Wiersze poetów - poetyckie-zacisze.pl ZAPROPONUJ ZMIANĘ W SERWISIE
Logowanie:
Nick:
Hasło:
Zapamiętaj mnie
Odzyskaj hasło
Zarejestruj się
Dostępne opcje:
Strona główna
O serwisie
Regulamin
Zaproponuj zmianę
Indeks wierszy
Ranking autorów
Ranking wierszy
Dodane dziś (38)

Nowi autorzy:
- paproch
- voytus
- natan
- Leszek2619
więcej...

Ostatnie komentarze:
Iga walczak
- Halinka
Bal w Łańcucie. Narodziny Grzechu
- grazyna
Iga walczak
- grazyna
Dźwięk w samotności
- 110101011
więcej...

Dziś napisano 151 komentarzy.

Blondynka o zmierzchu nad morzem

Blondynka o zmierzchu nad morzem

Zygmunt Jan Prusiński


BLONDYNKA O ZMIERZCHU NAD MORZEM

Aurelii Kani - Hrychorczuk



Ta scena jest absolutnie ważna.
Zbierasz oklaski od mew,
ładna jesteś Aureolio w kolorze
piasku i błękitnego nieba,
zachód słońca powinien się cieszyć.

Gdybym ja tam został zaproszony,
tylko dla ciebie byłby ten koncert.
Z mego ciała wypłynęłyby dźwięki
i słowa ułożone według uroku.
To nie jest łatwo przejść
w metamorfozę odmiany czasu.

Sypie na mnie niepokój z nieba,
bo i sam Pan Bóg się na mnie gniewa,
że myślę o erotycznych zabiegach...
Tak chcę jak najwięcej wydobyć z ciebie
tej dziwnej słodyczy bez nazwy.

Skraplam się chęcią zdobycia twego ciała
potajemnie - bezszelestnie - ale z dźwiękiem.

31.05.2010 - Ustka
Poniedziałek 17:46

Wiersz z książki "Sprzedawca snów"


autor ZJP
http://s26.flog.pl/media/foto_300/12770534_romantyk-z-krysztalowego-sadu.jpg?1536642256


Muza
https://www.zishy.com/uploads/thumbs/Victoria%20Lynn%20Clean%20The%20Dirty/single_146-236007IMG_2005.jpg?1415147822
Napisz do autora

« poprzedni ( 1389 / 2716) następny »

zygpru1948

dodany: 2019-06-19, 06:54:30
typ: życie
wyświetleń (421)
głosuj (109)


          -->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.

zygpru1948 2019.06.19; 14:29:57
Nie szkodzi Promyczek... Dziekuje i pozdrawiam - Zygmunt z Ustki

zygpru1948 2019.06.19; 07:34:02
Analiza książki "Madryckie Ścieżki Poezji"


Karol Zieliński

01.11.2011


Wstęp – kilka słów o konstrukcji poematu
"Madryckie ścieżki poezji".



Toteż dlatego w poemacie – powtórzmy – strzela sobie w łeb, bo w realnym życiu palnąłby sobie tak samo. Tu nie ma rozdźwięku między poezją a życiem i tzw. światem ludzkiej kultury. Poezja jest takim samym bytem, jak świat zewnętrzny, a może nawet bardziej.

Świat zewnętrzny oznacza w tym przypadku zbiór zasad moralnych i estetycznych, którymi kierowali się kochankowie i w ogóle ludzie.
Przecież nie wiadomo, czy życie naśladuję sztukę czy odwrotnie – i to od bardzo dawna, od zamierzchłych czasów. Przecież wiele wskazuje na to, że dla naszej jaźni nie istnieje inny byt, niż słowo.

Świat zewnętrzny o tyle dla nas istnieje, o ile rozpoznajemy go w naszych słowach. Jeśli go nie ma w naszych słowach, to nie istnieje on dla nas realnie. Dlatego też podmiot poetycki, zwany Mar Canela, tłumaczy w poemacie Zygmuntowi (nie wiadomo czy ma na myśli „Zygmuta-podmiot liryczny” czy Zygmunta Prusińskiego z Ustki, że przecież nie może go pokochać w poemacie, bo ma inne zobowiązania w życiu realnym. Nie mówi tego słowami wprost, ale daje to do zrozumienia. Niemożność spełnienia czynu w poezji, tłumaczy niemożnością spełnienia go w realnym życiu.

