Wiersze poetów - poetyckie-zacisze.pl ZAPROPONUJ ZMIANĘ W SERWISIE
Logowanie:
Nick:
Hasło:
Zapamiętaj mnie
Odzyskaj hasło
Zarejestruj się
Dostępne opcje:
Strona główna
O serwisie
Regulamin
Zaproponuj zmianę
Indeks wierszy
Ranking autorów
Ranking wierszy
Dodane dziś (29)

Nowi autorzy:
- wawak
- clesinanel67
- utadopza46
- nadwislanskaagencjaturystycznapageprouk1
więcej...

Ostatnie komentarze:
Skąpana w baśni
- Izabel
Czy można
- Izabel
Ślady...
- Izabel
Czantoria jesienią
- Stan21
więcej...

Dziś napisano 233 komentarzy.

W tej poczekalni duchów

W tej poczekalni duchów

Zygmunt Jan Prusiński


W TEJ POCZEKALNI DUCHÓW

Alicji Szopińskiej


Czytam w lokalnej gazecie:
"Piękny kwiatek z ciebie wyrósł"...
Autor tej myśli Michał Lendecki
nie przesadził. Ten kwiat jest kwiatem!

Kobieta z niej jak jabłoń w sadzie,
rozkwitająca na strony, powabna
jak namalowana olejną farbą w Paryżu.

Alicja ma czarną sukienkę z weluru.
Jak uniosła ramiona to piersi jak skały.
Sokoły lot nad doliną zakreśliły,
ktoś im musi grać melodię do tańca.

Alicjo, wyjdź naprzeciw, zerwij jabłko!
Czekam na grzech pierworodny. -
W zamian ozdobię cię wiankiem białym,
z drobnych margaretek na polu.


13.05.2010 - Ustka
Czwartek 21:23

Wiersz z książki "Las kobiet"


autor ZJP
http://s26.flog.pl/media/foto_300/12708013_romantyk-z-krysztalowego-sadu.jpg
Napisz do autora

« poprzedni ( 1104 / 1175) następny »

zygpru1948

dodany: 2018-08-10, 04:53:20
typ: życie
wyświetleń (30)
głosuj (0)


          -->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.

zygpru1948 2018.08.10; 05:17:08
LAS KOBIET - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/887021,las-kobiet-czesc-i

zygpru1948 2018.08.10; 05:16:17
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

11.05.2011 22:46


@Zygmunt Jan Prusiński

Panie Zygmuncie, pozdro i szacun oraz buziaczki... jak mówią do mnie studenci, a mnie to bardzo cieszy i śmieszy. Cieszmy się, że w ogóle ktoś chce coś czytać (i pisać (nie wychodzi mi cholerna literka "ci"). Myśląc o zasadach interpunkcji w Internecie widzę, że przy przyspieszonym toku myśli i natłoku wielu kontekstów naraz w różnych kontekstach, wypowiedź staje się podobna do jakiegoś zapisu matematycznego pełnego nawiasów w nawiasach, tudzież skrótów idiomicznych, myślowych, cienkich ironii i samogwałtów (sic!) - ja np. teraz się dziwię, że takiego (jak samogwałt... matematyczno-semantyczny - a do tego można dodawać bez końca - byle z tej samej klasy znaczeniowej - dogmatyczny, teogoniczny, egzonimiczny, endenizmiczny, i jak moja koleżanka, która mówiła o sobie: niejednokrotna dziewica jestem!: impultyfikacyjny!). Na koniec niech będzie... egzekwialny, jako samogwałt samogwałtów!) coś przyszło mi do głowy.

