Wiersze poetów - poetyckie-zacisze.pl ZAPROPONUJ ZMIANĘ W SERWISIE
Logowanie:
Nick:
Hasło:
Zapamiętaj mnie
Odzyskaj hasło
Zarejestruj się
Dostępne opcje:
Strona główna
O serwisie
Regulamin
Zaproponuj zmianę
Indeks wierszy
Ranking autorów
Ranking wierszy
Dodane dziś (7)

Nowi autorzy:
- karmelas38621
- gprotm
- biocyd
- Revellcommike2
więcej...

Ostatnie komentarze:
]:)
- motaj_łapownik
Hanna, motyle i Edward Stachura
- zygpru1948
]:)
- Assasin F.
]:)
- Assasin F.
więcej...

Dziś napisano 50 komentarzy.

zygpru1948 - komentarze autora



Komentowany wiersz: Hanna, motyle i Edward Stachura 2018.06.21; 08:03:51
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

16.07.2011 02:55


@Hermenegilda i Anakonda

Teraz widzę, że się bardzo różnicie, jak ogień i woda.
Anakonda jest jakby powiedział Nietzsche apolińska na pierwsze danie ale dionizyjska na drugie - do czego się zresztą przyznaje, że pociąga ją dojrzałość zmysłowa. Natomiast Pani - odwrotnie. Od zmysłów do ducha. Ale ja czuję w Pani gnostyczkę i buddystkę, albo jakiegoś odmieńca. W każdym razie chyba nie katolika. Co zaś do Pani tez, jakby wyjętych z Bahagawatgity, to nie jest takie oczywiste. Każde z Pani twierdzeń można poprzeć lub obalić, w zależności od chęci. Bowiem nic nie jest w nas, ani nic na zewnątrz nas. Jest i nie jest, nie wiadomo gdzie. Nie ma dobra i zła a zarazem wszystko jest dobre i złe. Nie należy brać serio twierdzenia buddyzmu, że jest prawda o cierpieniu i o powstawania cierpienia, jako podstawie wszechrzeczy i sensie „wszystkiego”, działania, odrzucenia działania wyzwolenia itd. A jeśli cierpienie nie istnieje, bo jest go tyle wszędzie, że gdy nie ma nic poza cierpieniem, którego już nie jesteśmy zdolni odczuwać, to co? To cierpienie znika jako kategoria rozumowa, która jest bardzo ważna w buddyzmie i waży na losie naszego zmagania o lepszą karmę. A co, jeśli rozumu nie ma?


I co, jeśli Pani Anakonda (i ja też) ma rację, że miłość jest taka straszna, że zakochana kobieta dostaje torsji i rzyga z rozkosznego strachu, idąc na randkę. Boi się nie dlatego, że ją coś złego czeka, ale wręcz przeciwnie, napad panicznego lęku bierze się z poczucia nadmiaru szczęścia i nierozumnej emocji. Bo czyż miłosne szczęście można zrozumieć? Ono się nie mierzy po ludzku. Patrząc na zakochaną kobietę, często mówimy, że się goni jak suka, a o facecie też odpowiednio. Bo to ma swoje nieludzkie, zwierzęce odpowiedniki. Czy muzykę można zrozumieć, lub własną akceptację istnienia? To są rzeczy zwierzęce i pozarozumowe. Miłość jest zwierzęca, bo gdyby taką nie była, to by mnie wołami nie zaciągnęli do tego kieratu jakim jest małżeństwo i kobieta, żeby się zakochiwał, żenił, płodził dziecko, wychowywał i robił jak wół. A potem się rozwodził i żarł na starość o podział majątku. Koszmar. A niech sobie Bóg ojciec płodzi i wychowuje, w takim świecie stworzonym przez siebie, do kitu! Tak bym powiedział, gdybym nie miał trzęsionki. A tymczasem nie protestowałem tylko lazłem między kobiece nogi jak żaba do węża! I trząsłem się ze strachu przed emocją, jak pytel. Wzywam Panią Anakondę na świadka, niech mnie poprze, że miłość jest stanem najwyższego zaburzenia w naszej psychicznej równowagi, naszej sytuacji życiowej, często przysparzającej więcej kłopotów niż „przyjemności”... i tak naprawdę to chyba jest szczęśliwym nieszczęściem. Tym bardziej, że jak pisze (tu się wymądrzę) Camus, ukochana osoba musi przestać kochać i zakochać się w kimś innym. Takie jest prawo życia, które odrzucają buddyści, chociaż go w jakiś sposób akceptują!


I nie sposób się zgodzić, że miłość zabezpiecza przed cierpieniem, bo nie zabezpiecza przed niczym i jednocześnie godzi z cierpieniem, którego przysparza. Cholerka (która to powiedziała?), dzięki wam mam okazję powrócić w myśleniu do tych spraw o miłości i nienawiści, o których dawno nie myślałem, bo pisałem o historii i polityce. Kiedyś uważałem, że Bóg (bóstwo, Ganesia, awatar - obojętnie jak tego stworzyciela świata nazwiemy) jest zazdrosny o człowieka i jego szczęście (a raczej nieszczęście – bo wszystko polega na chwilowym złudzeniu) z drugim człowiekiem i widząc dwoje kochanków, wpycha się między nich, żeby też z nimi spółkować (do kupy), bo przecież kiedyś zamyślił stworzyć Androgyne, czyli człowieka pełnego i niesprzecznego, zarazem mężczyznę i kobietę w jednym. W dzisiejszej sytuacji metafizycznej człowiek nie oglądając się na niepełnione obietnice zbawienia na ziemi, sam robi sobie powrót do raju, łącząc się z kobietą, i podczas orgazmu następuje między nimi zjawisko jedności z kosmosem i całym porządkiem ułomnego stworzenia. Ba, na moment następuje reduplikacja Raju. Bóg jest oczywiście zły i wściekły, że ludzie obywają się bez jego oszukańczego nieba, robiąc sobie w ziemskim łóżku niebo na ziemi.
Od strony teologicznej piszę o tym w powieści pt. "Amerykańska żona", publikowanej też tu na Salonie 24. (to nie jest kryptoreklama, bo właściwie to wszystko mi wisi). Jeśli o tym wspominam, to dlatego, że zależy mi na dokształcaniu rodzaju ludzkiego, w czym mam konkurenta w Szatanie i w Bogu. Oni też chcą dokształcać, ale nie wiedzą jak, i robią to źle.


W każdym razie życzę Paniom, wielu miłosnych napadów zimnicy i trzęsionek. Jeśli ich nie ma, to owszem, stosunki seksualne mogą się zdarzyć, ale niekoniecznie. Jak mi powiedział kiedyś w mojej młodości jeden franciszkanin, gdy zrobisz samogwałt, to świat się od tego nie zawali. No, świat się nie zawali, ale miłość ucierpi. A miłość, napady zimnicy i trzęsionka, gdzie? Czym odróżnić miłość od pożycia małżeńskiego? Po trzęsionce. Czy można odczuwać w małżeństwie trzęsionkę do własnego męża? Można! To wielki dar i łaska. I jeśli tego nie ma, to czai się znudzenie, którego nie wygonisz żadnym pornosem i to znak, że czai się kryzys małżeństwa. Można tylko trwać w przyjaźni, co też jest piękne, dobre i zalecane przez stoików, ale miłością erotyczną tego nazwać nie można. I owszem, miłość małżeńska może dawać wielkie poczucie wartości i przypływ dobrego humoru, ale to dopiero stan po trzęsiące, zakończonej tryumfalnym orgazmem (no czasem spazmatycznym i w drgawkach epileptycznych), daje samopoczucie uskrzydlenia (a przynajmniej łaskawego uwolnienia). To jest dopiero Eros, psyche i genius! Jednym słowem „Viwat floreat eros"! Zawsze po takim czymś pisałem wiersze, bo czułem się jak młody bóg. A teraz powspominać miło! Co się będę wypierał! To wam, Panie muszę przyznać, bez obłudy, że też to się stało dzięki wam i waszej podpuszczce!


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

________________________________


Komentowany wiersz: Hanna, motyle i Edward Stachura 2018.06.21; 07:49:45
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Monika, szampan i zachęty pod strzechą 2018.06.20; 11:20:54
Autor wiersza: zygpru1948
Deszczowa Panienka

http://static.jpg.pl/static/photos/310/310520/bc09ec57b71c694d1baf22fd9f852233_normal.gif


Komentowany wiersz: Monika, szampan i zachęty pod strzechą 2018.06.20; 10:46:20
Autor wiersza: zygpru1948
Z księgi samokontroli


Piszę do nikogo...
w tył zdarzeń co nastąpią.

W ciszy rozwartych ust,
zawracam wypowiedziane już słowa.

Toczę z nimi bój

Te które przeżyły mój upadek
krępują mi nogi i ręce.
Te których śmierć przeżyłam ja
nie mają mogiły.
Ich cienie snują się w pamięci,
domagając zadośćuczynienia.

Czy boję się ich ?

Tak, bo kiedy zamknę usta,
echo ciszy wypełni mi serce
wypierając zeń miłość.



K.K.(Kubitza Katharina)©2018


Komentowany wiersz: Monika, szampan i zachęty pod strzechą 2018.06.20; 10:44:41
Autor wiersza: zygpru1948
Powiedz mi


Czy potrzeba nam słów,
gdy przemawia ciało ?
Słowa to głoski rzucane na wiatr.
Nie szumią w zieleni skrzypu.
Nie skrzą się w śniegu pod naszymi plecami, gdy na ustach tańczy śmiech .
Nie są splotem nóg,
opuszkami przesuwnymi po Epidermis,
pomiędzy którymi trwa wieczność.

Powiedz mi

Nie potrafię ubrać w słowa uczuć, nigdy nie potrafiłam.
Wyrażałam je zmysłami.
Dotykiem przekraczałam barierę twojej skóry.
Patrząc na przestrzał źrenic,
wchłaniałam się całą w ciebie.
Przenikałam poprzez strefy twojej nieświadomości, że miłość to nie seks i chęć posiadania.
Po zostawiłam usta na wnętrzu twojej dłoni, przyłóż swoje do nich, mówią więcej niż słowa.

Powiedz mi

Uczyliśmy się siebie...
Bez wstydu i zahamowań zdejmowaliśmy warstwy życia z nas.
Skanowałeś mój strach w nadziei że go pokonasz.
Byłeś jak Ikar.
Z łota mojego wzniosłeś się ponad własną cielesność.
Dlaczego chciałeś wiecej mając już wszystko.

Powiedz mi

Tak człowiek odchodzi... odeszłam.
Tak miłość zostaje... kocham.
Może kiedyś zrozumiesz dlaczego.



K.K.(Kubitza Katharina)©2018


Komentowany wiersz: Monika, szampan i zachęty pod strzechą 2018.06.20; 06:38:24
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Spokój twarzy i moje inspiracje 2018.06.19; 10:14:54
Autor wiersza: zygpru1948
Kartka


Pusta kartka nie jest po to aby na nią patrzeć, lecz by wypełnić ją myślami.
Podałeś mi ją publicznie prosząc o zdjęcie.
Nie mam.
Te z przeszłości, cenzurowane są zaparkowane na twardym...

Wymowa aktualnych nie mieści się
w wymiarach przyszłości.

Jestem jak twoja kartka...

...zemnij ją i wyrzuć.


K.K.(Kubitza Katharina)
Copyright


Komentowany wiersz: Spokój twarzy i moje inspiracje 2018.06.19; 09:37:13
Autor wiersza: zygpru1948
Maska


założyłam maskę
dopasowaną do ust i oczu
napina mięśnie żuchwy

nie chcę przełknąć ostatniego kęsa
ktory podsunąłeś mi pod nos
chcę się nim delektować tak jak ty delektowałeś się moim ciałem
kiedy ja odmieniałam miłość przez czasy
utkwiona w przeszłym

ruch języka jest po to aby przesuwać go po rozchylonych wargach...

nie marnujmy słów kochany


K.K.(Kubitza Katharina)©2018


Komentowany wiersz: Spokój twarzy i moje inspiracje 2018.06.19; 06:16:06
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Spokój twarzy i moje inspiracje 2018.06.19; 06:14:44
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

18.07.2011 01:08


@Ryszard Smutny

Drogi, sympatyczny i zasmucony Panie. Bardzo mi przykro z tego powodu, że Pana smucę. Jest taki pasuus (nie pamiętam w której Ewangelii, chyba u św. Jana) - (nie o 12 w nocy), gdzie Jezus po ostatniej wieczerzy już będąc w Ogrodzie Oliwnym mówi: "Chodźcie, uciekajmy stąd, bo nadchodzi Pan tego świata (różnie w zależności od tłumacza). Bo nachodzi zły. I odeszli"...


Ewangelika, jak Pan wie jest utworem "potarganym" i "rwanym" i fragmentarycznym. Składając ją z wielu kawałków nie doszlibyśmy do spójnego obrazu wydarzeń, więc tu nie ma sensu. W tym wypadku Ewangelia nie mówi dokąd odeszli (w synoptycznych Jezus został w tym momencie pojmany). Ale skoro uciekli, ze strachu przed Diabłem, który wziął w panowanie ten świat Natury, to jakiż z Jezusa "Król wieków"? Co więcej, dalsza lektura Ewangelii nie potwierdza objęcia korony króla i władcy świata przez Jezusa po zmartwychwstaniu, tylko sugeruje, że delikatnie i tchórzliwie czmychnął do nieba. By panować w niebie przy boku Ojca. Wprawdzie wróci z nieba panować na ziemi i odzyskać swój ziemny tron, ale czekaj tatka latka, trele morale, obiecanki cacanki. Dlatego to ja jestem smutny, a nie Pan. Pan udaje smutnego, nie wiadomo po co. Niby po to, by pokazać, że się Pan smuci z głupców, a Pan jest mądry. Bo Pan nadmienia od czasu do czasu, że w życiu stawia Pan Boga na pierwszym miejscu (i dodaj Pan świętą religię)! z Pana chyba jakiś dewot. Nawet przemknęło mi przez myśl, że być może jest Pan z Opus Dei, ale nie, Pan jest na to za głupi - przepraszam - z opus-owcem namęczyłbym się o wiele bardziej. Co do smutku. Niech sobie Pan nie przypisuje smutku, bo Pan nie ma pojęcia, co to być smutnym z powodu absurdu świata, którego częścią i to nieusuwalną jest Pan. Ja Pana nie przymuszam do czytanie moich wypocin. Jeśli nie rozumie mnie Pan, to nic nie szkodzi, świat się nie zawali, a jeśli rozumie i uważa za głuptaka, to trudno. Bardzo proszę. Nie piszę, żebyś się Pan nie odzywał, ale postaraj się Pan coś zrozumieć, zanim się Pan odezwiesz.


PS. A propos "pozornych mądrości", napisz Pan ze dwa zdania, gdzie są te pozorne mądrości. A miło by było jakąś definicję mądrości, którą się Pan posługuje od Pana usłyszeć, do cholery. Nie bądź Pan gołosłowny i naiwny.

Pokaż Pan kawałek swojego umysłu przy robocie, w działaniu. Czy to Pan potrafi?