Więc tu cię mamy Grzegorzu Dyndało, że jednak „jako w niebie tak i na ziemi, co jest związanie w życiu, nie może być rozwiązane w niebie”, czyli w poemacie i odwrotnie.

Ponieważ od poezji do realnego życia tylko jeden krok i nie wiadomo, czy gdyby w poemacie Mar Canela pokochała Zygmunta (jako podmiot liryczny) poetycko, to nie byłaby to miłości silniejsza niż w realnym życiu i musiałaby się przenieś (ta miłość) do realnego życia (i wpływać na jej decyzje w realnym życiu). Przecież siła poezji potrafi być tak wielka, że kobieta porzuca realnego partnera lub męża i idzie za kochankiem, który wyznawał jej miłość w gorących wierszach. Tak się jednak u pani Caneli nie stało.

Tego Mar Canela jako autorka, uczynić nie mogła i dlatego wolała się asekurować również jako podmiot liryczny w poemacie, przed dawaniem nadziei na uczucie swemu poetyckiemu „pół-kochankowi”, panu Prusińskiemu z Ustki.

I odwrotnie, kto wie, czy pan Zygmunt Prusiński, podkochując się w poemacie jako podmiot liryczny, w podmiocie lirycznym pani Mar Caneli, nie pokochał ją bardziej niż w realnym życiu, - ale skoro od poematu do życia jeden krok i poezja jest bardziej realna od realnego życia, więc pokochał ją również na jawie i w realnym życiu.

Oczywiście to są tylko hipotezy snute na bazie wiedzy o sile eliksirów miłosnych zamkniętych w butlach z poetyckim słowem.

Bowiem miłość jest „jedna na świecie i w kosmosie i nie igra się z miłością”. Miłość jest taka sama u sługi jak i u pana. Jednakowa u króla i żebraka. Z żebraka potrafi zrobić księcia a z króla żebraka. Z tym zaznaczeniem, że tak było kiedyś dawno, ale już tak nie jest. Pozwolę sobie na „wulgarność” i powiem coś niepopularnego na obronę prawdziwej miłości. Dzisiejszy problem, w dobie feminizmu nie tkwi w tym „czy ja potrafię wypieprzyć kobietę, ale czy kobieta potrafi wypieprzyć mnie.” (Nie czas tu na kulturoznawcze roztrząsania). Problem jest o tyle ważki, że w sposobach i w rozumieniu dawnej miłości, kobieta posiadała tyle odwagi, szarmu i zadziorności, że ona również potrafiła wypieprzyć mężczyznę, dlatego miłość miała tak wielką szczerość i siłę.

Każda gra w miłość, gdy dochodzi do zakochania w grze, przeradza się w miłość prawdziwą i gdy gra się kończy, miłość się nie kończy i sprawa często staje się tragedią. Sprawa znana aż do nudności.



Toteż podmiot liryczny, męskiej części poematu, udaje, że nie je czarnej polewki, w czym narratorzy i gospodarze poematu usiłują mu jakoś pomóc. I trzeba dodać, że jakoś się to udaje. Na marginesie trzeba dodać i to, że to przekonanie, że można igrać miłością, bawić się w pisanie płomiennych wierszy miłosnych do konkretnych osób, pod pretekstem flirtu, udawania i zabawy, co często kończy się przykrością jest narastającą chorobą naszych czasów.

Dzisiaj wszyscy udają, że kochają wszystkich i wszyscy z wszystkimi idą dla zabawy do łóżka (a właściwie obiecują, że idą, bo hotele są okropnie drogie a szanujący się ludzie nie chcą tego robić na kubłach ze śmieciami).
Zresztą literaci i czytelnicy dzienników, diariuszy, wspomnień i pamiętników etc. to wiedzą, że tzw. „szczere pisanie prawdy” o miłości, uczuciach, stosunkach seksualnych itp. jest niemożliwe i przynosi więcej szkody niż pożytku. Nie znaczy to jednak, że nie należy pisać poematów, erotyków i diariuszy (np. miłosnych).

