Wiersze poetów - poetyckie-zacisze.pl ZAPROPONUJ ZMIANĘ W SERWISIE
Logowanie:
Nick:
Hasło:
Zapamiętaj mnie
Odzyskaj hasło
Zarejestruj się
Dostępne opcje:
Strona główna
O serwisie
Regulamin
Zaproponuj zmianę
Indeks wierszy
Ranking autorów
Ranking wierszy
Dodane dziś (28)

Nowi autorzy:
- m62l9wwebwavecmsprok6
- meblowy24pagetlprouk8
- meblowy24mywebzzprik1
- kośćnazgodę
więcej...

Ostatnie komentarze:
Płomyk nikły
- Katarzyna K.
Ty wiesz jak cię kocham...
- kosta.woj
Audiencja u królowej
- kosta.woj
Audiencja u królowej
- Boreas
więcej...

Dziś napisano 180 komentarzy.

Ona nazywa się Monia Lizka

Ona nazywa się Monia Lizka

Zygmunt Jan Prusiński


ONA NAZYWA SIĘ MONIA LIZKA

Idzie przez miasto.
Liże loda z wdziękiem -
jest przecież kobietą,
ma to w swej kobiecości.

Niewybredna pod cieniem
rozdaje uśmiech kwiatom.
Przytula się do mnie,
szepce wyśnione słowa.

Moja Monia Lizka jest
portretem namalowanym.
Zaskarbiła sobie miłość,
ukrywam jej aksamit.

Kiedy w wigorze gry
pomiędzy stacjami
zaczyna nucić melodię,
wiem że dokonam cudu.


- Kobieta zawsze na cud czeka...


21.05.2010 - Ustka
Piątek 8:21

Wiersz z książki "Las kobiet"


autor ZJP
http://s26.flog.pl/media/foto_300/12781764_romantyk-z-krysztalowego-sadu.jpg?1537255604


Muza
http://static.jpg.pl/static/photos/340/340430/1c5ae849a11078d9db065053f154f9cb_normal.jpg
Napisz do autora

« poprzedni ( 1143 / 1466) następny »

zygpru1948

dodany: 2018-09-18, 09:45:40
typ: życie
wyświetleń (69)
głosuj (15)


          -->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.

zygpru1948 2018.09.18; 11:01:00
Ona czeka na mój Erotyk



http://static.jpg.pl/static/photos/337/337992/b1175d6931e31c0ff898b09405110bb4_normal.jpg

zygpru1948 2018.09.18; 10:14:54
LAS KOBIET - Część III Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/893247,las-kobiet-czesc-iii

zygpru1948 2018.09.18; 10:13:27
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

24.08.2011 13:20


@Zygmunt Jan Prusiński

Panie Zygmuncie, podtrzymuję co napisałem, a jest to tylko garść uwag po pobieżnej lekturze, jaką ta lektura we mnie wyzwala. Czytam również wiersze innych poetów, świetne cacka, cóż z tego, skoro autorzy to potworni tchórze i nie tylko tchórze ale również kompletni ślepcy, a gdyby i temu się przyjrzeć bliżej, to są to psychiki skamieniałe i nieruchawe, spetryfikowane samym dojściem do doskonałej formy poetyckiej. Jakby wspinanie się po kamienistej ścianie, drodze, zamieniało żywą psychikę w skałę. Wszakże ćwicząc się w strzelaniu giętkim łukiem, umysł sam nabiera giętkości.

Przecież poezja wcale nie jest wielkie "cacy", ale również wielkie "be" wysoce szkodliwe dla człowieka. Nie tylko piękno ale i brzydota. Każde piękno pod wnikliwym spojrzeniem zamienia się w swoje przeciwieństwo. Poezja również jest trucizną, i nie o nią tu chodzi. Nie ona jest najważniejsza w sensie ludzkiego istnienia. Poezja jest tylko rzeczą wtórną wewnętrznej walki o sens. Poeta, jak każdy człowiek jest jednostką wysoce niemoralną, kłamliwą i powiedziałbym podłą. Jest moralnym bydlakiem, nie potrafiącym się powstrzymać od mówienia, a ponieważ każde słowo kłamie (ze swej metafizycznej natury i egzystencjalnej (twierdząc, że "jest"; podczas gdy go "nie ma") - ergo, od kłamliwego mówienia.