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

________________________________


Komentowany wiersz: Deszczowy 3 Maja w Ustce 2018.06.17; 21:48:36
Autor wiersza: zygpru1948
17 czerwca 2017 o 11:56 ·


Zygmunt Jan Prusiński


89 URODZINY

Teraz żyjesz modlitwami
tylko tyle by przez chwilę
poczuć się lepiej Mamo.

W ogródku pod oknami
zakwitły czerwcowe kwiaty
srebrzy się krucha radość.

Bo samotność od lat zaplotła
wizerunek tych co odeszli -
(choćby Karol Kurlanda
twoja miłość życia)...

- Co mam ci życzyć w Urodziny?

Niech płyną słowa od syna -
niech się wdzięczy kwiat i motyl.


17.6.2017 - Ustka
Sobota 08:46

Wiersz z książki "Pacierze zachodzącego słońca"


Komentowany wiersz: Nic o niej nie wiem... 2018.06.17; 21:44:02
Autor wiersza: zygpru1948
Karol Zieliński

Tak Pani Jolu. Można nic nie robić. Im więcej się robi, im bardziej się stara tym wychodzi większa blaga i kicz. Ale warunkiem jest pewien poziom umysłu człowieka. Bogusław Wolniewicz mówił, że istnieją poziomy umysłów wyższych i niższych. Nie są od siebie gorsze, ale umysły wyższe rozumieją widzą i rozumieją coś zakrytego przed oczami większości ludzi, żeby ich nie przerażać i nie zniechęcać od życia. Podejrzewam, że natura twórczości, czyli rozumienie i widzenie rzeczy wyższych niż próg naszej percepcji, polega na tym, że im mniej zależy nam na odkrywaniu tajemnicy, tym bardziej tajemnica Świata, Życia (obojętnie jak zwał) nam się odkrywa. Czy to, co zanotujemy, narysujemy, utrwalimy z tego cośmy wewnętrznymi zmysłami doznali, będzie zrozumiane i rozpoznane jako własne-niewłasne w duszy naszego bliźniego, to już inna sprawa i nie od nasz zależy.


Komentowany wiersz: Nic o niej nie wiem... 2018.06.17; 21:42:37
Autor wiersza: zygpru1948
Karol Zieliński

Niedawno przejeżdżałem obok stadniny i widok koni zrobił na mnie duże wrażenie, jakby widział dinozaury albo lwy afrykańskie na sawannie. W Polsce jest tak, że mamy dwadzieścia milionów samochodów i może dwa tysiące koni. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć ani zrozumieć tego procesu, jaki się odbywa i co się dalej, w cywilizacji maszyn bez takiego elementu jak konie, stanie. Ile zawdzięczamy temu, że prawie w każdej rodzinie na europejskim niżu, do lat 50-tych XX wieku był koń albo para koni, tego dzisiejszy durny człowiek nie pojmuje ani o tym nie myśli. Cywilizacja samochodu jest o tyle degenerująca, że niebezpiecznie przeprowadza w człowieku procesy zwyrodnienia. Dobrym przykładem, który to opisuje jest książka: "Zen, czyli instrukcja obsługi motocykla". Nie ma dowodu na to, że używanie przez społeczeństwo samochodu niszczy struktury integracji umysłowej, wprowadzając takie stany jak rozdwojenie jaźni, czy niemożność porozumienia się ze swoim "Ja", ale statystyka wykazuje, że im bardziej zbliżamy się ku zmotoryzowanym czasom, tym więcej anomalii i defektów umysłu występuje w zmotoryzowanej populacji społeczeństwa.


Jola Kosek

Przedwczoraj pracowałam w pałacu, w sali myśliwskiej i jest to przerażające z czego ludzie są dumni. Porażka człowieczeństwa. Mnie się bardzo podobają Pana prace, można nic nie robić a samo się pisze, ja mam pełno rysunków z projektami lecz same się nie zrobią


Komentowany wiersz: Deszczowy 3 Maja w Ustce 2018.06.17; 21:14:47
Autor wiersza: zygpru1948
Krystyna,
ur. 17 Czerwca 1928 roku w Parysowie, koło Pilawy i Kąłbieli -

dziękuję Dark Vega za życzenia dla mojej mamy !


Komentowany wiersz: Deszczowy 3 Maja w Ustce 2018.06.17; 07:47:28
Autor wiersza: zygpru1948
Moja Mama dzisiaj 17 Czerwca 2018 skończyła 90 lat !

http://s26.flog.pl/media/foto_300/12620589_moja-mama-dzisiaj-17-czerwca-2018-skonczyla-90-lat--.jpg


Wszystkiego Najlepszego Mamo !

https://fotek.pl/upload/dddd/o152863-dddd.jpg


Komentowany wiersz: Nic o niej nie wiem... 2018.06.16; 08:08:16
Autor wiersza: zygpru1948
Karol Zieliński


Często się coś napisze samo. Dosłownie prawie bez świadomego udziału człowieka. Nie mam się i nigdy się nie miałem za żadnego poetę. Wszystko co piszę przychodzi do mnie i dyktuje mi jakoś do ucha. Nie zastanawiam się przedtem. Często coś napiszę i zapominam. Tak jest z wierszem niby o koniach. A właściwie o ludziach. Muszę powiedzieć, że jak większości wierszy nie wymyślam, nie wypisuję ich dla kogoś, mnie się już prawie gotowe objawiają, tylko muszę chwilę posiedzieć w wewnętrznej ciszy, żeby usłyszeć co mówią. Wszakże dla de Sausere'a słowo jest znakiem dźwiękowym słyszanym w naszej głowie. Pisząc to myślałem o świecie który odszedł, a skoro nic dwa razy się nie zdarza, to kiedyś, gdy zabraknie benzyny i paliw do poruszania samochodów, ludzie będą jeździć, jak nasi dziadkowie na koniach, prawnuki będą jeździć na odpowiednio zmutowanych genetycznie psach?


xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx


Elegia na śmierć koni


Ustał ruch świerszczy w ciepłej koniczynie
Nie ma zapachów ciągnących ode wsi
Francuzi zżarli końskie mięso w winie
Z kopyt aptekarz zrobił artretyczne maści

Człapania koni znikły z ulic miasta
Szlachtuz je przyjął na mięsny inwentarz
A wróble poszły szukać owsianego ciasta
Przenosząc swoje włości na kobyli cmentarz

W wymiarze apolińskim nasze brudne konie
Po tysiącleciach przemian boskich w gadach
W lśniącym od deszczu czarnym hipodromie
Jadą na grzbietach kurew, w blaszanych owadach

Tu już nie chodzi o Jozue Proroka
O kłamstwa Wisznu, Kryszny i Jowisza
Ale o prostą prawdę wisieloka
Nad którym w sraczu martwa wisi cisza

Różni nas tylko ilość wychylonych kufli
Na cześć nowoczesnego habitatu
W którym zjedzono Bucefała w trufli
I gołąbki pokoju w sosie Monsalwatu

Popatrz na rzeczy, zgniłe spod stodoły
Ślady po ludziach, co dawno odeszły
Kury, źrebięta, świnie i kwiczoły
Roztarte o spód twej chamskiej podeszwy

Te pozostałe po nas marne ślady
Obsrają muchy, wyschną w kociej szczynie
Porosną na nich szorstkie prawoślazy
Kroplą rosy błyszcząc w dzikim winie


_____________________


Komentowany wiersz: Nic o niej nie wiem... 2018.06.16; 07:57:30
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Rok 2013 2018.06.15; 08:36:48
Autor wiersza: zygpru1948
Ostrzegam

https://s.tvp.pl/images2/a/7/4/uid_a7462f258d093a7a8424306de0ac362b1490549049178_width_736_play_0_pos_0_gs_0_height_414.jpg


Komentowany wiersz: Rok 2013 2018.06.15; 07:53:21
Autor wiersza: zygpru1948
DARK VEGA 2018.06.15; 07:39:07
zmarnowałeś kupę czasu na pisanie
a ona bawiła się pierścionkiem miast
twoim pisiorkiem
miłego dnia poeto:)

____________________


To prawda Dark Vega, okoliczności były trudne, bo ona była wychowana przez matkę w sekcie świadków jehowy...


Komentowany wiersz: Rok 2013 2018.06.15; 07:42:50
Autor wiersza: zygpru1948
Wiersz z książki "Mężczyzna z kryształowego sadu"

dla Pauliny Puszalskiej

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/19030402_1827965447522381_819818963856437560_n.jpg?_nc_cat=0&oh=723ffcdc2f44126fcf6e8775897df4d3&oe=5BA3D77E


__________________



Zygmunt Jan Prusiński


DZIEŃ POCAŁUNKU

Złudzenia plączą się
kobieta uczy mnie
jakim być mężczyzną.

Staram się jak cichy pomnik
spełniać te zachcianki
w nieparzystej mgle.

O świcie wybiega z domu
by w kryształowym sadzie
poszaleć po argentyńsku.

Zagryza czerwone jabłko
zostają ślady zębów -
raz mnie ugryzła w wargę.

Taka jest miłość - czasem
ponosi ją jak flaga kapryśna
rozpostarta na błękicie.

Mężczyzna musi wytrzymać
kaprysy kobiety w nocy -
wtedy grają bębny z Konga.


22.1.2014 - Ustka
Środa 15:23


Komentowany wiersz: 13 Czerwca 2018 roku 2018.06.14; 08:57:23
Autor wiersza: zygpru1948
Na Salonie24


Tatarka

Komentarza jeszcze nie przeczytałam. By nie zgubić klimatu powyższych wierszy powiem tak: uwiódł mnie Pan. Znaleźć się w takim kalejdoskopie - to gratka.

Serdeczności ślę gt
12.06.2018 03:53


Zygmunt Jan Prusiński

@Tatarka ______Jest mi miło, tak mało do mnie ludzie - Czytelnicy piszą; Pokłony i Pozdrowienia - Zygmunt z Ustki

Ps. "uwiódł mnie Pan"., o proszę uważać... Dzięki
13.06.2018 07:02


____________________________


Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: 13 Czerwca 2018 roku 2018.06.14; 08:55:16
Autor wiersza: zygpru1948
Recenzja


Zygmunt Jan Prusiński


POEZJA JEST DLA WYBRANYCH

Mam przed sobą książkę, Antologię Poezji pt. „Gdzie kwitną sny” (2009). Wydaną przez Starostwo Powiatowe w Słupsku. Jest to z tego cyklu 7 tom, dar dla Grupy Literackiej – którą utworzyłem wraz z Janem Wanago z Wrześnicy koło Sławna. Siedem lat temu, w roku 2001 wziął się początek życia literatów na Pomorzu Środkowym, to znaczy z fizycznej prawdy, wziąłem ten ster poetycki na ziemi i tak powstała nieformalna grupa pod nazwą ”Wtorkowe Spotkania Literackie”. Pamiętam moje na początku wystąpienia na pierwszych warsztatach, iż nie będzie u nas żadnych strukturalnych nazw pod względem takowych stanowisk: przewodniczący, wiceprzewodniczący, sekretarz, członek, skarbnik. Po prostu, wszyscy jesteśmy (żeglarzami pod wiatr i z wiatrem), Rodziną Poetycką. Dziś jest to prężne środowisko literackich ludzi, zajmujących się przepiękną kulturą jaką jest Poezja. Więc tak jak w tytule – Poezja jest dla wybranych.

Wczoraj, w czasie pracy zajrzałem o tak zwyczajnie do środka, i trafiam na wiersz bez tytułu (str. 150) Marii Krupy. I nieźle sobie dziewczyna poczyna:

„Dwa pocałunki z papieru
Z czułej bibuły wycięte”.

Od razu można stwierdzić, po przeczytaniu i po przeglądzie tego wiersza od strony budowy, że autorka wie o co chodzi w tej Krainie pod nazwą „Poezja”.

Dam drugi przykład, na str. 149 poetka pisze w wierszu „Hymn ku bezdomnej miłości”:

„Byłam tam,
gdzie kwitną sny
i rosną marzenia”.

Teraz wiem, skąd tytuł tej Antologii. Maria Krupa powinna być usatysfakcjonowana.

Chyba zabiega o ocenę Teresa A. Ławecka. Ładnie obrazuje liryką i trafnym kolorem. Mowa o wierszu „Latawiec” i „Wyszeptaj tajemnicę”. Lecz prawdziwie jestem dotknięty wierszami Anny Bożeny Bielińskiej. Może dlatego że splotła w tych utworach dramat. W wierszu bez tytułu (str. 142) powtarza akapit, „Gdybym była”, i tylko to podam:

„gdybym była czasem
to przestałabym płynąć
znieruchomiała w jednej tamtej chwili

jeśli snem to powracającym
jeśli jawą to jak sen z montażowni wybornych ujęć
jeśli drogą to do mnie
jeśli schronieniem to we mnie”.

Autorka nie rozpieszcza nas tytułami. Jej cztery utwory są bez tytułu. Często mnie ta pustka drażni, bo tytuł wskazuje zawsze drogę… W wierszu na str. 141 jest taki ciekawy melanż. Bohaterką jest Dulcynea (Aldonza Lorenzo). Epizod z życia Miguela de Cervantesa Don Kichota:

„Przegniłe skrzydła utrąciłyby nawet kij pasterza,
który teraz pozuje do turystycznych folderów”.

Na str. 140 w wierszu bez tytułu, ładnie poetka zaczyna:

„Nie schodź po mnie do piekła
bo będzie jak było
już widziałam światło”.

Kierując swe uczucia do Orfeusza, nie zaprasza go by ten dostąpił z nią piekła, lepiej niech gra, zresztą wyznaje: „pięknie grasz”. Zakończenie głębokie:

„ moja tęsknota za zielonym liściem
i twoja muzyka może przekona bogów
uwolnią mnie”.

A moja prośba jest taka: Pisz Anno Bielińska – nie opuszczaj pióra…

Ciąg dalszy moich wędrówek. Antologia gruba, 374 strony, jest w czym wybierać, bo poezja w niej jest różna, przeróżna, więc idę tam „Gdzie kwitną sny”.

W pierwszej części recenzji omówiłem wiersze Marii Krupy ze Słupska, Teresy Wałeckiej ze Słupska i Anny Bielińskiej z Gdańska. Niestety, nie doczekała się ona osobistego odbioru tej książki, zmarła przed 16 czerwca 2009 roku. Anna Bożena Bielińska okropnie to przeżywała będąc w szpitalu. Byłaby to dla niej najpoważniejsza publikacja w jej życiu. Niestety, tylko niestety a szkoda, bo z jej wierszy wynika ogromna wrażliwość i umiejętność operowania słowem. Umiała zawładnąć słowem; nie rozpędzała się bez takowej w poezji dyscypliny. A co sama napisała o sobie w Credo?

„Słowo to materia, z której tworzyłam i tworzę swój wizerunek. Poezja oddycha, żyje, wypełnia codzienność. Moje wiersze zadziwiają szczerością, poszukiwaniem sensów i odcieni języka. Często sięgam do motywów utrwalonych w kulturze, by na nowo odkryć ich znaczenie”.

Trafiam na osobisty rozdział „Krzyk umiera”, a chodzi o autorkę Annę Marię Różańską z Gałęźni Małej. I co w tej książce proponuje poetka ? W wierszu „Ułamki czasu” (str. 276) chciałaby:

„zamieszkać w klatce ze szkła
gdzie nie dociera ludzkie odczucie”.