A wie Pan, że nasze myślenie o psychice, moralności, poezji, o etyce powinności, o religii, kulturze, etc. powinniśmy zanalizować pod kontem widzenia samogwałtu! Że nasze życie to ciągły samogwałt, to wymuszanie na naszej woli życia, przeciągania tego bezsensownego istnienia w cierpieniu, nie wiadomo w jakim celu i po co. Po to żeby cierpieć? Cierpienie jako forma poszukiwania szczęścia, którego nie ma i nie będzie, dopóki będziemy stosować duchowe ręczne sterowanie (czyt. samogwałt), czyli "ręczne myślenie". Zresztą samogwałt nie polega na ruszaniu ręką ani głową (co jest logiczne, bo naszym sensem i istotą istnienia tu, na tej ziemi, jest ruch, ruch myśli i substancji) tylko na odbieraniu sobie wolności woli. Musisz istnieć (mówimy jej), musisz odczuwać (m.in. seksualną) przyjemność, bo... Bo co?

Na to pytanie ludzkie zwierzę nie ma odpowiedzi.
Rozumując w tym kontekście, można powiedzieć, że Pańska ucieczka do "różowej sypialni" (lub jak kto woli: najście, wejście, napad, rabunek, randka, branka, jasyr, podryw, schadzka z ukochaną...) jest ucieczką przed przymusem jakiegokolwiek samogwałtu. Jednakże jest jednocześnie przymusem ucieczki w następny samogwałt (do różowej sypialni)! Myślę, że im mniej tu będzie w tej "różowej sypialni" owej "różowej sypialni", to powoli stanie się ona (ta sypialnia) tak bladoróżowa, że prawie przezroczysta, aż do zniknięcia. Wtedy będzie miał Pan szansę wyjść z tej różowej pułapki z męskim honorem, bo jak tam Pan wszedł, to Pan ciągle siedzi i nie wiadomo co tam robi! Ciągle pieści i całuje po rączkach i nóżkach, czy też jak ten Priap! Bez przerwy "łomoce"! To jest niepokojące, intrygujące ale również męczące! Publiczność ma prawo wiedzieć, (publiczność - robi Pan to publicznie i przy ludziach! a mówi Pan że żąda Pan delikatności w uczuciach i nie lubi zagrywek "poniżej pasa" znowu seksualne znaczenie! Pan nie lubi?! Nie wierzę! Nie ma takiego faceta który lubi pisać i nie "lubi" tych rzeczy! "To" z pisaniem w jednej parze idzie! Wątpię, stary rozpustniku czy jest Pan taki niefrywolny, za jakiego się Pan podaje! Ja nie mówię o osobistym Pana życiu, że jest takie siakie, moralne, niemoralne... Absolutnie wygląda Pan na faceta o wysokim morale. Ale mówimy tu o poczuciu erotycznego i dotyczącego elan vital humoru.

Na zdjęciach jakie Pan publikujesz tylko się ślepia Panu jak staremu kocurowi świecą, do dzieweczki gdzieś ukrytej z boku.
Wracając do tematu "różowej sypialni", publiczność chce wiedzieć czy Pan jako kochanek w dawnym stylu używa również różowych kondomków i z czego są uszyte, z batystu, jedwabiu czy jakiegoś zgrzebnego worka, żeby było lepsze tarcie. My tu sobie żartujemy, a przeciez nasi staropolscy klasycy literatury miłosnej, kobietę "dojrzałą" i już wiele razy używaną, która miała szeroką pochwę jak donica (to jest coraz częstsza choroba kobieca naszych czasów, z powodu, że kobiety wpychają sobie, z nerwicy, w pochwę coraz większe dziadostwa w dziurę - a orgazmu jak nie było tak nie ma - tak że chirurdzy ginekolodzy zszywający do kupy rozlatujące się pochwy, mają pełne ręce roboty) nazywali "wiercimakiem" - czyli makutrą do ucierania maku, jak w staropolskiej fraszce Wacława Potockiego pt. Omyłka w słowie, w której mąż po nocy poślubnej zarzuca żonie, że z powodu luźnych rozmiarów w kroczu nie była mu "tarkiem" (czyli naszą tarką, np. do tarcia buraków - to ci dopiero była staropolska miłość, w której mąż się tak poświęcał na zaspokojenie swędzącej żoninej dziurki, że aż mu krew ciekła. Co do "swędzącej", na którą się skarżyła nasza prapolska pra-pra-pra-prababka, to też są na to odpowiednie fraszki, świadczące o jurności naszych Polek).