Gdyby nie było poetów, nie byłoby władzy, ani fizycznej ani duchowej, ani dobrej ani złej (inna sprawa, że nie byłoby tzw. ludzkości ani społeczeństwa, poza społecznością małp).

Z uwagi na to że nie mam dobrej władzy, nie byłoby też reżymów. Przecież poezja i jej doskonały wiersz, to reżym. To również dążenie do pozbawienia drugiego człowieka własnego "ja". Już w zwykłej rozmowie ukryte są tendencje do pozbawienia rozmówcy jego własnej logiki i myślowej inicjatywy, wolności i duchowego życia. "Rozmawiając" z drugim zazdrościmy mu trafnych spostrzeżeń i logicznych wypowiedzi... myślimy sobie: "szlag by cię trafił"!


Rozmowa jest narzędziem zabijania i pozbawiania drugich sensu życia, bo przyjmując nasz punkt widzenia, ich życie traci sens, stając się odbiciem naszych interesów. Im bardziej chcemy kogoś przekonać do naszego (słusznego) zdania, jako rozmówcy stajemy się "małymi zbrodniarzami".
Poeci są "zbrodniarzami" do kwadratu; kiedy tworzą wiersz, który zachwycając nas (jako odbiorców) zabija jednocześnie w nas, nasze własne poczucie miary. Naszą własną siatkę współrzędnych, bowiem tylko tak możemy, powaleni na kolana w zachwycie, przyjmować za naszą, ich siatkę współrzędnych, na gruzach naszej osobowości. Co nie dzieje się bezkarnie, bowiem niszczenie naszej osobowości (przez osobowość poety) powoduje drgawki (obniżenie progu drgawkowego, związanego ze wzrostem autosugestii) i obniżenie progu odporności. Psycholodzy na usługach torturujących oficerów amerykańskich, zaczynają rozmiękczanie osobowości torturowanych, od wprowadzenie ich w zachwyt nad "pięknymi wierszami". Dlatego zbieranie informacji, jakie wiersze i których poetów wprowadzają w zachwyt podejrzanego terrorystę, jest istotne przed rozpoczęciem śledztwa i połową roboty w procedurze tortur. Co za oszczędzanie sił, dla torturmistrza, w randze kapitana lub pułkownika od trzymania nieszczęśników za gardło i omiatania ich krzepko pałką! Samo piękno, sama poezja!

Mam rację (w tym, że wiersz łamie w nas i rozkłada chorobowo naszą strukturę wewnętrzną, zamiast ją budować), bo... gdyby poczucie miary narzucane nam przez wiersz, (cudzy) było dobroczynne i dla nas korzystne duchowo, to by się utrzymywało przed długi czas - a tak nie jest. Nasza psychika z nim walczy, usiłując go usunąć jako ciało obce. Bo jest nam niezbędny nasz własny, doskonały ład (który zresztą nosimy (jak każdy) w sobie - nieuświadomiony!, ale ten ład, pod postacią choćby doskonałego wiersza, musi wypłynąć z nas samych, dopiero wtedy nie ma cech ciała obcego, szkła w dupie, które nas rani, a ma cechy łącznika między nami a światem... bowiem ład poetycki, wypływający z nas, jest tym co nas godzi z ładem świata, z ładem wierszy innych ludzi i z ładem miłości i śmierci.


Owszem, akceptuję piękno i ład cudzych wierszy, pod warunkiem, że sam również jestem źródłem tego samego i koresponduję harmonijnie z drugim człowiekiem. Dopiero wtedy! Ale dzieje się to pod specjalnymi, bardzo rzadkimi przypadkami.