Synteza ucieczki. To dzisiaj takie modne. Ludzie nie garną się ku sobie a wręcz zamykają się sparaliżowani biernością. To jest choroba w nowej epoce; lęk i milczenie, choć ciało ludzkie wciąż woła z pragnienia, ale dokąd iść, czym się częstować, co dać z siebie. Zawsze winę widzimy u drugich, oszczędzając swoje ego w pajęczynie zakratowanej prywatności.

W wierszu „Nieosiągalny” (str. 275) Anna Różańska jako dojrzała kobieta pisze erotyczną barwą do mężczyzny:

„Nazbyt długo cię tu pieszczę
W moich ranach
By odrzucić beznamiętnie
Jak nieżywe pisklę z gniazda”.

Typowy sarkazm kobiety do osiągnięcia celu. Wystarczy spróbować i odrzucić. Tyle jeszcze przede mną… zdobyczy.

W wierszu „Rozdwojenie” (str. 273) jest ważny fragment:

„Patrząc na staruszków na elektrycznych wózkach
Przestaję martwić się jutrem”.

Ogólnie, to brak jest Annie Różańskiej (poetyckiego ciepła). Patrzy na życie obok je otaczające, jakby wkoło kamienie mówiły do głuchych. Brakuje mi powagi, w tym co robi. Chce napisać wiersz, polać go miodem, ale to tak wygląda jakby cebulę zmieszać z marmoladą. Czegoś mi brakuje. Tej jednej kropli deszczu by zwilżyć słowa… Bo soczystość musi być w nich, nie tylko sam zapis o różnościach przez poetkę uchwyconych, ale i po 10 latach wiersz ten musi kwitnąć, wciąż być wilgotny.

Odchodzę od kobiecej poezji i wkraczam do tej odważniejszej, pisaną ręką mężczyzny. Zacznę od Mirosława Kościeńskiego ze Słupska. – To stary wyga. Onegdaj nazwałem go, (królem erotyków) na Pomorzu. Poeta naturalny, bez żadnych sztuczek rozgłasza i ogłasza ten męski stan do kobiety w wierszu.

Oto jego rozdział pt. „Lękliwy odlot”. Zaczynam od wiersza „Dziesiątka kier” (str. 64) a tam moce pożądania i wciąż niespełnienia do końca:

„noc rozbłyskuje granatami pożądania (…)
…rozpiąć bastion cnotliwego słowa (…)
wyciągam zawleczkę języka i ponownie
granat żądzy wybucha”.

- Spodziewałem się takich zaklęć ciała o rozbieżność interpretacji. Przecież poeta pisze do swojej żony, zna ją tyle lat w pożyciu nie tylko pod kołdrą, ale i jemu jakoś nie wychodzi to spełnienie, bo nie potrzebne są w miłości monologi.

- Po co pytać: „Dasz”? W małżeństwie nie można tasować kart zbyt długo.

W wierszu „Czuwanie przed rejsem” (str. 63) jest imponujący opis:

„zasmarkał się nam erotyk i próbuje
wycierać namiętność w chustkę
prześcieradła na którym pozostał
czerwony płatek róży
jak pierwsza krew naszej przelotnej
znajomości
co w długim rejsie zwiędnie
i zakrzepnie”.

- Dlaczego poezja erotyczna Mirosława Kościeńskiego do mnie przemawia ? Bo on nie spłaszcza, ale i nie wulgaryzuje. Dopełnia i szuka teorii innej, nowej, wciąż ustawia zegar tylko po to, by nie przedłużać seansu w wierszu.

W wierszu „Smutny erotyk” (str. 62) poeta delikatnie wprowadza nastrój:

„dyskretne wejrzenie ulicznej lampy
w okno taniego hotelu jesienną porą”.

A dalej zmienia się ta spokojna definicja i brzmieć zaczyna forte:

„żeglujemy w usta zagryzione do krwi
bo młodość jest jak dwuzłotówka którą
wrzucam do grającej szafy namiętności
by powtórzyć ten długi spokojny
numer carlosa santany”.

Tak, na obrzeżach świata zewnętrznego można się ułożyć i zdobyć minimalną odkrywczą posługę słowa w poezji. Wiersz nie jest przymusem do życia. Czynią to w większości szaleńcy – sami wygnani przez siebie; nikt ich przecież nie namawiał do twardej samotności. Bo nie wierzę by powstawały dobre wiersze w tłumie.


22 Czerwca 2009 r.

__________________________


Komentowany wiersz: W samej melodii samotnego dźwięku 2018.06.13; 07:05:29
Autor wiersza: zygpru1948
Na Salonie24


Tatarka

Komentarza jeszcze nie przeczytałam. By nie zgubić klimatu powyższych wierszy powiem tak: uwiódł mnie Pan. Znaleźć się w takim kalejdoskopie - to gratka.

Serdeczności ślę gt
12.06.2018 03:53


Zygmunt Jan Prusiński

@Tatarka ______Jest mi miło, tak mało do mnie ludzie - Czytelnicy piszą; Pokłony i Pozdrowienia - Zygmunt z Ustki

Ps. "uwiódł mnie Pan"., o proszę uważać... Dzięki
13.06.2018 07:02


Komentowany wiersz: W samej melodii samotnego dźwięku 2018.06.13; 06:28:36
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: W samej melodii samotnego dźwięku 2018.06.13; 06:27:28
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

19.07.2011 02:33


@Hermenegilda + Pan Zygmunt, ukrzyżowany nadmiarem talentu.

Po pierwsze, nie przyszło na "myślunek" do głowy, że Hermenegilda będzie się kojarzyć z Kociubińską? Gdzie był Szariputra Dajmonion, czy jak mu tam? Ja Pani powiem, tutaj publicznie, nie robiąc z tego żadnej tajemnicy (bo nie ma się czego wstydzić, pewnie niejeden by chciał, żebym mu to zaproponował), że gdybym miał teleportować do Pani umysłu (bo, nastawionego pozytywne) tzw. niewidzialne światy, to bym zaproponował światy presokratyków, tajemniczej sekty do której należeli Pitagoras, Hezjod, Heraklit, Ksenofanes, Zenon, Parmenides, Empedokles... bardzo tajemnicza sekta. Jest to ciekawy okres, bo z jednej strony mamy patriarchat i krańcową maskulinizację stosunków społecznych a z drugiej strony religie, grecka jest co najmniej obojnacka i charakteryzuje się chaosem moralnym. Bogowie greccy pieprzą się z kim popadło. Podobnie się dzieje w religii mojżeszowej. Aniołowie, dwupłciowe istoty bzykają się również z ziemskimi kobietami, które rodzą im gigantów. Zresztą wśród Izraelitów homoseksualizm był rozpowszechniony bardziej niż w jakimkolwiek narodzie Śródziemnomorza. Żeby mi się tu nie odezwał jakiś nieopierzony obrońca moralności i teologii starych żydów. Sam miałem w ręce jedenaście niewydanych książkowo żydowskich wersji stworzenia świata, natomiast w książkowej wersji jest ich dziewięć. W Biblii jest jedna, a raczej dwie podobne do siebie. Ktoś mądry, kto to przeczyta, nie odezwie się słowem, wiedząc że to prawda. Milczenie jest złotem. Wiedzą o tym wszyscy głupcy chcąc uchodzić za mędrców!


Religie Wschodu też są obojnackie i w androgenicznych tworach jest więcej kobiety niż mężczyzny. A to dla mnie źle, bo nigdy w życiu z żadną kobietą nie mogłem się dogadać ani zgodzić. Nie mówię tu o profesorkach, które miewają poglądy inne od moich, ale to nie szkodzi, bo w branży nie sposób się pokłócić, jeden po prostu ma tak a drugi inaczej i to właśnie jest dobrze. Wśród większości profesorek, różnice w poglądach nie wpływają na chęć i wyrażenie zgody na bzykanie. Szkoda że wśród cywilów tego nie ma. Jeśli facet odezwie się nie po myśli kobiety, to jest u niej spalony i za żadne skarby mi nie da.

No, mniejsza... Pani Her. proszę pamiętać, że według mnie "wszystko jest nie tak". Wszytko jest nie tak ale odwrotnie, jak sobie myślimy, mówimy, sądzimy czy widzimy (na własne oczy - bowiem wzrok i słuch nas myli i nie jest żadnym prawomocnym przewodnikiem). Wszystko jest inaczej! Trzeba dążyć do tego, by poznać prawdę, która się wymyka (co za banał). Któraś z was powiedziała, że gdy szczęście zamykasz w dłoni, to ucieka, gdy je otwierasz to go przybywa. No może niedokładnie jest tak w przypadku otwierania rąk, ale na pewno jest tak w przypadku zamykania.
Oczywiście i w tej chwili się mylę, bo na pewno jest inaczej! Na pewno z tym SZCZĘŚCIEM JEST COŚ NIE TAK, skoro ucieka, gdy się go chce zamknąć w dłoniach! To nie jest normalne i oczekiwane w logicznych strukturach myślenia. Gdyby było inaczej, to podobnego rozumowania nie dałoby się przeprowadzić (pomyśle). Każde pytanie wątpiące i każde zdanie zaprzeczające, już świadczy o niekoniecznym istnieniu a nawet nieistnieniu rzeczy czy podmiotu, o który pytamy. Wydaje się, że o prawo ciążenia nie możemy pytać z powodu oczywistości, że ono jest a jednak... niektórzy twierdzą że w świecie nanostruktur i mokro-wymiarów, ciążenie nie istnieje. Zresztą, czyż cząsteczki powietrza zachowują się jakby były przyciąganie siłą grawitacji do ziemi?


Panie Zygmuncie, gdy pisze Pan, że komuniści zniszczyli Panu rodzinę, to wyraża się Pan nieściśle, bo to Pan sobie zniszczył rodzinę. Bo darł koty z komuną. Gdyby Pan mniej darł kotów etc. Co Pan na to?

Dlatego się wtrącam, aby uprzedzić zarzuty Pańskich oponentów. Przecież i pan Ryszard Zasmucony zarzucił mi to samo, że piwa nawarzyłem sobie sam, a nie komuniści.
Panie Zygmuncie, postawa i życie polskiej emigracji na Zachodzie powinna nas bardziej interesować od tego co działo się w Polsce, bowiem gdy się uświadomi, że trzy ważne Polonie a każda inna i każda ze sobą skłócona śmiertelnie - trzy Polonie: Paryż, Londyn, Nowy Jork i ew. Kanada, to daje do myślenia przy okazji konstatacji, dlaczego u nas w kraju taka Polska parszywa? Dopóki byli komuniści, to mówiliśmy że jesteśmy parszywi, bo ze Wschodu zrzucają na nas wszelkie syfy. Z której strony dzisiaj zrzucają syfy, żebyśmy byli parszywi? Czy widzi Pan te związki przepływu parszywości z zachodnich ośrodków polonijnych do kraju, do polskich rodzin i środowisk?

Pamiętajmy, że do zbeszczenia (wydupczenia) "Solidarności" przyczynili się również polonusi. Co Pan na to? Był Pan na pewno świadkiem, jak starzy polonusy przeklinali matkę Polskę, (niektórzy nazywając ja kurwą) życząc jej wszystkiego najgorszego! Co Pan na to?
Wzywam Pana do Apelu Poległych Wartości (które nas doprowadziły do rozbicia naszych rodzin)! Może nas jacyś ubecy i polonusi, czyli dwie najbardziej zainteresowane robieniem nam z mózgu wody (takim ludziom jak ja i Pan) nas czytają i osądzają, śmiejąc się z frajerów w kułak. Ja przynajmniej nie mam zamiaru dawać im satysfakcji, że nic nie wiem, mówiąc, że wiem, że Polonia dawała dupy komunie a komuna Polonii. I niech teraz nie robią przede mną z siebie takich niewiniątek.


Zrób Pan coś niech nas nie mają za głupców! Bo kiedy byłem u Jerzego Giedroycia, rozmawiał ze mną jak z powietrzem i miał mnie za głupca. Rozmawiałem z innymi polonusami, mieli mnie za głupca; rozmawiałem w kraju z ubekami, też mnie mieli za głupca; ale też rozmawiałem w kraju z opozycją będącą pachołkami tych polonusów i też te pachołki mieli mnie za głupca?
Czy Pan nie miał takiego wrażenia, że polonusi mają Pana za głupca? Opowiadali Panu w żywe oczy różne patriotyczne bajdy, szklili dupę, a mieli Pana za głupca. Nie widział Pan tego, że robią z Pana głupca? Z Adama Mickiewicza też próbowali (przy winku, pasztecikach i ciepłych bułeczkach) zrobić głupca, dopóki nie wyjechał szukać śmierci w zimnych pustkowiach Anatolii. Co Pan na to?
Poświęć Pan na to kawałek tekstu i zrób Pan rachunek sumienia! Ja już zrobiłem!

Do Pani Hermenegildy.
Czy Pani sądzi, że istnieje płciowość poza zwierzęcego i duchowego świata? To się wiąże pośrednio z poezją Pana Zygmunta. {Ogólne Pozdro


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

_______________________


Komentowany wiersz: Odrobinę zachodu słońca 2018.06.12; 21:15:33
Autor wiersza: zygpru1948
25. Międzynarodowy Festiwal Poezji „Maj nad Wilią” 2018

https://www.youtube.com/watch?v=EeSxj6OGX7I


Zygmuncie

Z poetyckim pozdrowieniem z Wilna, bardzo serdecznie,

Leokadia Komaiszko


Komentowany wiersz: Odrobinę zachodu słońca 2018.06.12; 07:46:44
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Odrobinę zachodu słońca 2018.06.12; 07:45:01
Autor wiersza: zygpru1948
Recenzja


Zygmunt Jan Prusiński

POEZJA JEST DLA WYBRANYCH



Mam przed sobą książkę, Antologię Poezji pt. „Gdzie kwitną sny” (2009).
Wydaną przez Starostwo Powiatowe w Słupsku. Jest to z tego cyklu 7 tom,
dar dla Grupy Literackiej – którą utworzyłem wraz z Janem Wanago z
Wrześnicy koło Sławna. Siedem lat temu, w roku 2001 wziął się początek
życia literatów na Pomorzu Środkowym, to znaczy z fizycznej prawdy,
wziąłem ten ster poetycki na ziemi i tak powstała nieformalna grupa pod
nazwą ”Wtorkowe Spotkania Literackie”. Pamiętam moje na początku
wystąpienia na pierwszych warsztatach, iż nie będzie u nas żadnych
strukturalnych nazw pod względem takowych stanowisk: przewodniczący,
wiceprzewodniczący, sekretarz, członek, skarbnik. Po prostu, wszyscy
jesteśmy (żeglarzami pod wiatr i z wiatrem), Rodziną Poetycką. Dziś jest
to prężne środowisko literackich ludzi, zajmujących się przepiękną
kulturą jaką jest Poezja. Więc tak jak w tytule – Poezja jest dla
wybranych.

Wczoraj, w czasie pracy zajrzałem o tak zwyczajnie do
środka, i trafiam na wiersz bez tytułu (str. 150) Marii Krupy. I nieźle
sobie dziewczyna poczyna:
„Dwa pocałunki z papieru Z czułej bibuły wycięte”.