Na początku poematu pt. „Madryckie ścieżki poezji”, po kilku próbnych balonach ze strony męskiego podmiotu lirycznego, w postaci gorących wyznań do strony kobiecej, w postaci seksualnych aluzji i przypomnień, co już „jej zrobił” a co dalej zamierza „uczynić”, strona kobieca wydaje pomruki zadowolenia i odpowiada w konwencji kodu kobiety emablowanej w sposób kulturalny a nawet, jak zapewnia ją podmiot liryczny, w sposób „poetycki”. Ona też odpowiada w podobny sposób. Ale gdy mężczyzna wyznaje swoje udręki z powodu samotności i opuszczenia, a także z braku autentycznego uczucia (co wskazuje na autora spoza poematu) wtenczas kobieta reaguje ostrożnym odtrąceniem. Jakby chciała powiedzie: „Na aż tak dużo nie pozwalam”.


Cdn.

zygpru1948 2019.06.19; 07:07:02
SPRZEDAWCA SNÓW – część trzecia

Dział: Kultura Temat: Literatura


Zygmunt Jan Prusiński


JESTEŚMY PRZYGOTOWANI DO ROMANSU



https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/961698,sprzedawca-snow-czesc-iii

zygpru1948 2019.06.19; 07:06:36
Zygmunt Jan Prusiński


Mój artystyczny fotoblog

https://zygpru1948.flog.pl/

zygpru1948 2019.06.19; 07:04:00
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

16.07.2011 21:24


@Zygmunt Jan Prusiński

Panie Zygmuncie, przecież mówię tysiąc razy, że trzy albo i cztery miliony ludności w Polsce, (która podaje się za inteligencję), w tym prawie cała, powtarzam PRAWIE CAŁA INTELIGENCJA (jaka tam ona jest!) (nie licząc drobnych wyjątków w takich wydawnictwach jak Pax czy Znak - raptem parę tysięcy)) była członkami partii (2.5 miliona członków w tym żadnych prawdziwych robotników).


Cały inteligencki Kraków należał do komuny. Spłacali w ten sposób swój dług za to, że podczas okupacji ich ojcowie i dziadkowie należeli do volks-listy (zresztą to inne warunki i czasy). To że kiedyś rozmawiałem ze Śliwiakiem, ale nie wydrukował pod moim nazwiskiem ani jednego słowa, tak zresztą w jak i nikt w czasie całego PRL-u, uważam dzisiaj za wielkie szczęście. (Tadeusz Śliwiak mi powiedział: "Pana nie wydrukują, bo Pana traktują poważnie").

- Nigdzie Panie Zygmuncie, nie znajdziesz mojej publikacji, poza branżowymi pisemkami przy uniwersytetach, gdzie się drukowało w 20 egzemplarzach jakieś eseiki, aby je włączyć z odpowiednim numerem do zasobów swoich naukowych (pożal się boże) publikacji potrzebnych do pracy na wydziale. Zresztą w czasie stanu wojennego wywalono mnie z roboty i musiałem zostawić rodzinę - moja żona się zakochała w szpiegującym mnie ubeku! - z Krakowa uciekać. Nie chciałem być aresztowany, bo jak twierdzą postronni, jestem (nie chwaląc się) trochę przystojnym facetem (tak że zaczepiają mnie pederaści (Sic!) (nic na to nie poradzę!) i nie chciałem iść do więzienia, żeby mi pedały nie zrobili z tyłka sito. Chroniąc swoją dupę, nie zdecydowałem się zostać internowany - a mogłem. Wolałem mieć całą dupę niż miano patrioty, "soliadarnościowca" i bohatera!


Ilekroć byłem w Warszawie Jarosław Iwaszkiewicz wypatrywał za mną oczy, a ja unikałem go jak ognia, bo też zamiast jego poparcia wolałem całą dupę. Czy źle zrobiłem, Panie Zygmuncie?

Do ZLP też nie należałem, bo gdy się dostałem na czerwony indeks to już nie próbowałem tego odkręcić ani się poniżać prosząc o jakąś rehabilitację (jak tylu innych).

Mówiłem literatom, aktorom, reżyserom... w oczy, że są czerwoną hołotą, czy się nazywają Kamińskimi, Filipowiczami, Koziołami, czy Jastrunami... Tam też każdy każdemu dawał dupy i oficjalnie chwalił wydawniczą linię partii dla paru groszy.