Dlatego umieszczam poetów, księży, nauczycieli, uzdrowicieli, sędziów, lekarzy, polityków... między zbójami i mordercami. Obiecują, a nic nie mogą, kłamią a nie realizują nawet kłamstwa - bo nie mogą (to dopiero super-kłamcy!), odwracają naszą uwagę od topora katowskiego, łagodzą nasz wstręt do mięsa zabijanych zwierząt, które pożeramy jak inne zwierzęta. I to wszystko ma w nas uśpić, zabić nasz sprzeciw i podporządkować naszą niezgodę na ten świat, doskonałością wierszy, pięknym kościelnych hymnów, pięknem logiki artykułów zamieszczanych w kodeksach karnych.

Bo czyż artykuły w kodeksach karnych nie są sformułowane pięknie, jak poetyckie metafory? Czyż nie apelują do tego co w nas najpiękniejsze, czyli poczucia sprawiedliwości?

Kodeksy karne to też jest poezja. Cóż więc usprawiedliwia uprawienie sztuki, filozofii i religii? Usprawiedliwia nas milczenie! Ja sam przez długie lata starałem się powstrzymywać od mówienia - niestety bezskutecznie! Mea culpa!

Odrzucając maksymę: "prawdziwy nauczyciel skrywa swą wiedzę w milczeniu!", przyjąłem z Biblii, fałszywą: "Nie ukrywa się światła pod korcem". Myślę, że nie mógł tego wypowiedzieć Jezus, jeśli był prawdziwym nauczycielem. Bo gdyby był prawdziwym mistrzem, to nie zależałoby mu na rzeszach głupich pseudo -"uczniów", którym przekazywał "wiedzę" w "przemówieniach i przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił", lecz miałby tylko dwóch, trzech (tajnych) uczniów i nauczałby ich w milczeniu i tajemnicy. Wprawdzie Biblia mówi, że gdy "byli sami", to do "uczniów mówił zawsze wprost o Królestwie, bez przypowieści", ale próżna to pociecha, skoro my nie wiemy co mówił! A może mówił im brednie? Prawdziwy Chrystus powiedziałby: "światło ukrywa się pod korcem, żeby nie oślepiało profanów". Bo cóż to za światło, w które patrzą ślepcy i nie widzą? Całe rzesze ślepców patrzy na światło zmętniałymi oczami i nie widzi, dopóki nie dostanie w łeb pałką albo nie wpadnie do rowu, prowadzone przez naczelnego głupca i ślepca.
Sens zresztą jest inny, ja sam też jestem ślepcem i wpadłem wiele razy do rowu, co mnie nauczyło, żeby nie krzyczeć o doskonałości poezji, której nie ma. Nie ma doskonałości i nie ma światłości!

Jakże wiec jest z tą doskonałością i pięknem poezji? Jest tysiące doskonałych i pięknych wierszy, jak tysiąc ostrych pięknych noży, brzytew, scyzoryków... Łatwo je zresztą "zrobić" przy odrobinie wprawy i wrodzonej predylekcji do kłamstwa. Są ludzie, którym "szklenie dupy, koloryzowanie i przeinaczenie faktów przychodzi z większą łatwością niż innym. Tacy mają większe życiowe sukcesy. Wodolejcy adwokaci łatwiej wygrywają w sądzie, lekarze, optymiści i budziciele fałszywych nadziei, mają więcej pacjentów itd. To też są poeci dnia powszechnego.


Wierszy pięknych i doskonałych jest dużo, bo i ludzi inteligentnych (wyćwiczonych w kłamstwie i chętnych do blagi) nie brakuje - a skoro wiersze Zygmunta Jana Prusińskiego są piękne, to co je odróżnia do innych, równie pięknych wierszy innych poetów?

Odróżnia go to, że nic nie widzi! Nie widzi kochanki, jej urody, szczegółów jej ciała, on je tylko maca jak ślepiec lagą, stojąc nad rowem, gdy usiłuje nie wpaść do dziury. "Ludzie!", woła Prusiński w swoich wierszach: "gdzie tu jest ten rów, w który moi poprzednicy wpadali"? On wie że wpadli! Jego przyjaciele też wpadli! Jego wiersze są krzykiem, żeby się skryć między jakimiś cyckami kochanki! Tym bardziej, że jego największa kochanka, jaką miał w życiu, "Solidarność" została podstępnie wyruchana bez wazeliny i zhańbiona.