Od razu można stwierdzić, po przeczytaniu i po przeglądzie tego wiersza
od strony budowy, że autorka wie o co chodzi w tej Krainie pod nazwą
„Poezja”.
Dam drugi przykład, na str. 149 poetka pisze w wierszu „Hymn ku bezdomnej miłości”:
„Byłam tam, gdzie kwitną sny i rosną marzenia”.

Teraz wiem, skąd tytuł tej Antologii. Maria Krupa powinna być usatysfakcjonowana.

Chyba zabiega o ocenę Teresa A. Ławecka. Ładnie obrazuje liryką i
trafnym kolorem. Mowa o wierszu „Latawiec” i „Wyszeptaj tajemnicę”. Lecz
prawdziwie jestem dotknięty wierszami Anny Bożeny Bielińskiej. Może
dlatego że splotła w tych utworach dramat. W wierszu bez tytułu (str.
142) powtarza akapit, „Gdybym była”, i tylko to podam:
„gdybym była czasem to przestałabym płynąć znieruchomiała w jednej tamtej chwili
jeśli snem to powracającym jeśli jawą to jak sen z montażowni wybornych ujęć jeśli drogą to do mnie jeśli schronieniem to we mnie”.


Autorka nie rozpieszcza nas tytułami. Jej cztery utwory są bez tytułu.
Często mnie ta pustka drażni, bo tytuł wskazuje zawsze drogę… W wierszu
na str. 141 jest taki ciekawy melanż. Bohaterką jest Dulcynea (Aldonza
Lorenzo). Epizod z życia Miguela de Cervantesa Don Kichota:
„Przegniłe skrzydła utrąciłyby nawet kij pasterza, który teraz pozuje do turystycznych folderów”.
Na str. 140 w wierszu bez tytułu, ładnie poetka zaczyna:
„Nie schodź po mnie do piekła bo będzie jak było już widziałam światło”.


Kierując swe uczucia do Orfeusza, nie zaprasza go by ten dostąpił z nią
piekła, lepiej niech gra, zresztą wyznaje: „pięknie grasz”. Zakończenie
głębokie:
„ moja tęsknota za zielonym liściem i twoja muzyka może przekona bogów uwolnią mnie”.

A moja prośba jest taka: Pisz Anno Bielińska – nie opuszczaj pióra…

Ciąg dalszy moich wędrówek. Antologia gruba, 374 strony, jest w czym
wybierać, bo poezja w niej jest różna, przeróżna, więc idę tam „Gdzie
kwitną sny”.
W pierwszej części recenzji omówiłem wiersze Marii
Krupy ze Słupska, Teresy Wałeckiej ze Słupska i Anny Bielińskiej z
Gdańska. Niestety, nie doczekała się ona osobistego odbioru tej książki,
zmarła przed 16 czerwca 2009 roku. Anna Bożena Bielińska okropnie to
przeżywała będąc w szpitalu. Byłaby to dla niej najpoważniejsza
publikacja w jej życiu. Niestety, tylko niestety a szkoda, bo z jej
wierszy wynika ogromna wrażliwość i umiejętność operowania słowem.
Umiała zawładnąć słowem; nie rozpędzała się bez takowej w poezji
dyscypliny. A co sama napisała o sobie w Credo?
„Słowo to
materia, z której tworzyłam i tworzę swój wizerunek. Poezja oddycha,
żyje, wypełnia codzienność. Moje wiersze zadziwiają szczerością,
poszukiwaniem sensów i odcieni języka. Często sięgam do motywów
utrwalonych w kulturze, by na nowo odkryć ich znaczenie”.
Trafiam
na osobisty rozdział „Krzyk umiera”, a chodzi o autorkę Annę Marię
Różańską z Gałęźni Małej. I co w tej książce proponuje poetka ? W
wierszu „Ułamki czasu” (str. 276) chciałaby:
„zamieszkać w klatce ze szkła gdzie nie dociera ludzkie odczucie”.


Synteza ucieczki. To dzisiaj takie modne. Ludzie nie garną się ku sobie
a wręcz zamykają się sparaliżowani biernością. To jest choroba w nowej
epoce; lęk i milczenie, choć ciało ludzkie wciąż woła z pragnienia, ale
dokąd iść, czym się częstować, co dać z siebie. Zawsze winę widzimy u
drugich, oszczędzając swoje ego w pajęczynie zakratowanej prywatności.
W wierszu „Nieosiągalny” (str. 275) Anna Różańska jako dojrzała kobieta pisze erotyczną barwą do mężczyzny:
„Nazbyt długo cię tu pieszczę W moich ranach By odrzucić beznamiętnie Jak nieżywe pisklę z gniazda”.

Typowy sarkazm kobiety do osiągnięcia celu. Wystarczy spróbować i odrzucić. Tyle jeszcze przede mną… zdobyczy.
W wierszu „Rozdwojenie” (str. 273) jest ważny fragment:
„Patrząc na staruszków na elektrycznych wózkach Przestaję martwić się jutrem”.


Ogólnie, to brak jest Annie Różańskiej (poetyckiego ciepła). Patrzy na
życie obok je otaczające, jakby wkoło kamienie mówiły do głuchych.
Brakuje mi powagi, w tym co robi. Chce napisać wiersz, polać go miodem,
ale to tak wygląda jakby cebulę zmieszać z marmoladą. Czegoś mi brakuje.
Tej jednej kropli deszczu by zwilżyć słowa… Bo soczystość musi być w
nich, nie tylko sam zapis o różnościach przez poetkę uchwyconych, ale i
po 10 latach wiersz ten musi kwitnąć, wciąż być wilgotny.

Odchodzę od kobiecej poezji i wkraczam do tej odważniejszej, pisaną ręką
mężczyzny. Zacznę od Mirosława Kościeńskiego ze Słupska. – To stary
wyga. Onegdaj nazwałem go, (królem erotyków) na Pomorzu. Poeta
naturalny, bez żadnych sztuczek rozgłasza i ogłasza ten męski stan do
kobiety w wierszu.
Oto jego rozdział pt. „Lękliwy odlot”.
Zaczynam od wiersza „Dziesiątka kier” (str. 64) a tam moce pożądania i
wciąż niespełnienia do końca:
„noc rozbłyskuje granatami pożądania (…) …rozpiąć bastion cnotliwego słowa (…) wyciągam zawleczkę języka i ponownie granat żądzy wybucha”.


- Spodziewałem się takich zaklęć ciała o rozbieżność interpretacji.
Przecież poeta pisze do swojej żony, zna ją tyle lat w pożyciu nie tylko
pod kołdrą, ale i jemu jakoś nie wychodzi to spełnienie, bo nie
potrzebne są w miłości monologi.
- Po co pytać: „Dasz”? W małżeństwie nie można tasować kart zbyt długo.
W wierszu „Czuwanie przed rejsem” (str. 63) jest imponujący opis:
„zasmarkał się nam erotyk i próbuje wycierać namiętność w chustkę prześcieradła na którym pozostał czerwony płatek róży jak pierwsza krew naszej przelotnej znajomości co w długim rejsie zwiędnie i zakrzepnie”.


- Dlaczego poezja erotyczna Mirosława Kościeńskiego do mnie przemawia ?
Bo on nie spłaszcza, ale i nie wulgaryzuje. Dopełnia i szuka teorii
innej, nowej, wciąż ustawia zegar tylko po to, by nie przedłużać seansu w
wierszu.
W wierszu „Smutny erotyk” (str. 62) poeta delikatnie wprowadza nastrój:
„dyskretne wejrzenie ulicznej lampy w okno taniego hotelu jesienną porą”.

A dalej zmienia się ta spokojna definicja i brzmieć zaczyna forte:
„żeglujemy w usta zagryzione do krwi bo młodość jest jak dwuzłotówka którą wrzucam do grającej szafy namiętności by powtórzyć ten długi spokojny numer carlosa santany”.


Tak, na obrzeżach świata zewnętrznego można się ułożyć i zdobyć
minimalną odkrywczą posługę słowa w poezji. Wiersz nie jest przymusem do
życia. Czynią to w większości szaleńcy – sami wygnani przez siebie;
nikt ich przecież nie namawiał do twardej samotności. Bo nie wierzę by
powstawały dobre wiersze w tłumie.


22 Czerwca 2009 r.
__________________________


Komentowany wiersz: Patrz tam, gdzie ja patrzę 2018.06.11; 21:03:04
Autor wiersza: zygpru1948
11 czerwca 2013 o 16:58 ·

Aforyzm Zygmunta Jana Prusińskiego


Anakonda jest bezpieczniejsza od kobiety...


Komentowany wiersz: Patrz tam, gdzie ja patrzę 2018.06.11; 08:54:12
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Patrz tam, gdzie ja patrzę 2018.06.11; 08:53:01
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

21.07.2011 21:46


@Zygmunt Jan Prusiński

Niech Pan takich wariactw nie pisze, żebyśmy namawiali zwierzątka...
Zaś co do tego, to co kraj to obyczaj. Jeszcze w latach 60-tch w robotniczych dzielnicach w Anglii i w Belgii, na jarmarkach stawiano namioty i budy, w których publiczność mogła zobaczyć kobietę orangutana albo kobietę spółkującą z gorylem... i taki spektakl jako impreza zamknięta, dla angielskiej policji było wszystko w porządku. Natomiast w Japonii dopiero w 1896 zakazano publicznych pokazów seksu kobiety z koniem, nie dla obrazy moralności, (bo jak Pan wie w północnych rejonach Honsiu obchodzi się święta świętego fallusa, ucztując i kopulując w setkach przemiłych burdeli) ani nie dla bezpieczeństwa kopulowanej kobiety albo widzów. Tylko dla bezpieczeństwa koni, bo się zdarzyło podczas pokazu w Tokio, że spłoszony krzykami widowni koń wystraszył się, spadł z kobiety i potłukł sobie żebra. Właściciel wystąpił do burmistrza o odszkodowanie za leczenie konia, burmistrz odesłał sprawę do rozstrzygnięcia sądu, a ten zakazał występów w całej Japonii ze względu, na dobro i bezpieczeństwo zwierząt.


Panie Zygmuncie, Polki nie są wcale zimniejsze od Szwedek czy Niemek. One na razie kurestwa się uczą i za jakiś czas same będą zaczepiać mężczyzn łapiąc ich za kuśkę. Może Pan tego doczekasz niedługo unikając nocnych polucji, szkodliwych dla zdrowia psychicznego. One się uczą a my im nie przeszkadzajmy w utracie cnoty, bo przecież jako starcy, zużyte samce, którzy już ani żenić się nie będziemy (jeszcze czego!) ani płodzić dzieci, nie mamy co liczyć na faustyczne odmłodzenie i rozkochanie w sobie dziewczęcia, które się garnie szczerze do małżeństwa, macierzyństwa i byłaby dobrą żoną, gdyby tego jakiś skurwysyn nie popsuł. Takie maleństwo (ładne mi maleństwo, metr osiemdziesiąt wzrostu!) potrzebuje ciepła i opieki, a tutaj jakiś młody nierób śpiewa "zaopiekuj się mną". No proszę, dziewczątko ma brać młodego byka na utrzymanie! Przecież Pan dobrze wie, że starsze kobiety, majętne i przy pieniądzach ani myślą brać sobie na kark takiego pasożyta a jeśli już to tylko na chwilę, żeby je puknął i do pola! Dlatego rozumiem, że kobiety unikają nas jak ognia. I ja też ich unikam, bo z kolei nie chcę sobie brać chomąta na łeb. One mają dzieci i wnuki i potrzebują na nie pieniędzy i dlatego nie mają głowy do wolnego seksu z Panem czy ze mną. Jedna aptekarka bardzo chciała ze mną robić seks ale była pilnowana przez dorastającego syna, który ją śledził, żeby przypadkiem nie zaznała odrobiny "przyjemności".


Moje koleżanki, różne profesorki spoglądają na mnie z ukosa, żebym je zabrał na malagę (w tym wypadku na wino, a nie na "lagę") a potem, oczywiście (bractwo jest wolne i rozwiedzione), hyc do łóżka, ale ja tylko żartuję, że je wezmę i żarcikami, seksualnymi aluzjami i obiecankami je rozognię i tak zostawię. Pocieszam się, że biorę odwet na rodzaju żeńskim za wszystkie krzywdy, jakich doznają mężczyźni, ale prawda jest taka, że są tak żarłoczne na pieniądze, żeby z torbami puściły samego Rothschilda. Więc rozumie Pan, że muszę z nimi ostrożnie. Ze studentkami i innymi młodszymi nie bardzo próbuję, żeby się nie zbłaźnić, kiedy dziewczyna powie mi "tak, idziemy do łóżka" (mam takie, 25, prawie 30-letnie) o Jezu jak mi się chce z nimi pogrzeszyć! One się czują przekwitające a ja się wykręcam, że nie mam czasu. A tymczasem jak już mówiłem, nie chcę się w to bawić, bo wiem ile to jest marnotrawstwa czasu, pieniędzy, i w ogóle.

W ogóle, to boję się zakochać i zawracać sobie głowę. Przecież wiemy, że kobieta się otrzepie jak kura z piasku i idzie do innego, a Pan zawsze dostaje po zadku i płacze. Mam kolegę, który ma kochankę 25 lat młodszą, a ja mógłbym mieć jeszcze młodszą, ale unikam. W ogóle pociągają mnie starsze, zadbane, którym nie trzeba ojcować. Nie wiem, czy w jakiś tajemniczy sposób kobiety na Fecebooku się nie zwiedziały, że jestem rozwodnikiem, bo ciągle mam jakieś głupie propozycje, a ja nie mam czasu na te głupoty, a szkoda, bo to są "piękne głupoty". Jeśli zachodzi o zmazy nocne, to sobie od bardzo dawna z nimi radzę, że się budzę ze snu erotycznego i do niczego nie dochodzi. Mam po prostu taki organizm który słucha psychiki jak szwajcarski zegarek. Cierpię na chorobę nadmiernej samokontroli psychicznej nad swoim "ja" i gdy chcę zrobić gafę, to jest ona zawsze w jakiś sposób obmyślana i zamierzona. Zawsze niczego nie liczyłem na przypadek. To jest dobre i złe, ale w tym wypadku zaoszczędzające niepotrzebnej utraty nasienia. Dajmy już spokój tym nasienno-waginalnym wynurzeniom, bo się będą nami gorszyć i wezmą za zboczeńców.


PS. Rozumiem jednak, że będąc w różowej sypialni, strzyka Pan różowym nasieniem?

Drugie PS. Rozumiem też, że Pan nie tylko okazjonalnie przybywa w różowej sypialni, gdy idzie do kochanki, ale w ogóle też wtedy, gdy kochanki w niej nie ma, też się Pan tam zadomowił jak słowik w cudzej dziupli, na stałe i tam mieszka, bez zameldowania. Wiec nie tylko spełnia Pan funkcje różowego kochanka ale również różowego mieszkańca, płatnika podatków i obywatela Polskiej Rzeczpospolitej. Zostaw Pan wobec tego w rodzinnym domu adres dla pogotowia, żeby wiedzieli gdzie przyjechać, gdyby Pana trzeba było zabrać do domu wariatów. Oczywiście różowych! Pozdro. Życzę zdrowia!