Więc kiedy się Pan do mnie zwraca, Panie Zygmuncie, w kontekście komunistycznego Krakowa, komunistycznej inteligencji, czy komunistycznych naukowców, to proszę rozbić to w tak selektywny sposób, żeby nie padł na mnie ani cień podejrzenia, czy dwuznaczności, że i ja do tej hołoty należałem w jakiś sposób.


Ja nie musiałem w swojej drodze do doktoratu nawet się o to osobiście starać i zabiegać, bo byłem tak zdolny, że powiedziałem: proszę bardzo, jeśli chcecie, jeśli jestem potrzebny (np. moje zdolności oceny wartości umysłowych u studenta, wartości heurystycznej jakiegoś tematu, z którego można zrobić sensowną pracę etc.) to proszę bardzo, dajcie to do maszynistki, niech to porządnie przepisze i zrobi adiustację... i rzuciłem na biurko stertę młodzieńczych, krytycznych stwierdzeń i uwag na temat kierunków w fenomenologii i na temat badań logicznych Edmunda Husserla. Więc ja nie wiem co to jest dzisiejsza, standardowa mordęga na drodze do kariery (której nie zrobiłem), co to jest podlizywanie się, bo się nie musiałem podlizywać, wstępowanie do partii, bo właśnie to, że darłem z partią koty, zapewniało mi opinię bezstronnego, młodego (pożal się boże) naukowca... KTÓRYM być nie chciałem. To mnie nudziło i do dzisiaj nudzi! Co innego mieć zdolności chwytania w lot intencji myślowych w dziele filozoficznym, literackim czy socjologicznym a co innego być tym znudzony… To już jest dla mnie męcząca robota. Nie chciałem być nauczycielem! Chociaż to najbardziej odpowiedzialny i zaszczytny zawód. Nie dla idiotów! Ale cóż, kiedy ja chciałem być marynarzem, lotnikiem, ogrodnikiem, lawer-bojem, kochankiem... niedorosłym chłopcem… który na marginesie swoich miłosnych podbojów pisze wiersze... a tymczasem trzeba było coś jeść, gdzieś zarabiać, i "zgodziłem" się na mękę orki na ugorze (namówili mnie!), użerać się z głupimi studentami, czego wtedy robić (za marne grosze) nikt nie chciał. To wszystko. Żadna zakichana kariera.

Owszem, chciałem wystawić swój młodzieńczy dramat w teatrze, krytykujący establishment zarażony oświęcimskim etosem, którym posłuszni temu establishmentowi "nauczyciele" zarażają polską młodzież, jakby sobie nie zdawali sprawy z powagi sprawy - to akurat żydowska szajka rządząca teatrami, repertuarem i reżyserią, wykopała mnie za drzwi. A szkoda, bo mi się podobały aktorki i ta nutka "artystycznej" rozwiązłości jaka panuje w tych rodzinach, gdzie mąż wiadomo co robi z koleżanką, a żonie kolegę podtyka. I zboczeniec patrzy, czy kolega robi jej dobrze. To ci kulturalne towarzystwo!


Dlatego proszę specyfikować swoją wypowiedź, kiedy mówi Pan o komuchach w Krakowie, że wszyscy byli (jeśli ich tylko przyjęli) w Krakowie agentami ubecji i członkami partii, oprócz PT Skręta! Czyli mnie! Rzeczywiście komuchami byli nawet ci, eksponowani w aparacie partyjnym i w kulturze Krakowa, co jednocześnie po cichu jeździli do prezydenta na uchodźstwie, Ryszarda Kaczorowskiego, odbierać przyznane im i ich rodzinom ordery Polonia Resitituta! Co za kurewstwo!

Dlatego proszę jak powyżej (może w nawiasie, z dopiskiem: "oprócz Skręta"); Bo mi się robi nieprzyjemnie gdy czytam, jak Pan wyklina na krakowskich komuchów, a ludzie myślą, że ja też byłem czerwony, to mi się robi niedobrze!


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę!

___________________________


Wiersze na topie:
1. ...okres... (25)
2. ... a to życia czarownice (25)
3. ...teraz już... (25)
4. Ballada o Bogini Wschodu i Zachodu... (25)
5. ...zastrzykowo... (25)

Autorzy na topie:
1. zygpru1948 (812)
2. kaja-maja (802)
3. darek407 (785)
4. super tango (113)
5. Serenada1948 (50)
więcej...