII. Hymn Opiekunek
czyli pieśń tych, które przetrwały wszystko
(śpiewać najlepiej przy porannej kawie, zanim zdąży wystygnąć)
.
Powstańmy, siostry od szmatek świętych,
od bułek, pilotów i łóżek przeklętych,
od termostatów strzegących granicy,
od segregacji godnej policji.
My, które znamy tysiąc sposobów
na świat zbudowany z drobnych kłopotów,
co każdego ranka ruszamy do boju,
szukając rozsądku w domowym pokoju.
Refren
Nie straszny nam pilot,
co znika co chwilę,
ni prześcieradło,
co walczy zawzięcie.
Nie straszna nam bułka,
pokrojona źle niby,
bo my jesteśmy
Opiekunki niezłomne i żywe!
.
Gdy szósta wybija,
a słońce śpi jeszcze,
my już słuchamy historii dwieście.
O Franzu, o kuzynie,
o psie i sąsiedzie,
co w siedemdziesiątym drugim
rowerem gdzieś jedzie.
Gdy zimno przenika
przez sweter i skarpety,
a termostat pilnuje narodowej cnoty,
my parzymy herbatę,
my gotujemy zupę,
i jeszcze znajdujemy czas,
by uratować zgubę.
Refren
Nie straszny nam jogurt,
co miejsca nie znalazł,
ni kosz, który właśnie
swój regulamin ogłasza.
Nie straszna nam szynka
pod złym kątem świata,
bo opiekunka wszystko
cierpliwością splata.
,
Bo nie ma instrukcji
na ludzkie zmęczenie.
Nie ma segregatora
na czyjeś zmartwienie.
Nie da się rozpisać
w tabelkach i planach
serdeczności podanej
o szóstej nad ranem.
I choć czasem śmiejemy się
przez łzy i przez kawę,
to właśnie w tym śmiechu
odnajdujemy sprawę:
że dom nie jest z szafek,
z pilotów i ścian.
Dom tworzy człowiek,
który jest obok — co dnia.
Wielki Refren Finałowy
Za szmatkę niebieską!
— Hurra!
Za zieloną!
— Hurra!
Za termostat święty!
— Niech zostanie gdzie stał!
Za pilota odnalezionego!
— Pod poduszką!
Za bułkę pokrojoną!
— Jakoś będzie!
Za kawę wypitą gorącą!
— Cud nad cudami!
,
A jeśli kiedyś historia zapyta,
kto naprawdę podtrzymywał ten świat,
gdy wszystko skrzypiało,
gubiło się,
psuło,
marudziło
i dzwoniło o szóstej rano —
to odpowiedź będzie prosta:
Nie cesarze.
Nie ministrowie.
Nie termostaty.
Lecz Opiekunki.
Te od codziennego cudu.
J.G. |
|
|
|
|
|
-->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.
Super-Tango |
2026.06.04; 12:40:56 |
Twój zestaw utworów pokazuje dużą różnorodność tematów i stylów. Obok ballad pełnych legend, historii i mistycznych postaci pojawiają się wiersze o przyrodzie, lokalnej pamięci oraz humorystyczne kroniki codzienności. Łączy je umiejętność budowania nastroju, dbałość o obraz oraz wyraźna wrażliwość na los człowieka i otaczający go świat. Szczególnie cenne jest to, że potrafisz odnaleźć poezję zarówno w wielkich opowieściach historycznych, jak i w zwykłych, codziennych sytuacjach. To sprawia, że Twoja twórczość jest barwna, żywa i interesująca dla różnych odbiorców.+)
Pozdrawiam serdecznie |
JNaszko |
2026.06.04; 11:14:11 |
Ładny cykl
+++++ Jurek
pozdrawiam |
Anna z |
2026.06.04; 10:37:50 |
Przepiękny cykl wierszy+5
Pozdrawiam serdecznie miłego dnia |
babajaga |
2026.06.04; 10:20:59 |
| serdecznie pozdrawiam |
Miauu |
2026.06.04; 10:10:34 |
( Ballada o babce przydrożnej ) Twój wiersz jest jak zielona latarnia zapalona na skraju codzienności. Przypomina, że największa mądrość i dobro często rosną cicho w kurzu naszych dróg, niezauważane przez zabiegany świat.
+
Serdecznie pozdrawiam
Miauu |
ennio74 |
2026.06.04; 09:23:20 |
Kolejny cykl ciekawych wierszy.
Ale.moim.zxaniem jest za duzo na raz by to czytac.
Więc sobie dziele to.na etapy.
Pozdrawiam
+2 |
andrew |
2026.06.04; 07:47:01 |
Pozdrawiam serdecznie
Miłego dnia |
|
|