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

______________________________


Komentowany wiersz: Taniec z Wojownikiem 2018.06.10; 12:01:00
Autor wiersza: zygpru1948
Wzgórza Aniołów - Część I
Dział: Kultura, Temat: Literatura


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/872645,wzgorza-aniolow-czesc-i


Komentowany wiersz: Jeśli dotrwam do ostatniej strony deszczu 2018.06.09; 17:45:18
Autor wiersza: zygpru1948
Niech nasze slowa rozniesie Mila !

Pozdrawiam


Komentowany wiersz: Jeśli dotrwam do ostatniej strony deszczu 2018.06.09; 09:52:28
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

22.07.2011 19:27


@Zygmunt Jan Prusiński

Tak czy inaczej, reaguję lękowo i "odrzuceniowo" bo byłem zatrzymywany i aresztowany kilka razy (tylko trzy razy, na szczęście nie więcej). Przed chwilą na blogu "Zelkan" Dwa Auschwitze, opublikowałem kawałek o Katyniu (o międzynarodowym tle) i natychmiast został on umieszczony w tzw. "treściach ukrytych". Znaczy to, że moje, ale również Pańskie poglądy są bardzo kontrowersyjne, nawet bardziej niż Korwina-Mikke, który pisze ogólnie ale nie tyka szczegółów. Natomiast ja mogę odwołać się do numerów poszczególnych dokumentów np. z kancelarii III Rzeszy zagarniętych po wojnie nie tyko przez bolszewików ale również przez Anglików, którzy bardzo na te dokumenty dybali.

Tak więc o ile przytyki do dupokracji Janusza Korwina-Mikke można potraktować jako jajcarskie dowcipy, to ujawnienie że istnieją dokumenty ścisłej współpracy żydów np. w sprawie eksterminacji Palestyńczyków w czasie II wojny światowej, nie należy już do sfery dowcipów. Owszem wielu ludzi ma to w nosie, ale może też trafić się ktoś, komu to da do myślenia (a tego "byśmy nie chcieli"). Numery tychże dokumentów (czy ich zbiorów), znanych również wśród polskich historyków są niebezpieczne jako punkty zaczepienia konkretnej dyskusji. A tego żydzi i poplecznicy by nie chcieli. I chwała historykom angielskim, że się to dostało na naukowe forum (dopiero w latach 60 i nie wszystko). Ja muszę wyznać, że piszę jakby w podziemiu, bo już miałem trochę scysji (z których wycofałem się z przeprosinami i na paluszkach) z historykami krakowskimi typu prof Jerzy Wyrozumski (ja nie mam profesora tzw. belwederskiego i nie chcę o tym mówić, bo dostaję gęsiej skórki) i jego uczniowie (każdy znaczniejszy profesor ma swych zwolenników i swoją szkółkę, która zwalcza drugą szkółkę itd.) Szkoła Wyrozumskiego jest oczywiście ortodoksyjnie katolicka i bardzo "poważna". O Karolu Wojtyle nie powiedziano by nic krytycznego. Jakby to była "święta krowa". To że w jego otoczeniu i w otoczeniu jego następcy byli ubecy, że oni sami (purpuraci) kolaborowali z komunistami (bo teraz się mówi że musieli), że wreszcie oni i komuniści byli w jednej szajce do otumanienia narodu, z tym że jedni stawiali krzyże w Nowej Hucie a drudzy je obalali, ale jednym i drugim chodziło o to, żeby być, zarówno być w partii jak i chodzić do kościoła, bo ten typ Polaka jest najlepszy dla stabilności władzy... ale o tym sza!


Najgorszy Polak to wichrzyciel, taki jak ja lub Pan Z. Prusiński, co to ani do kościoła ani do partii. A jak tu było do kościoła, skoro żony katolicko ale zarazem komunistycznego chowu, uciekały, rozwodziły się i w ogóle rozpieprzały życie... A Kościół na to nic, udawał, że nie ma problemu wychowania w przyzwoitości przyszłych żon i polskich matek. Kościół miał to w nosie. Proszę sobie wyobrazić, że jestem (byłem) żonaty w rodzinie powiązanej blisko z historią królowania Wojtyły na stolcu biskupim w Krakowie, a moja żona prowadziła się skandalicznie. Prosiłem proboszcza o interwencję, prosiłem (bogobojną, zaprzyjaźnioną z kardynałem) rodzinę o mediację, o leczenie z alkoholizmu, o interwencję... bez rezultatu, ponieważ jest to środowisko zakłamane, jak mało które (Jezu, gdyby się to dostało do wiadomości rodziny! Już milczę). Ale to tylko dla Pana wiadomości - bo w Krakowie nikt nie zna mojej ksywki!) Zresztą chyba Pan wie, że Kościół krakowski jest i był umaczany w skandale.

Najlepszy model socjologiczny Polaka jest właśnie taki (i popierany przez hierarchię): chodzić masz do kościoła i do partii! Podczas okupacji był podobny: do hitlerjugend i do kościoła! Podczas zaborów ten model socjologiczny był również podobny. I do carskiej ochrany i do Kościoła! Kolaboracja na dwa fronty jest najlepszym gwarantem neutralności i stabilności emocjonalnej Polaka.


Kiedy kradzione materiały budowlane na budowę kościoła, w latach siedemdziesiątych, jechały przez pół Polski, to zaufani partyjno-katoliccy milicjanci ochraniali ten konwój (np. z blachą miedzianą na kościelne dachy), chroniąc przez niespodzianą kontrolą innych milicjantów, którzy nie byli wtajemniczeni w tę kradzież. To księża uczyli w komunie kradzieży.

Takich frajerów w stanie wojennym, jak ja wyrzucało się z pracy (a po stanie wojennym już nie bardzo można było do niej wrócić), a tacy jak Pan uciekali, żeby się tułać po świecie, tymczasem stan wojenny zrobiła komuna w porozumieniu z Kościołem, żeby przygotować się do zagarnięcia tego co się dało.


Wojtyła w latach 70-tych udawał, że nie wie o co chodzi i robił wszystko, żeby rozmiękczać komunę systemem kolaboracji, do uzyskania w przyszłości wspólnych zysków. Mówił do komunistów: porzućcie doktryny, dyktatury proletariatu i walki z kościołem, a podzielimy się władzą nad robotniczo-chłopskimi duszami, i podzielimy się majątkiem narodowym, wypracowanym przez tych chamów. Taki był Wojtyła. Był gorszym kunktatorem i bardziej dwulicowym politykiem, niż Macharski, który (był bezradny i znerwicowany) z nerwicy płakał wielokrotnie podczas odprawiania mszy przy ołtarzu. Byłem i widziałem. Znam go osobiście i szanuje, mimo szwagra esbeka. A Wojtyła, to był przebiegły i wyrachowany chłopek roztropek, któremu bardzo imponowały złoto, kadzidła i pontyfikalia, człowiek o mentalności lisa. Udawał, że kocha polski ludek, a serdecznie nim pogardzał liżąc tyłek swojej ukochanej krakowskiej inteligencji i szafarzom nauki. No i kombinował, jak by tu wejść w kolaborację z komuną, żeby ją skłonić do demontażu w celu dorwania się do majątków i rewindykacji. W ten sposób zabezpieczył interesy kościoła na wiele dziesięcioleci.

Teraz w Krakowie mają go za świętą krowę i wszyscy za takie "święte krowy" pragną uchodzić. Teraz proszę sobie wyobrazić w tym wszystkim mnie, szaraczka, bez placów i kamienic! Gdyby wiedziano, że obszczekuję ich na równi z czerwonymi, to...!
Na szczęście, jak powiedziałem, staram się być bardzo ostrożny w środowisku, w którym się obracam (najlepiej by było, żeby o mnie zapomniano) - zrobić co muszę i znikać. Zresztą już niedługo, bo wybędę pod jesień z Krakowa i podmiejskie okolice. Nigdzie nie należę, nigdzie nie piszę, bo przez 40 laty aktywnego obracania się wśród dziennikarzy czy pismaków, wiem... już wiem, że wszystko to jest guzik warte!


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

____________________________


Komentowany wiersz: Tajemniczy profil szatynki 2018.06.08; 09:44:30
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

04.11.2011 21:49


@Mar Canela

Pani Marzeno, jest Pani ponoć wykształconym psychologiem. Proszę sobie wyjaśnić, kto to powiedział w Pani wierszu: "Nie wpadam w zasadzki, pająki, myszy i żaby ostrzegają mnie"? Gdybym ja się tak zwrócił do kogoś, dając mu do zrozumienia, że zrozumiałem jego podstępne pytanie, to by mnie uznał za trochę chorego umysłowo, który miewa omamy rozmów z żabami, myszami etc. Natomiast gdy mówię to w wierszu, to ostrzegam odbiorcę: "uwaga, nie mówię tego jako Karol, lecz jako podmiot liryczny, którego jestem twórcą, posługując się licencją poetica. Ja tak napisałem na papierze, że ktoś ma takie odczucia, bo w naszym scjentystycznym świecie nawet w poezji ludzie normalni nie miewają rozmów z pająkami i kumakami.

Gdy zrobię takie zastrzeżenia, wtedy nikt mnie nie posądzi o chorobę umysłową, bo wie, że mówię to jako podmiot liryczny, kreując go poprzez moje autorskie działania. A Pani się upiera, że nieważne, czy jest Pani gospodarzem, podmiotem lirycznym czy kochanką pana Zygmunta. Gdy nie zrobi Pani tego rozróżniania, to czytelnicy z Ustki pomyślą, że jest Pani jego kochanką, zaszła Pani w ciążę i będziecie mieli śliczniutkie dzieci. Chce Pani tego? Czy Pani udaje głupią? Jeśli nie, to już radzę napisać odpowiednie sprostowanie. Przecież po tym, jak on Pani we śnie wchodził (do kogo wchodził? Do Pani czy do podmiotu lirycznego?) mogła Pani zejść w ciążę. Zastanów się, nieszczęsna kobieto!


Rozróżniania w tym, kto co mówi są ważne. Czasem poemat jest jak trybunał karny, gdzie za nieprecyzyjne zeznania grozi szafot.

PS. A coście z panem Zygmuntem zrobiły, że go nie ma (to pytanie raczej do pani Anakondy)? Dlaczego się nie odzywa? Czyżby Pani zabiła pana? Nowa odmiana "Lilii"? Ładny pasztet! A miało by wesele, jakiś Sylwester (chyba Sylwek z Pruszkowa!) jakieś Chlewiska, czy coś tam.

Chłop dostanie przez was rozstroju nerwowego. Gdybyście mogły tobyście go powiesiły! I to za co? Za to że paple byle co? A co nie wolno mu paplać, tak jak wam? Paple, bo wy do niego paplecie i jak rośnie brednia wzajemnych głupot. Dlaczego on do mnie nie papla? Bo nie bredzę do niego głupio. Nie mam pretensji, że jest jaki jest. Nie piszcie mu o pierogach, to nie będzie bredził o cebuli. I kto tu mówi o tolerancji dla inności. To że jest inny, to wam przeszkadza? Gdy was wielbi, to źle, gdy klnie na swoją samotność po wypiciu Krupniku za 20 zł. i 50 gr. - to też źle.
Moim zdaniem, dla jego typu temperamentu najlepiej by było, gdyby uczciwie opisał swój pobyt na emigracji, bez koloryzowania i bez bogoojczyźnianej blagi. To by była interesująca lektura i przegląd ludzkich charakterów i postaw.


A że wy potraficie to zrobić, bo wiem na jakich pejsatych blogach lubicie publikować, że pan Zygmunt nie będzie miał czytelników to nie szkodzi. Bowiem ja i kilku innych tym bardziej będziemy go czytać. Tylko nie o waszych pierożkach. Ba, wy potraficie doprowadzić do tego, że go mogą ukryć na stałe i to diabli wiedzą dlaczego? A raczej wiedzą, bo przecież pejsaci nad tym "salonem" czuwają. Czy wy jednak myślicie, kobietki, że takiego faceta można przymusić, żeby rysował z wami na blogu stokrotki, żabki i misie? To by było przerażające przedszkole, jakie współczesne feministki chcą zafundować mężczyznom. To i tu, na tym blogu już się rozgrywa taka walka płci? Nie wiedziałem? Myślałem, że wszyscy jesteście równi, a tymczasem pan Zygmunt jest "zły", bo nie chce się bawić w waldorfowskie szkółki. Jeśli pan Zygmunt żyje, to niech się odezwie. Artykuł o śmierci cywilnej w Kodeksie Napoleona był, ale został zlikwidowany przez ustawodawstwo drugiej republiki francuskiej. Ukrywanie cudzych poglądów na tym blogu jest nietolerancją i nie powinno się odbywać bez sądu. A tymczasem ja tu widzę same treści ukryte. Sprowadza się to do tego, że gdy ktoś napisze słowo "żyd", to jest to słowo tak plugawe i obraźliwe moralnie, że cenzor na "salonie24" natychmiast musi go ukryć. No, może i słusznie. W każdym razie gdy widzę napis "treści ukryte", to już wiem o kim tam piszą.


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta i rosa...

__________________________


Komentowany wiersz: Rok 2012 2018.06.07; 15:15:44
Autor wiersza: zygpru1948
fajowojest

- Po co mi "inni"? Literaturę pisze się w samotności...


Komentowany wiersz: zasinienia 2018.06.07; 07:25:04
Autor wiersza: mila
Pozdrawiam - Zygmunt


Komentowany wiersz: Rok 2012 2018.06.07; 07:11:56
Autor wiersza: zygpru1948
Niestety, ja nie komentuję tylko (w moim Klubie Literackim) wstawiam innych, choćby Karola Zielińskiego - to zacny człowiek !

Pozdrawiam


Komentowany wiersz: Rok 2012 2018.06.07; 06:38:29
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

25.07.2011 12:54


@Zygmunt Jan Prusiński

Nie znam Pana bliżej, ale wydaje mi się, że tak, mówiąc serio, jesteś Pan człowiekiem godnym zawierzenia. Szkoda że wcześniej Pana nie znałem.
Już w Krakowie mnie nazwano "wściekłą awangardą". Wspominam Mariannę Bocian i Rafała Wojaczka. Cenzura, ubecja i tzw. czynniki społeczno-polityczne (wszystko to było powiązane z krakowskim Kościołem i inteligencją katolicką, która jedną nogą stała w komitecie partyjnym a drugą w kościelnej kruchcie - przecież tak było!) robiła wszystko, żeby się to rozmyło. Wojaczka wydrukowano, a Bocianównę i mnie nie! Jackowi Bierezinowi raz puszczano wiersz a raz nie. Ryszardowi Krynickiemu także, raz nie a raz tak... Ale nie o to biega.


Chyba mi Pan wierzy, że byłem "wściekły" od samego początku, ale tak prostolinijnego i cudownie mówiącego wprost o co chodzi, człowieka - jakim Pan jest, jeszcze nie spotkałem.