Kuchowicz pisze, że już w renesansie i baroku rozmyślano, jakby tu, środkami sztucznymi zwiększyć rozkoszne tarcie między członkiem a waginą. Próbowano np. posypywania ałunem (ten pomysł właśnie przybył do nas z Hiszpanii), ale często okazywał się za mocny i tak zaciskał "kochane mięśnie", że kochankowie musieli wołać na pomoc sąsiadów, żeby rozłączano ich końmi. Ale nikt się tym nie gorszył, bo wtedy w modzie były akurat stosunki zbiorowe, czyli seks-party, czyli towarzyskie (na to też są fraszki!).

My tu dalej (a właściwie ja) sobie dworujemy, ale przecież z Pańskimi wierszami jest problem (naukowo-teoretyczny) jak w tym makabrycznym dowcipie (uwaga, frywolne, staropolskie, dwuznaczne słówko!), co zrobić z "ciałem"?
Wracając do zasadniczego wątku wielomianu, przed nawias, o tym, że każda poezja i w ogóle czynność życiowa jest samogwałtem zmuszającym wolę do trwania w głupiej egzystencji, to wydaje mi się, że gdyby Pan tak rozbielił "różową sypialnię", żeby się stała przezroczysta, to byś Pan dokazał sztuki prawdziwie mistycznej, prowadzącej do sublimacyjnej (nie sublimatywnej!) samodestrukcji (nirwanicznej) i zatracenia w niebycie, więc uwolnionej od przymusu głupiego (ludzki dramat od stworzenia świata!) istnienia. Miałby Pan szansę dostąpić cudownego uwolnienia - ciągłej iluminacji w której doznający tejże iluminacji podmiot nie ma czasu na "ejakulację" (również fizyczną, bo się spieszy do konsumpcji inteligentnej energii) i nasza nieziemska istota jest ciągle w stanie najwyższej potencji! (jeśli Pan nie kojarzy to nic! Bo rzeczywiście członek męski w ciele fizycznym, ma swój odpowiednik w materii duchowej (tak rozwodnionej w "kosmosie" (nie tylko tym fizycznym i gwiezdnym, ale zawartym w immanencji świata, z którego pochodzi, albo którego nieodłączną częścią jest Immacultata - a tu jest coś dla Pana, bo się ociera o Pańską Hiszpankę (czy ona jest Hiszpanką?) w bladoróżowej sypialni, tak bladej i przezroczystej że dziewiczej), że nie istniejącej - ale przecież próżnia doskonała nie istnieje i istnieć nie będzie - i ejakulacja związana z rozkoszą orgazmu też ma odpowiednik na najwyższych piętrach kosmicznej świadomości. Do takiej ejakulacji potrzeba potężnych mocy i potężnych potencji od których przeżywania tu na ziemi można dostać zawału serca lub mózgu, albo umrze z szokowego stresu - to są fakty opisane medycznie).


Gdyby Pan wymył swoją miłością, tak do czysta "różową sypialnię", żeby się stała przezroczysta (moralnie i bytowo), to by mógł oczekiwać tantrycznej iluminacji. Zresztą tu mam wątpliwości i nie jestem taki mądry, bo to nie są rzeczy o których się rozmawia w przyzwoitym towarzystwie. Poza tym, tantryzm wydaje mi się sferą bliższą seksu małżeńskiego, niż wzdychaniom w różowych sypialniach. Tantryzm potrafi być również tłusty i przaśny a nie tylko duchowy i ascetyczny.