(Jak ja lubię mówić: "Została wyjebana przez żydów i oddana głupiemu narodowi z bękartem kapitalistycznego rządu - ale tego proszę nie czytać i nie protokołować, i w ogóle wykreślić, ale zapamiętać!).

Dlatego (Prusiński, jako poeta i poetycki żebrak) się szarpie i usiłuje się wyrwać z porządku "usadzania" dziadów klasztornych (w porządku żebrania) według ich (poetyckiej) godności (ten ma urwaną nogę, ten ślepe dziecko z uschłą rączką, więc więcej wzbudzi litości i poczucia autentyczności (sytuacji) - czy ja mam tutaj wywlekać całą "filozofię spotkania"?) i dystynkcji. W tym porównaniu chodzi o "usadzanie" dziadów i żebraków w przeddzień odpustu u wrót klasztoru, według ich rodów, splendoru (który przymnażają klasztorowi) i zasług. Dokonuje tego starszy cechu żebrackiego i dziadowskiego i gwardian albo przeor, osobiście.
To samo jest z poetami!

Czymże się wyróżniają w naszym panteonie poetyckim Mickiewicz, Słowacki czy Norwid, od tysięcy poetów, piszących równie piękne wiersze?
Po pierwsze, te wiersze nie są tak piękne, jak w "książkach pisze". Ich wiersze są "piękne inaczej", tylko nasze oko musi to dostrzec.
Po drugie, mają w sobie coś z wierszy Prusińskiego, czyli są jak ślepcy (brudni, nieogoleni, pijani) stojący nad rowem i macają lagą krzycząc, "ludzie, pomocy, poprowadźcie mnie, żebym nie wpadł do dziury"!
Ci trzej (czterej) wieszcze, również usiłują kłamać, koloryzować, udawać zbawców ludzkości... (jak reszta kłamców-poetów z pismackiego fachu, bez kamienic, folwarków, konta w banku!), tylko że nie w pełni się im to udaje i szybko wracają na ubogie klepisko (jakiegoś przytułku dla weteranów), gdzie dostają od współczesnych (jako ogółu społeczeństwa) po dupie. I nie tylko od współczesnych (powiedzmy, ludzi XIX wieku), bo od całej rzeczywistości, która się z nich śmieje i skrzeczy: "zamilcz głupku lepiej, zamiast się kompromitować!" Tak mówi rzeczywistość do Krasińskiego, Mickiewicza i Słowackiego (a Norwida, to już całkiem policzkuje i kopie po dupie!) Sic! Tak mówiła rzeczywistość XIX wieku i tak nadal im mówi (nb. Słowackiemu na Wawelu) nasza XXI wieczna rzeczywistość, że mamy ich w dupie!

Dlatego Krasiński płacze i szuka utulenia między cyckami Delfiny; Słowacki... ach, Julek by nigdy nie odchodził od cycka mamusi, ale w końcu żeniąc się ze śmiercią, wydoroślał! A szczerbaty Mickiewicz, po utracie zębów z awitaminozy, oddawał się rozpuście na tej kurwie Deybel, co miało odbicie w jego pismach mistycznych!, skrzętnie ukrywanych (przez faryzeuszy i świętoszków), aż go w końcu "krew zalała" (w przenośni) i pojechał do Turcji, strzelać stamtąd do księcia Adama Czartoryskiego z krócicy - jak do kuraka! Nie do cara, tylko do księcia Czartoryskiego, który dla świadomości Polaków był bardziej toksyczny niż Murawjow sam i car Mikołaj. Czego Mickiewicz doświadczył jako filomata podczas pobytu w Rosji.