Kiedyś miałem taką rozmowę w jednym przedsiębiorstwie, w którym pracowali ludzi ze średnim i wyższym wykształceniem, i już w roku 1995 widzieli, że szlag trafił ich (robotniczo-urzędniczą) "Solidarność" i wszystkie mrzonki o życiu w jakiej takiej godności obróciły się wniwecz. Polski przemysł i potencjał, poszły do kieszeni prywaty, Kościoła i żydów (prywaciarze rozdrapali, żydzi dali pieniądze na rozruch interesu, a księża pobłogosławili i rozgrzeszyli to złodziejowo, sami należąc do złodziejowa i robiąc to złodziejowo!
Na jakimś spotkaniu ci ludzie (o którym wyżej mowa), mówią do mnie tak: Ty jesteś dobrze zorientowany i bojowy, więc nas poprowadź. Stworzymy jakiś nowy radykalny związek "solidarności walczącej" i spróbujemy odkręcić, to, co "zakręcili" księża i żydzi (a musi Pan wiedzieć, że żydzi kombinują unieważnienie ksiąg wieczystych na zakup mieszkań w pożydowskich kamienicach! I mają duże szanse, że te kamienice (nie mające spadkobierców) dostaną się z powrotem w ręce żydowskich organizacji).
Ja na to tym ludziom (wyżej wymienionym) odpowiedziałem, że się boję stawać na czele jakiegokolwiek ruchu, bo gdy przychodzi atak, to koło przywódcy robi się pustka, towarzysze uciekają a przywódca dostaje po uszach. Po prostu mało jest ludzi prostolinijnych i zdeterminowanych, którzy nie uciekają z barykady w chwili niebezpieczeństwa. Takim człowiekiem, który nie ucieka z barykady, jest Pan!


Powiem Panu, że ja się boję, pyszczyć tak bezpośrednio na żydostwo, byłą komunę i złodziejowo... jak Pan. Z Panem można by robić bardzo ciekawą, gorącą intelektualnie gazetę albo periodyk - oczywiście gdyby były pieniądze. Ale to marzenia na marginesie, a właściwie po cholerę nam taka gazeta i dla kogo? Słowo daję, że tak myślę, że na starość (względną co prawda) lepiej się napić piwa, niż użerać się z tą bandą idiotów.
W każdym razie, takiego prawdziwego pasjonata weryzmu i poszukiwacza szczerości, nie spotkałem jeszcze nigdy! Pan jest jak cenny brylant!

Mam tu na myśli powiedzenie Melchiora Wańkowicza z książki o Monte Casino, że spotkał tam tylu wszarzy i łajdaków (z Władysławem Andersem i Józefem Gawliną na czele), że brała go chęć ucieczki od tego ludzkiego chlewa. Tym co zdecydowało, że został, byli nieliczni ale wspaniali ludzie podobni do "brylantów człowieczeństwa". I powiedział tak: Naród polski jest garścią brylantów, sklejonych kupą gówna. Aż mnie trzęsie z obrzydzenia, gdy pomyślę, co musi czuć taki "brylant" oblepiony gównem! Bo sam siebie żadną miarą nie odważyłbym się zaliczać do tych brylantów.
I te cudowne Pańskie porównania, kiedy się Pan wkurwia na sprzedajną hołotę. Ma Pan do tego talent! I robi to w porę! I ma Pan prawo!


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

___________________________________


Komentowany wiersz: Śpij ze mną i wchłaniaj mnie 2018.06.06; 07:10:19
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

01.08.2011 00:51


@Zygmunt Jan Prusiński

Panie Zygmuncie, odstawiłem na bok te studenckie głupoty, nad którymi pracuję i piszę do Pana, bo mnie ogarnia zwątpienie do robienia czegokolwiek. Przecież to wszystko, co nas otacza, na równi z tym co szanujemy i kochamy, jest chuja warte. Bo cóż z tego, że my to kochamy i szanujemy, gdy "to" nas nie kocha i nie szanuje! Miłość nieodwzajemniona! Cóż z tego że pokrywamy ją cynizmem i drwiną, skoro w środku cierpimy! Z miłością to jest tak, że z miłości powstała grudka piasku i trwa, po której depczemy. Dlatego idąc po trotuarze powinniśmy iść z miłością (i przepraszać) i wyrozumieniem (dla poranionego świata) dla tych grudek piasku, które nam chrzęszczą pod podeszwami. Dopiero wtedy możemy oczekiwać miłosierdzia i miłości dla samych siebie. Bo przecież bez miłości żyć się nie da.


Ja w tej chwili zastanawiam się nad panem Ryszardem Zasmuconym, bo jakiż on musi być samotny (skoro ucieka do pisania na blogu) i pozornie kochany przez rodzinę, Boga, współparafian, przez synów i wnuków... skoro od czasu do czasu przyskakuje do mnie (ze złości! z miłosnej złości!) lub do Pana, jak pinczerek, żeby nas potarmosić za portki, domagając się chwili uwagi (tak samo jak i my, oczekując tego od niego!) Bo co innego jest twierdzić, że rodzina nas kocha, córki i wnuki, skoro nasze córki nie mają z nimi o czym rozmawiać, a żony w ogóle nie zwracają na nas uwagi (wszyscy mają nas w dupie!), to cóż to za miłość?... a miłość do Boga jest w jedną stronę, czyli "mówił dziad do obrazu" i znów wychodzi na to, że jesteśmy sami, że nikt nas nie kocha... Więc gdy na blogu u Pana ZYGMUNTA Prusińskiego, jeden na drugiego się trochę pozłości (a nawet nazwie go świnią! - to z miłości!) to jest to jakby wyznanie miłości i oczekiwanie tego samego uczucia. I przyznaj pan, panie ZASMUCONY, że jest panu miło, gdy nazwiesz mnie świnią, a ja łaskawie (i miłośnie) wybaczę, rozumiejąc, że (jak mówił Siemon Zacharowicz Marmieładow do Rodiona Romanowicza Raskolnikowa): "To nic łaskawy panie, ona tak wcale nie myśli, tylko się tymi myślami tak bawi... ale to dzieciństwo i banialuki, które dobry Bóg wybaczy, i gdy do niego pójdziemy powie, chodźcie tu do mnie wszyscy,. bo chociaż świnie jesteście, to przecież kochacie i to was upoważnia do wejścia do królestwa niebieskiego!" Które, zwracam uwagę, jest już tu, tyle razy, ilekroć przebaczamy jedni drugim.

Tak naprawdę, to ja się źle czuję, gdy jestem przez innych źle zrozumiany i staram się tak pracować umysłem, żeby dobrze zrozumieć swych bliźnich a wtedy nie muszę im nic wybaczać.
Zastanawiam się tylko, czy taka postawa jak moja, spowalnia wyścig szczurów? Czy gdyby było więcej ludzi o takiej postawie, wyścig szczurów przestałby morderczym procederem dobijania zmęczonych koni.


Przyznam się, że jeszcze pod tym kątem na Pańskie wiersze nie patrzyłem i nie wiem, jaką by Pan musiał zastosować formułę, w której by nastąpiło wybaczenie (w imię miłości do ziarnka piasku) Sztoltzmanowi jego sztoltzmanostwa a Lejbie Kohne jego lejbusiostwa. Mówię tu do Pana jako do polskiego Petrarki, który może, gdyby chciał opisać nasze ostatnie dzieje w postaci "Boskiej komedii", tych wszystkich zasłużonych w niebie… a Lejbe Kohne i Stoltzmany byłyby w dziewiątych kręgach poetyckiego piekła. Pan wie co czym mówię? Jeśli miałby być Pan talentem równy Słowackiemu i Norwidowi (a czemu nie, gdyby Pan to potrafił napisać?), to powinien napisać Pan taki poemat, w którym oprowadza swego zmarłego przyjaciela po piekle, albo nawet mnie, zasranego profesora, który chujuje na diabły, niczym w amerykańskim filmie, ale jednakże coś tam swym rozumkiem kuma, a Pan pokazuje mu wśród płomieni, że tu siedzi profesor Bartoszewski (choć jeszcze żyje) ale już przykuty do swych zachodnioniemieckich marek, a tu Geremek przykuty łańcuszkiem do piecyka, tam zaś Sztoltzman się smaży z płonącą żagwią w dupie, a tam nasz ukochany przywódca „solidarności”, Lejba Kohne, całuje po rękach naszego osmolonego od sadzy, uwielbionego polskiego papieża. A co? czyż piekło, jak mówił Quintus Septimius Florens Tertullianus, nie jest w pierwszym rzędzie dla papieży?

Panie Zygmuncie, stwierdzam też, że, gdyby nawet Pan się pokusił o coś takiego, to ja zastrzegam sobie, że gdy znajdę chwilę czasu i zdrowia, sam też postaram się płodzić tego potworka, czyli taki elaborat, na ten temat piekielnej historii Polski. I nie będzie to plagiatem ani z mojej ani z Pańskiej strony. Tak się zastrzegam w razie czego, bo jak powtarzam, mam różnej roboty od cholery, tylko coraz mniej chęci, bo nic mnie nie cieszy. Choruje na coś co się nazywa, niemożnością odczuwania przyjemności. Nawet napicie się wódki jest dla mnie bez sensu. Wszytko jest bez sensu. Proszę sobie wyobrazić jeszcze żyję, a jakbym umarł. Jeśli to prawda, że po śmierci nie odczuwa się emocji, wstydu, poczucia, grzechu, przyjemności itd. to jak tak właśnie mam. {Poczucie pełnej ataraksji! Żyję, bo się zmuszam do pracy, jedzenia, czytania i pisania... Jeśli Pan w to wierzy, to proszę się pomodlić za mnie do jakiegoś zwariowanego Boga, bo przecież w tym świecie sartrowskim, bez wartości, musi być coś warte (oprócz chuja) - (ja wiem, że dla mężczyzny jedyną wartością jest kobieta, ale mnie, tak jak Hamleta, kobieta nie bawi mnie, lubię się tylko jej przyglądać, nic więcej). Proszę sobie wyobrazić, że nie mam pragnień i zazdroszczę mojej matce, że umarła.


Powiem Panu, co ma dla mnie tajemniczą wartość, co może przykuć uwagę mego umysłu, to to, gdy się położę na wersalce, wyciszę wewnętrznie i oddam się medytacji, w której dochodzi do pozornej lewitacji, czyli przestaję czuć swoje fizyczne ciało i (chyba - tego nie wiem) myślowo odrywam się wraz ze swym wyobrażeniowym ciałem i unoszę się pół metra (bo więcej nie chcę) nad sobą, nad rzeczywistym swym, ale jakby porzuconym i bezwolnym, zwiotczałym, ciałem, jakby to był martwy zezwłok. Zrobiłem to kilka razy i ciągle tęsknię za powtórzeniem tego, upatrując w tym głębszego sensu i wartości, to tak na marginesie, dla obopólnej refleksji. Podobno takie stany można wywołać gdy się pijak opije do nieprzytomności albo po amfetaminie, ale nigdy nie byłem pijany do nieprzytomności ani nie brałem żadnych prochów. Jeszcze jest jeden sposób na uzyskanie takiego stanu, co próbowałem, ale się nie udało, to tantryczny stosunek płciowy z odpowiednio przygotowaną umysłowo kobietą. W tym stanie, też można we dwójkę lewitować! Oczywiście są to duchowe lewitacje, bo ciała zostają nieporuszone na pościeli.

Jest to przyczynek do tego, co mówiliśmy, że nie mamy szczęścia do kobiet, bo jesteśmy prymitywne chamy, więc kobiety od nas uciekają, bo nie umiemy je kochać. Dobre sobie! Ja nie umiem kochać! Umiem i to na sto tysięcy sposobów! Ale gdzie jest taka, która umie chociaż na jeden raz! Raz, a dobrze!


Panie Zygmuncie, przepraszam, że zawracam głowę swoją osobą... Ale wyrażam tym swoje zaufanie, że jest Pan rozumnym facetem i równie nieszczęśliwym miłośnikiem piękna. Amen i pozdro.


Zygmunt Jan Prusiński Komunizm odebrał mi Rodzinę !

____________________________


Komentowany wiersz: Obcowanie 2018.06.05; 08:04:43
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

02.08.2011 17:34


@Ryszard Zasmucony

Panie Zasmucony, próbowałem ten wpis umieścić pod ostatnim wpisem do mnie na poprzedniej stronie, ale coś wywala i pokazuje masę błędów, więc dałem tutaj. Wytłumaczę się i znikam. To mnie cieszy, że przestał mnie Pan trochę nie szanować. Ja wcale nie jestem ateistą, ale niestety tylko bogowiercą. Rolę religii w kulturze doceniam na pierwszym miejscu, ale to tu nie ma nic do rzeczy. Nasze różne podejście do Kościoła bierze się z różnych doświadczeń i pewnie stąd, że pochodzimy z różnych środowisk. Ja: pokrótce: moi rodzice byli spauperyzowaną szlachtą, tak zwaną. Mieli niewielki majątek na wsi (resztówkę) ale siedzieli w Krakowie, gdzie ciotka ojca miała ubojnie i masarnie, matka dorywczo uczyła w szkole, dzieliliśmy z żydami pół kamienicy, na gospodarstwie nie do końca były przeprowadzone działy sióstr dziadka, które powydawały się dobrze w mieszczańskim biznesie (jedna za żydowskiego bankiera) za mąż (rozwalili go Niemcy). Z moim ojcem i dziadkiem handlował końmi. Kiedy moi rodzice nie mogli znaleźć po 1945 r. miejsca ani pracy w Krakowie wynieśli się na podkrakowską, gdzie mieli mały folwark z dworkiem, a raczej (dużym domem), który kolił w oczy władzę gminną, która zamierzała zrobić w nim porodówkę. Matka (przedwojenna maturzystka) próbowała w nim gospodarzyć, jednocześnie nawet uczyła w szkole, przez trzy lata, ale mój ojciec "prawdopodobnie” przystawiał się do mojej niańki, więc... Ojciec był niedokończonym przedwojennym prawnikiem i również niedokończonym weterynarzem i felczerem. A gdy trzeba było to krakowskim taksówkarzem i handlarzem koni. No i miał tam fabryczkę czegoś tam na Zabłociu. Dobrze że się wykręcił z handlu dolarami z księdzem Lelito, (bo jest prawdą, że księża i biskupi skupowali złoto i spekulowali dolarami) bo by dostał czapę.


Mnie w okresach letnich trzymano to na wsi, jako chorowitego i cherlawego do ratowania zdrowia, jak i w mieście, dla ogłady, więc się naprzyglądałem różnym hrabiom z całej Polski, którzy zjechali do Krakowa po utracie majątków w wyniku reformy rolnej. Dekret o reformie dawał wywłaszczonemu właścicielowi dożywotnio co miesięczną pensję wysokości poborów starosty powiatu, oraz członkom jego rodziny odpowiednio mniej. (Jako historyk miałem w ręce publikacje tych dekretów). Wielu było takich, którzy twierdzili, że tej pensji nie biorą, ale czy należy im wierzyć, skoro żyli jak pączek w maśle? Brali, i jeszcze krzyczeli, że mało.
Na Salwatorze, Łobzowie, Zwierzyńcu itd. jest i było setki willi w których mieszkały te arystokratyczne rodziny. A ponieważ mój stary należał (jedną nogą) do arystokracji, był zapraszany i brał udział w konwentyklach. Nie posługiwał się herbem, bo nie wypadało jako żonatemu ze schłopiałą szlachcianką bez herbu (z którą się ożenił dla wiana), ale wszyscy po cichu traktowali go jako prawego dziedzica dóbr galicyjskiej rodziny, w której zamiast niego, żydzi umieścili swojego podrzutka. Wszyscy o tym wiedzieli, ale oczywiście szeptali tylko po kątach, żeby nie robić skandali i składali ojcu rewerencje jako prawemu dziedzicowi, a mnie nazywano jego następcą i w odróżnieniu od ojca, którego nazywano „pierwszym”, mnie nazywano (w tym środowisku) drugim. Było to już po wojnie, stary (farbowany, czyli żydowski) hrabia umarł przed samą wojną, jego syn nie powrócił z Anglii, dwór był rozparcelowany i spalony, więc nie było sprawy.