W każdym razie problem jest, bo jesteście państwo kochankami a nie białym małżeństwem. Gdybyście byli białym małżeństwem, to by nie mogło być w "różowej sypialni", lecz w białej sypialni, tam też byłyby ochy i achy, ale bez płóciennych kondomków, inny punkt startu i inny punkt dojścia. Słowem inne nagrody i zasługi. Nie mówię tu o przekleństwie prany, choć może powinienem. W każdym razie, zastrzegam, że nie rozpatruję Pańskiego pobytu w "różowej" w kategoriach yng i yang, ale w raczej takich, których jeszcze nie było i nie ma, bo tylko taką rzeczą zajmować się warto i jeśli każda miłość jest pierwsza i prawdziwa jako rzeczywisty byt, to w kosmosie jest jedyna i niepowtarzalna i tworzy ten kosmos, i go wzbogaca.

Tu nie może być mowy o powielaniu czegokolwiek (bytu się nie da powielić, bo jest albo go nie ma) w regułkach jing-jang.
Gdybyś się Pan uwolnił od przykazań miłości indywidualnej, zaborczej, zazdrosnej, bolesnej, cierpliwej i cierpiącej (na rzecz wybaczającej, por. Hymn do miłości, św. Pawła do Koryntian II rozdz.8. - że tam jest inaczej), to jako Boski Kochanek i Don Juan już by Pan nic nie musiał!
Pan Zygmunt mógłby iść, jak w gospodzie "Pod Królową Gęsią Nóżką" na piwo i zafundować sobie chwilową NIRWANĘ. Jednakże jeśli będzie miał pieniądze. A brak pieniędzy wiąże się Prawdą Objawioną, że, (jak już gdzieś powiedziałem): piekła w zaświatach nie ma, bo piekło jest tu!
I trzeba się uczyć z niego uciec. (Aż mnie ozór swędzi, żeby wdać się w analizę, ale nie mam czasu).

Gdyby nie Internet nigdy bym pewnie nic tak głupiego albo też głupio-mądrego nie napisał. Mam na myśli użyte przeze mnie powyżej "słówko": "idiomicznych". Im więcej czytamy i tym więcej rozumiemy znaków, tego co oznaczane i tego co znaczone i tego co porzucone w naszym myśleniu jako nieudane, roztrzaskane, zaklasyfikowane jako głupie. Ja myślę, że Pan Bóg kiedyś na Sądzie Ostatecznym, jeśli podejdzie do grupy podsądnych z epoki Internetu, to albo będzie musiał mieć ze sobą specjalnego tłumacza, albo samemu musi się poduczyć co nieco czytać na komputerze.

Przecież Pan wie, że do czasów Marka Cycerona nie używano takich słów jak: substantia, individuum, intelligibilis etc. To dzięki odwadze językowej pisarzy doznajemy łaski, oświecenia, że w dotychczasowej szacie graficzno-fonetycznej pojęcia kryje się dodatkowa możliwość jeszcze innego użycia w systemie znakowym, rozszerzając pole naszej wolności w swobodnym myśleniu i wypowiedzi. Dlaczego np. "idomicznych" a nie idiomatycznych lub idionomicznych"? Bo "idiomo", kojarzy mi się z używaniem pojęć o tym prefiksie w naukach drugiego poziomu semantycznego, gdzie sprawa dotyczy principiów i teorii, natomiast "idioma" przeważa w naukach praktycznych o zastosowaniu technicznym, operacyjnym i bezpośrednim w użyciu, danym już nam jakby w doświadczeniu codziennym, na wierzchu naszego poznania, w dostępnym zbiorze na poziomie pierwszego stopnia sygnałów. Nawet jeśli chodzi o takie nauki jak psychologia czy psychiatria to są one dwoiste, istnieje psychiatria teoretyczna i filozofia psychiatrii, z używaniem prefiksu "idiomo", czy w ogóle "mo", a drugi rodzaj psychiatrii, praktycznej, używa prefiksu "idioma", "ma". Jedne nauki (systemu znaków) są bardziej "głęboko" osadzone w oglądzie przedmiotu, drugie jakby "płycej" i łatwiej dostępne dla powierzchownej refleksji. To samo dotyczy nauki (systemu znaków) prawa, fizyki, matematyki etc. Np. matematyka " potrafi być (w refleksji) płytką konstatacją, ale również mroczną metafizyczną strefą cienia. I znów mam wątpliwości, czy nie dało się tego powiedzieć w języku "naukowym", a nie wyjeżdżać w poetyckie porównania (strefy cienia). Matematyka potrafi być, jako dziedzina filozofii bardziej "idiomo" niż "idioma". Panu chyba nie muszę tego...