Więc, jak widać, w poezji romantycznej nie chodziło tylko o napisanie dwóch słów zrymowanych na papierze... żeby było "pięknie", ale o to, żeby się ziemia zachwiała pod stopami. A wtedy... szukaj rymu do "widać" - kiedy nic nie można zobaczyć, z trwogi, z kurzu, z zawrotów głowy...
Podobnie i u innych romantyków. Zadawali sobie pytanie, dlaczego "nasza poezja" jest usprawiedliwiona i ma prawo do istnienia, przy tysiącach innych równie pięknych wierszy, choć zupełnie diabła wartych moralnie!?
Milczenie w czasie romantycznej pożogi (gdy ziemia się kołysze pod stopami) też nie jest właściwe, bo trzeba wydawać poetyckie rozkazy!
Takie "mówienie" i "takie" tworzenie pięknych wierszy (o których tu mówimy), w takim okresie (niosącym realne historyczne konsekwencje), w takim kontekście i w takiej sytuacji ma usprawiedliwienie i sens. Wtedy piękno jest pięknem, a nie ulizanym mieszczańskim gównem! Gdy w organizmie uczucie piękna i słodyczy przekroczy pewien poziom, to powoduje torsje i człowiek musi się wyrzygać!

Wreszcie, uważam, że wiersze muszą być samowiedzą. A to nie jest rzeczą prostą, dać swoim współczesnym cząstkę boskiej samowiedzy, odróżniającą społeczeństwo ludzkie od zwierząt rzeźnych! Historia ludzkiego szlachtuza, w którym ludzi traktuje się jak "mięso użytkowe" (oczywiście w inny sposób, niż świnina przeznaczona na bekon) toczy się bezlitośnie i obojętnie wobec prób uwznioślania ludzkiego losu w poezjach, w sacrosongach, w pielgrzymkach do ojca świętego, na Jasną Górę, w konkursach poetyckich, w festiwalach... Pielgrzymki, uroczystości i odpusty sobie... a nienawiść i ryk cierpienia ludzkich zwierząt - sobie. Piękno wierszy współczesnych poetów sobie a uwiązanie za łeb w historycznej ubojni, jakim jest to społeczeństwo, ludzkiego zwierzęcia... I cóż jest warta ta poezja!?


Poezja idiotów dla idiotów!, skoro posoka się leje, a firmy pogrzebowe zacierają ręce z uciechy! To jedyny dobrze rozwijający się biznes w obecnym świecie! Niech się dupczą, jak zwierzęta, niech rodzą dzieci, to grabarze będą mieli zarobek, gdy zaś pójdą na skrobankę, zarobek dostaną doktorzy! Już pisałem, że dla ludzi, którzy przejrzeli ten bezsens i absurd, ten krwawy biznes, jedynym wyjściem jest samobójstwo - ale to też jest zarobek dla policji, doktorów i grabarzy! I poetów!

Poeci (i grafomani?) na tym zarabiają najwięcej, bo opisują w sposób "piękny" rzeczywistość, która wcale nie przystaje do rzeczywistości, oddalając człowieka i od zdobycia samowiedzy i tu są przedziwnymi mordercami i grabarzami ludzkiej cywilizacji! Bo przecież samowiedza, mogłaby trochę z tej chujni ratować! A tu nic! Same nagrody nobla, festiwale i zachwyty nad pięknem poezji i kultury!

Dlatego, Panie Zygmuncie Prusiński, wymachuj Pan lagą ślepca i krzycz Pan na całe gardło: "Ludzie, gdzie tu jest czarna dziura (jak czarcia dupa!), szukajcie wraz ze mną kurewscy ślepcy! czarnej dziury, bo nie chcę wpaść wraz z wami, do rowu"!


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta białych luster - część III...

________________________________


Wiersze na topie:
1. Pomiędzy (17)
2. ZALOTY (15)
3. Garden party (14)
4. Ty wiesz jak cię kocham... (13)
5. nauka (12)

Autorzy na topie:
1. zygpru1948 (599)
2. norka (72)
3. Jan Gawarecki (72)
4. Bezsenność (72)
5. stanislawa (72)
więcej...