Ale nie o to chodzi.
Tamten przedwojenny świat biskupów i prałatów, szlacheckiego pochodzenia już nie istnieje, ale tworzył on dwa wyraźne kościoły, szlachecki i plebejski. Inni byli biskupi inne dewotki arystokratki inni dobrodzieje kościoła. Dobrodziei w postaci biednych babć nie było i nikt na tackę niczego w parafiach nie rzucał (UWAGA – tacka szła w ruch tylko w czasie odpustu, gdy się zjechali goście, więc taca była dla gości, szczególnie na odpustach klasztornych), bo proboszczowie mieli po sto hektarów lasu i mogli handlować drewnem. Po reformie rolnej ostały się tylko 50 h kawałki lasu, ale i tak komuniści (mówię tu o latach 40-50) przymykali na istnienie gospodarstw rolnych przy parafiach oko. Każdy proboszcz był dziedzicem i gospodarzem całą gębą. Siał i orał, czasem chodząc za pługiem osobiście, a nawet macał kury. Klasztory gospodarowały jak majątki szlacheckie, wywożąc jesienią gnój pod przyorywki, uprawiając pszenicę, handlując końmi - dzisiejsi księża przy nich to jakieś wyperfumowane pedałki i mięczaki. Dlatego źle widzę przyszłość Kościoła. Nie da się być księdzem, nie znając się na niczym. Dawniej ksiądz odebrał poród a jego stwierdzenie zgonu było ważne prawnie. Dawny proboszcz sam potrafił wycielić swoją krowę i oprosić maciorę. Nie mówiąc już o tym, że pierwszy uczył parobków jak się prawidłowo wywija cepem. Szkoda słów. Dzisiejsi księża to eunuchy! Myślą o obrazie wsi, malowanej przez Reymonta, to sądzę, że jest to obraz z gruntu fałszywy, pomniejszający rolę proboszcza. Inna sprawa, że był to zabór rosyjski, Reymontowskie Lipce leżały w rejonie silnej penetracji niemieckiej i żydowskiej, więc akcenty o których tu mowa uległy w powieści niwelacji i osłabieniu.


Czas mojego dzieciństwa, był zupełnie inny niż dziś, (w wielu opłotkach Krakowa nie było prądu). Nikt w tym środowisku nie słyszał o środowisku żydowskiego "Tygodnika Powszechnego". Mam nawet takie wrażenie że ci biskupi, z różnych arystokratycznych rodzin i z różnych części dawnej RP przyjeżdżając do Krakowa nie odwiedzali nawet Sapiechy (z braku czasu) a jeśli już to przelotem, nieoficjalnie, od niechcenia i okazjonalnie. Bardziej spieszyło im się do popieszczenia się z dziećmi brata, kuzyna czy kogoś tam z rodziny, niż odwiedzenia dostojnych murów katedry Wawelskiej. Ba, dla nich był ważniejszy zjazd familijny, niż odnawianie ślubów jasnogórskich organizowanych przez Wyszyńskiego.
Mam wrażenie, że gdyby Wyszyński zachowywał się tak jak ci starzy biskupi, szlacheckie Sobiepany, traktujący swoje parafie jak apolityczne własne latyfundia i posesje, to komuniści nie wtrącaliby się (przez jakiś czas) tzw. wewnętrzne życie kościoła, bo wiedzieli, że tradycyjne lekcje religii utrzymują prostaczka w zabobonnym szacunku do własności prywatnej, „nie kradnij”, a przecież komunistom chodziło o ukrócenie (złodziejstwa w kołchozach – sabotażu w fabrykach) bandytyzmu i spokój.
Niestety Wyszyńskiego (miał własne wizje polityki społecznej) zażerały ambicje polityczne i stąd ta cała awantura.


Oczywiście wiem, że mam w tym swoim gdybaniu pół racji, bo czas nie stal w miejscu, i starzy bonzowie episkopatu się wykruszali (a byli to ci, co składali przysięgę na wierność jeszcze przedwojennej Rzeczypospolitej i nie wiadomo, jakby to było, gdyby żądano od nich (po zerwaniu konkordatu) nowych przysiąg na ręce Bieruta. Biskupi pochodzenia szlacheckiego bawili się jak świeccy panowie, ukrywając się w cieniu swych figurantów z chłopskiej klasy biskupiej, których wypychali przed szereg do odprawiania mszy, rekolekcji, chrzcin, zostawiając dla siebie tłuste synekury. Chłopscy biskupi wstawali wczesnym świtem tyrając jak woły, a sami w tym czasie wylegiwali się do południa, nierzadko z kochanką. Biskupia czy księża kochanka, wcale nikogo nie gorszyła ze starego pokolenia, inne były czasy. Ksiądz proboszcz miał 100 hektarów lasu i mógł się czuć jak dziedzic na włościach i żaden żandarm mu nie podskoczył. Gospodarując trzydzieści lat na parafii proboszcz dorabiał się majątku, że zwykle zostawiał po sobie rodzinie w mieście dwie kamienice. Widziałem pijących i grających w karty biskupów z arystokracji, z kielichami w dłoniach i z paniami na kolanach. Wiadomo było, że byli (jak ich nazywała moja matka) „bogowie”, a ludek ma być posłuszny, bogobojny i wierny. Jak się czasem pokłócili (w rodzinie), to jeden drugiemu mówił, żeby go pocałował w dupę i niemal nie przychodziło do szabli. Godził ich suto zastawiony stół, prezenty i dobre trunki. A potem rozjeżdżali się od swych kuzynów, do biskupich rezydencji. Dopóki zaś istniała Polska przedwojenna, to zmarli biskupi byli po śmierci chowani w złocie i pontyfikaliach w rodzinnych grobowcach by ponieść splendor rodu.
A WIĘC TU WAŻNA UWAGA – BISKUPI BYLI TRAKTOWANI JAKO WŁASNOŚĆ PRYWATNA ARYSTOKRATYCZNYCH RODZIN – A NIE TAK JAK DZIŚ, WŁASNOŚĆ KOŚCIOŁA !
Ba, przed wojną Kościół nie był własnością chamskiego, chłopskiego narodu! Kościół był własnością narodu szlacheckiego, tak jak również chłop był własnością szlachty! I to tym trzeba pamiętać kiedy się wchodzi do starych budynków plebanii, gdzie ze ścian spoglądają na nas portrety starych proboszczów. Kanoników, dziekanów i prałatów, którzy byli właścicielami naszych plebejskich dziadków, babek i ojców i o tym należy pamiętać, gdy się wchodzi do budynków kurii biskupich, gdzie spoglądają na nas z portretów biskupi, właściciele naszych niewolniczych praprzodków, a także gdy się wchodzi do starych kościołów, to należy pamiętać, że to nie jest nasza własność, tylko własność pokoleń dawnych szlachciców i ich dzisiejszych spadkobierców. W tych kościołach złoto jest szlachty, nasze są tylko kamienie, które znosili nasi przodkowie na swoich grzbietach.


To jeden (galicyjski) obraz kościoła, a drugi, to ten gdy zacząłem się zajmować historią kościoła II RP i pisałem o młodych intelektualistach z KUL-u, o czasopiśmie „Prąd”, o społecznej nauce Stefana Wyszyńskiego, kiedy zapoznałem się z myślą Świeżawskiego, Krąpca, Stefana Bendera… Pisałem również o Rerum novarum Leona XIII i pismach społecznych Josefa Hoefnera i ruchu Coplinga, a i wpływie filozofii Port Royal na politykę republiki francuskiej, która do tego czasu nie chce się zgodzić na uznanie jako małżeństwa związków homoseksualnych…
Ale powiem Panu, że to już jest historia. Dzisiaj kościół i człowiek w kościele jest inny, niż był 20 lat temu i co mi się zdaje, że dopiero teraz Bóg umarł (jako zjawisko i twór kulturowy).

Gdy 50 lat temu wszedł Pan do domu towarowego, to widział Pan rzeczy piękne, wykonane ręką ludzką, z materiałów naturalnych (stworzonych przez Boga – skóra, metal, bawełna) ale nie dorównywały one „ szychowi”, „piękności” i przepychowi detali w kościołach baroku. A przecież jedne i drugie były wykonane ręką ludzką. Każdy haftek, ornamencik, gwiazdka, frędzel… musiały być wykonane ręką rzemieślnika, która była niejako przedłużeniem ręki Boga. Zmysł artystyczny, poczucie proporcji, geometrii, piękna, wszystko to miało źródło w umyśle Boga, przeniesionemu do umysłu człowieka. Człowiek w trakcie długich godzin żmudnego odwzorowywania boskich wzorów na ziemskim materiale miał czas na to by rozmyślać, doskonalić się i wielbić mądrość i piękno myśli swego Stwórcy…. I tych pięknych rzeczy było stosunkowo… tak niewiele, że nie mogły się one zbanalizować i spowszednieć, zatracając otoczkę niewidzialnego sacrum. Zauważy Pan, że elegancko wykonaną portmonetkę, pióro, krawat itp… całymi latami, było wyrzucić szkoda! Działało w tych przedmiotach jakieś sacrum. Nawet ręcznie wykonany zegarek czy aparat fotograficzny jest czymś innym, niż wykonany mechaniczno-automatycznie, przez sztancę. Co Pan spojrzał na piękną rzecz, to przywodziła Panu na myśl piękno i potęgę Boga. To samo jak Pan spojrzał na rzeźbę w ogrodzie, fontannę albo nagrobek cmentarny. Wszędzie Pan widział Boga. Przynajmniej ja widziałem!


A w tej chwili!
Dzisiaj jest inaczej, gdy Pan wchodzi do Supermarketu widzi Pan tysiące pięknych telefonów komórkowych, mikserów, odkurzaczy jako wymyślne działa sztuki, aparatów fotograficznych, spinek, skuwek, torebek, lampek….tysiące, tysięcy a jedna piękniejsza od drugiej a każda zrobiona bez udziału Boga (w umyśle człowieka) żadna nie zrobiona ręką ludzką, która jest przedłużeniem ręki boskiej…. Tylko ciach ciach, w ułamku sekundy, wylatują różne zachwycające cudeńka, zrobione przez automat. Jeśli rzeczy robione bezpośrednio przez człowieka można porównać, że zostały przez niego zrodzone z konceptualnej ciąży, zapłodnionej przez Boga, to dzisiaj już nie ma o tym mowy. Rzeczy tego świata nie są dziećmi człowieka zapłodnionego intelektualnie przez Boga, czyli nie są dziećmi wspólnymi Boga i człowieka. Ma to również konsekwencję w stosunku pracy do ceny. Ceny są zaburzone i chore. Ten świat jest piękny ale obcy.

Jeśli dawniej Bóg był w „ręce ludzkiej” i w jej wytworze się odbijała jego wszechmoc i w ten sposób mógł być wielbiony, to dzisiaj Bóg jest AUTOMATEM!
Automatami są również ludzkie umysły i proces ten będzie się nasilał. Nawet księża posługując się coraz to piękniejszymi i modniejszymi telefonami, nie zdają sobie z sprawy, że wielbią nowego Boga. Że się modlą do automatów! Zresztą odkąd przestali pracować fizycznie, stracili kontakt z Bogiem. Owszem, niektóre rodzaje pracy umysłowej dają kontakt z Bogiem, ale to jest filozofia, matematyka, doświadczenia biologiczne i fizyczne, stawianie diagnoz lekarskich i leczenie, nonkonformistyczne konstatacje na tematy istotne. Ale nie bzdury, (gazetowe bzdury nie dają kontaktu z Bogiem, bo pisanie bzdur nie jest pracą.)
Bo Bóg, dając się człowiekowi poznać w sferze ludzkiej działalności, pozwala na poznanie go przez ludzkie jestestwo, a jestestwem jest codzienna praktyka produkcyjna rzeczy potrzebnych do życia i konsumpcji, bez której człowiek nie może się obejść. Jeśli Abraham strugał kij, to nie tylko dla zapędzania owiec, ale jako znak władzy nad domownikami, którą otrzymał od Jahwe. To wszytko ma z sobą związek bo jest jednością, a tymczasem nowa epoka industrialna ten związek rozerwała.


Nie mówię tego jako ateista, tylko jako antropolog. Co zaś do naszych wygłupów, to com się powygłupiał, to tyle mojego, a teraz nie mam czasu i wracam do swojej roboty.

To oczywiście nie jest takie proste, bo tak jak pana Zygmunta niepokoi w kobiecie jest natura hieny, dlaczego tak ją wielbiąc i ubóstwiając to zaznał od niej tylu klęsk (których naprawiać już nie ma sensu) tak mnie również, z tego samego względu, jako mężczyznę, coraz bardziej interesuje mnie psychologia pozytywna z położeniem nacisku na pierwiastek kobiety w psychice męskiej, bo jest mi to potrzebne do jednej książki, żeby opisać uczciwie stosunek między małżonkami. Proszę sobie wyobrazić, że w historii mojego pradziadka był taki przypadek, że druga żona mojego pradziadka, przepisała rejentalnie 50 mórg pola, dom z kuźnią, stajniami, stodołami etc. poza wiedzą mego pradziadka, żeby wywianować swoje bękarcię. Oczywiście nie było to jedyne pole, dom i gospodarstwo mojego pradziadka ale chłop, zamiast zabić kurwę, wdał się w birbantkę, w pijaństwo, w żydowskie kurwy … i dalej nie chcę opisywać. Ja oczywiście nie jestem potomkiem tej kurwy!
Więc Pana chyba nie dziwi mój emocjonalny stosunek do ludzkiego łajdactwa i to, że chciałbym, żeby go nie było (bobyśmy mniej cierpieli), bo wtedy (tak mi się marzy i błogosławiłbym takiemu światu) łatwiej mężczyzna mógłby podejść do kobiety i zaproponować: podobasz mi się i jeśli ja ci się podobam, to chodźmy do łóżka (jak Adam z Ewą w Raju, a Bóg mógłby się z tego cieszyć, bo telefony komórkowe wyrzuciliby do diabła (diabłu do sakwy). Jak się Panu podoba taka wizja odnowy ludzkości. Oczywiście, kto by chciał, mógłby być monogamistą.
A dlaczego w tej chwili jest tak mało monogamistów? Bo się nie wypróbowali przed ślubem, bo ich namówiła do tego rodzina, religia, księża, przesąd itp. ale wcale nie mieli na siebie ochoty a mimo to dali się namówić i często przeklinają swoje nieudane życie.