Na jakimś blogu napisałem (ni to chwaląc się ni żaląc, żeby mi wybaczono jeśli będę bredził niezrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, że czytam ok. 8 godzin dziennie. Otóż skłamałem, bo często czytam bez przerwy, tzn, gdy nie śpię, to czytam. I tak ze wszystkim a zabrać mi książkę lub coś do zahaczenia okiem, to umieram. Myślę, że to z potwornej egzystencjalnej nudy, w której powoli staję się (znaczeniowo) przezroczysty i jakby nieludzki (jakbym był jakimś tajemniczym lecz martwym wyrazem) i jakby coraz mniej żywy i mający ochoty do istnienia. Tego Panu nie mówiłem, że od wielu lat uprawiam prywatną religijność i pobożność buddyzmu. Właściwie, to gdybym nie chciał jeszcze czegoś napisać, to wszystko bym rozdał co mam. Już Panu pisałem, że mógłbym żyć kontemplując coś w rodzaju japońskiego ogrodu Zen, gdzie jest piasek i kilka kamieni. To wystarczy do całego bogactwa wewnętrznego życia, które jest takie jak w "sutrze serca": O Szariputro! Forma jest pustką! pustka jest formą!

Nie ma nosa ani oka, ucha ani języka
nie ma ciała, duszy, barwy
ani dźwięku, dotyku, istnienia rzeczy
Nie ma starości ani śmierci
nie ma końca starości ani śmierci
nie ma cierpienia
ani przyczyny, ani końca cierpienia
Nie ma ścieżki, nie ma mądrości ani nagrody
Tak żyje Bodhisattwa
w pełnym zrozumieniu, bez wątpliwości ani lęku
daleko od złudnych myśli

Oto nirwana!

Ja też Panie Zygmuncie tak chciałbym, i oddać światu książki które gromadziłem i dzięki którym doskonaliłem proces myślenia (mój Boże, co to za ugór i manowce!). Boję się tylko czy potrafię, bo przecież w tej ścieżce nie ma ścieżki, w tej ścieżce ścieżką jestem ja sam, w tym buddyzmie Buddą jestem ja sam.
Jest się nad czym zastanowić, bo widziałem moich rówieśników zdolniejszych ode mnie, z większymi znajomościami wśród możnych tego świata, z uznaniem literackim, którzy skończyli w chorobie, w opuszczeniu, mrąc z zimna i głodu, często samotni wśród ludzi, pośród wielkiego miasta. Więc czy jest o co łamać kopie kłócąc się, czy powinno być więcej "idiomo" czy "idioma"?


PS. Żałuję tylko, że nie mam na tyle czasu, żeby czytać dużo wierszy z Pańskiego Blogu, bo coraz bardziej przypominają mi one kontemplację japońskiego ogródka, gdzie są tylko dwa ary szarego, wykwintnie i starannie wygracowanego piasku i siedem, również wykwintnych swej prostocie i bezpretensjonalności, kamieni.


Zygmunt Jan Prusiński Madryckie ścieżki poezji - Część VI

_______________________________________


Wiersze na topie:
1. Klucze (12)
2. Wierszem dziekuję (11)
3. Czantoria jesienią (11)
4. My (11)
5. Kobieta ma wiele twarzy czyli od przyjaciółki do przyjaciela (10)

Autorzy na topie:
1. Duszka (36)
2. stanislawa (36)
3. duch44 (30)
4. kosta.woj (18)
5. Izabel (12)
więcej...