Tak sobie z Panem pogadałem, przy okazji uświadomiłem sobie, że powinienem zacząć pisać o tej stosunkowo niedawanej, ale przecież już przebrzmiałej i zapominanej w szybkim tempie Polsce. Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie uwierzy, bo będzie uważał za wymyślone kłamstwo i bluźnierstwo, jak dwóch wielkich panów, biskup i wojewoda skaczą sobie do czupryn, targając się za słowy, przez stół i dusząc za gardło, krzycząc, że lepiej, żebyś ty biskupie chodził za łeb przytroczony powrozem do siodła mojego ułańskiego konia, niżbym ja ci miał pozwolić wyrzucić ciało marszałka z krypty wawelskiej i być u ciebie za pachołka.

Na koniec, jak nie wiem, czy Unii Europejskiej chodzi o to, żeby Polacy o takiej swojej historii zapomnieli, bo gdy zapomną, to niewątpliwie staną się narodem eunuchów i pudrounijnym sługusom Brukseli.


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta białych luster...

__________________________________


Komentowany wiersz: Oparzenie jakby... 2018.06.04; 19:17:08
Autor wiersza: zygpru1948
4 czerwca 2017 o 22:19 ·

Cytat
"Nie mogą rządzić ludzie zniewoleni własną przeszłością"

Jan Olszewski - Nocna zmiana


Komentowany wiersz: Oparzenie jakby... 2018.06.04; 06:55:59
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

15.10.2011 22:20


@Zygmunt Jan Prusiński

Przeczytałem wszystkie 140 wierszy z tomu "Madryckie ścieżki poezji" dla Mar. Więc to tak Pan sobie wykombinował, całkiem nieźle. Bardzo piękne smutne pożegnanie. Dużo pięknej metafizyki i podtrzymuję to, co mówiłem, że jest to poważna poezja metafizyczna, nie dla idiotów, chociaż ubrana (ogólnie) w piękne oklepane banały, że jak szklanka, to musi by koniecznie kryształowa, a jak listki, to koniecznie srebrzyste, jak u Heleny Mniszkówny. I to jest piękne, to mnie pociąga, to mi nie przeszkadza, a pod spodem kryje się lawa gorącego niepokoju i psychicznego napięcia.

Myślę tak, że zaczął się Pan dopiero rozkręcać. Niech się Pan nie boi ilości, niech pomyśli o wielu tysiącach wierszy Franceski Petrarki i że dopiero pod koniec niektóre z nich... wiersze nie są dla idiotów kogo nudzą, albo kto nie potrafi ich czytać, ten odrzuci zarówno dziesięć wierszy jak i dwa tysiące. A w poezji, takiej jak Pańska im więcej tym lepiej, bo tworzą one arabeskę, mozaikę i groteskę (grotesco - czyli tajemna grota wymalowana el'fresco fantastycznymi motywami podziemnego świata, tellurycznego, który jest światem tajemnej miłości). Ja myślę, że Pan by się rozpisał i dotarł w rejony miłości uniwersalnej (bo w tej chwili jest Pan na etapie indywidualnego ciumkania, ja i ja i ja, o jaki ja biedny!), natomiast już był Pan w tym przedsionku, miłości uniwersalnej (wszechogarniającej - a nie deklaratywnie tylko faktycznie) w wierszu "Sen w Madrycie" (str. 120) również w wierszu ze strony 145 i z innych stron pod koniec tomu. Jaka jest różnica między deklaratywnym (u Pana) podniesieniem miłości uniwersalnej a faktycznym (ledwie zarysowanym w wierszu "Sen w Madrycie"? Taka, że tam Pan nie zazdrości, że i inni kochają (jakby wspólnie z Panem) i inni są również poetami i zasiadają z Panem do wspólnej kolacji z Mar, piją wino, patrzą na swoje, ale i na Pańską Mar głodnymi oczami itd. itp.


Nie tylko Pan ma przywilej cierpienia, i tego, no wie Pan, ja już rozgryzłem istotę Pańskiej znajomości z Mar, kto to jest, czy osoba realna, czy też rozpalona wyobraźnia itd. Tym bardziej interesująco na tym tle przedstawia się Pańska psychika, jako autentycznego twórcy, który niczym innym żyć nie potrafi. Tego typu psychika, będzie współżyła fizycznie z kobietą, ale w tym samym czasie musi sobie wyobrażać, że to się dzieje w jakimś poetyckim świecie i że ona jest bohaterką jego wiersza. Wszystko musi być uskrzydlone, bo inaczej nie może być zrealizowane. Tęsknota, poszukiwanie idealnej miłości, przeczucie idealnej kobiety która stoi obok Pana, niewidzialna ale czuje Pan jej oddech i niematerialny dotyk, po to, żeby pobudzać Pana do świadomości, że istnieje w Panu prawdziwy mężczyzna. Powiem to tak, spotkałem ostatnio w księgarni interesują kobietę w średnim wieku, którą usiłowałem "zainteresować" sobą, a która mnie kompletnie, acz najuprzejmiej "nie zauważyła". Oj, cholernie zabolało. Więc wiem jak to jest. Łączę się z Panem we wspólnej męskiej niedoli.

Co do tych 140 wierszy, to sprawiają one (na mnie) radosny melanż młodego wina, fuzla jest może 5%, całość jest dobrze obmyślania i zamknięta, ale aż się prosi o dopisanie drugiego tomu w stylu "na szerszym oddechu", że Pana męskość to również męskość rozłożona na innych mężczyzn i ich wspólny gorzki los. Bo przecież Pańska miłość do Mar jest cholernie gorzka i smutna. Czasem człowiek żałuje, że w ogóle zaczynał kochać, skoro tak się miało skończyć. I czy w ogóle warto się rodzić, żeby być poddanym takim doświadczeniom. Kluczem jest tu, myślę "Sen w Madrycie". Żeby coś więcej zauważyć, muszę poczytać jeszcze trochę.


Zygmunt Jan Prusiński Madryckie Ścieżki Poezji

__________________________


Komentowany wiersz: Uczę się ciebie od nowa 2018.06.03; 07:26:43
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

16.10.2011 13:32


@Anakonda plus Zygmunt Jan Prusiński

Pani Jolu, nie ma złych wierszy.
Z badań nad współczesną kulturą wynika, że są wiersze różne, wszystkie cenne dla swej grupy, etniczności itd., oraz dla własnego "ja". Nie ma "lepsze - gorsze", jest tylko porównywanie co do inności i ustalania kryterium poprawności politycznej. Jeśli jest tylko poprawnie to już jest dobrze. W tej sytuacji ekscentryzm i ekscytacja wyglądają podejrzanie, że nie jest to poezja a tylko wybryki a nawet brak kultury. Owszem, są ekscytujące wiersze, ale zależy dla kogo. W Pani wierszu jest to, co chciała Pani powiedzieć, gdzie indziej i np. prozą, ale nie wszystko wypada etc. więc… Ja zrozumiałem.

Ale ale, wiersz ma tę wadę, jako wiersz (bo przecież poezja nadal pozostaje tajemnicą), że za bardzo Pani wiedziała co chce w nim powiedzieć. Gdyby Pani nie wiedziała, to byłoby "to" o co chodzi. Za bardzo chce Pani zrozumieć i trzyma się Pani mocno swego Cogito (sądząc, że jest bezpieczne). A tymczasem, problem pozostaje otwarty, że Pani w dawnej miłości nie wszystko rozumie (a nawet nie chce rozumieć), dlaczego tyle lat ta miłość ją dręczy (a nie powinna). Problemem nie jest to, „że kochałam”, ale że „znów pokochać muszę”. Bo inaczej będę martwa. Musi nastąpić odnowa po starej miłości. Twierdzę, że Pani "za dobrze wie", za dokładnie, jak "to było" i to jest wada. Pani musi być mniej pewna. No, ale Pani podpłomyki (wiersze) podobają mi się, że wydobywa "je z siebie".


Natomiast strumienie poetyckie Pana Zygmunta leją się niczym młodopolskie zdroje. Widzę to tak; te sreberka i ”kryształowe wonie” spływają w nocy z księżyca i rano wiszą na krzakach w ogródku Pana Zygmunta, a on je zbiera do koszyczka i pyta "co my tu mamy", a potem układa z tego (stary lis) zgrabne cacka. Są to cacka wielkiej urody, co na kształt tytułu (i zawartości) ”Między ustami (pełnymi seksownymi i wymalowanymi na karminowo – i obsesyjnie) a brzegiem (kryształowego – koniecznie!) pucharu!” To są cacka dla moich malarskich oczu. To Waliszewski polskiej poezji (co do koloru – bo obrazy - chwilami - wielkiej powagi).

Choćby ostatni wiersz dla Pani: „Kochana, w lustrze jeziora, dwa łabędzie płyną, ty i ja” – cudownie młodopolskie, Maryna Wolska, Bronisława Ostrowska etc. Puryści rechocą, że przestarzałe, oklepane banały, wampuka, kicz itd. że tak się nie pisze, że makatka w stylu dwóch łabędzi nad piecem między chochlami, z napisem „gdzie żona dobrze gotuje, tam…” Tymczasem Pan Zygmunt (stary lis) uratował się zgrabnie, a nawet widzę, że ten cudowny, banalny greps był mu potrzebny w krytycznej, współczesnej poetyckiej refleksji nas stanem kultury, metafizyki, sensem istnienia etc. Bo w następnym wersie tak się zastanawia nad tym co napisał: „Rozwidnia się w naszych oczach prześwit na czarnym płótnie” (na czarnym płótnie świadomości) „Jeszcze nie wiem jak zacząć jak poruszać się w tobie”, jakież to męskie, dojrzałem, namyślane i ostrożne, kiedy mężczyzna planuje, pełen wątpliwości i zniechęcenia, ale "mimo wszystko", jeszcze raz, "być może podejmie ten trud wejścia do kobiety", być może jeszcze raz, bo być może warto.
Jak on tak pisze, bezczelnie, ale tak, jak powinien mężczyzna dojrzały, któremu kultura ludzka w swojej autorytarności nakazuje wręcz wchodzić do kobiety, to jest w pełny usprawiedliwiony i zrozumiały. A do kogóż ma u diabła wchodzić, do drugiego faceta, jak jakiś podły pedał?


Gdy Pan Zygmunt się zastanawia, jak się ma w Pani poruszać, to jest to takie mocne, że aż mnie ciarki (z podniecenia) przechodzą po krzyżu!

No Panie Zygmuncie, moje uznanie! Jest Pan lepszy w zastanawianiu się nad istotą męskości od samego Zygmunta Krasińskiego (a jeśli nie, to mu Pan – temu wymoczkowi - dorównuje).

Panie Zygmuncie, wczoraj napisałem krzywdzącą rzecz dla żydów, że wolałbym być trędowatym, niż żydem. To niegodne i obraźliwe, pomimo, że pisane z przymrużaniem oka. Jeśli chodzi o młodzież żydowską, to jest ona dorodna, tak jak młodzież całego świata (choć to tylko naga małpa – a jaki seks pięknie robić potrafi!). Miałem na myśli ortodoksów z pejsami, że nie chciałbym być taki jak oni. Ortodoksi to zaraza, natomiast judaizm ma coś z faszyzmu i mówią to sami młodzi (i starzy) Izraelczycy, którzy wychowani po amerykańsku, od religii żydowskiej uciekają. Czasem widzę młodych żydów z Ameryki lub Izraela, i są to piękne dziewczyny i chłopaki. Oni by się mogli dogadać z młodymi, równie pięknymi arabkami i arabami, tylko że stare ortodoksyjne skur… do tego nie chcą dopuścić. Co zaś do ortodoksów z Arabii Saudyjskiej, to sądzę, że jeszcze trochę, a szariat zostanie tak zreformowany, że Saudyjki będą się opalać toples nad Morzem Czerwonym, pieszcząc się z młodymi, przystojnymi żydami. Jak to już ma miejsce na plażach Kalifornii.


Czuję, że przesadziłem trochę w wychwalaniu moderny trzeciego tysiąclecia, jakże daleko odbiegającej od ideologii naszego księdza Rydzyka i ortodoksów z otoczenia prezydenta Bronisława Komorowskiego - Szczynukowicza, któremu rabini każą palić hanukową świeczkę, ale zdaję sobie sprawę, że jako człowiek już „stary” (stary satyr!) nie mogę się upierać, że wszystko być musi jak drzewiej bywało, ale należy się zgodzić, że idzie „nowe”. Właśnie owe piękne izraelskie dziewczyny, młodzi ładni arabscy chłopcy, młodzi Amerykanie, Polacy, Niemcy, Ukrainki, Koreanki, młodzi Chińczycy.

Dupczcie się dzieci (no ale bez przesady, dopiero po dwudziestym roku życia) a ja was błogosławię.


Zygmunt Jan Prusiński Złap mój księżyc...

__________________________


Komentowany wiersz: Zamyślenie w twoją stronę 2018.06.02; 08:09:25
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

13.08.2011 01:52


@Anakonda

Ależ droga Pani! Poezja pana Zygmunta nie jest makatką. Pan Zygmunt nie mówi na niej nic wprost. Mówimy ciągle o wierszach w których nie ma Zygmunta, tylko jakiś obcy mężczyzna. Gdyby w tych wierszach Zygmunt mówił o sobie, to przecież by umarł, gdyby kazał kochance oglądać "swoje otwarte serce w wazonie"! Pan Zygmunt sam mówi, że jest to miłość wirtualna. Pani rozumie co to znaczy "wirtualne"? Dokładnie to znaczy istniejące na granicy realizacji, bliskie realizacji lecz jeszcze nie zrealizowane. To termin z filozofii egzystencjalnej! A nie z pogaduszek przy kawie, gdzie wirtualne rozumie się jako coś zmyślonego, czego nie ma, za co się nie bierze odpowiedzialności, takie kawiarniane ple ple... A tymczasem odpowiedzialność moralna w poezji istnieje. Gdyby w wierszach p. Prusiński mówił o sobie, jako Prusińskim, to wiele rzeczy byłoby tak niedorzeczne, żeby go trzeba było zamknąć w domu wariatów.

Pani też traktuje miłość dosłownie (i jakoś tak istnieniowo prymitywnie), że gdyby poważnie traktować wyznania kochanków podczas uniesień, też wielu, trzeba by zamknąć w domu wariatów, bo mówią od rzeczy w miłosnym natchnieniu. Pan Zygmunt ma nad Panią tę przewagę, że gdy czegoś dobrze nie rozumie, o czym mówię, to siedzi cicho i nawet udaje, że rozumie, komentując to: "ty sobie gadaj profesorku (bo do cholery jestem nim, choć już nie chcę! mam to w dupie!) a ja i tak robię swoje". I to jest wspaniałe, bo on wie, co ma robić i wie intuicyjnie (natchnieniowo, bo jest oświecony przez Geniusz i Psyche (pisane z dużej litery) - wcale nie kadzę, bo bym robił z siebie błazna, gdybym coś takiego twierdził, żeby mi pierwszy lepszy dupek i dureń mógł zaprzeczyć! Tu cudów nie ma! - o co mi chodzi.
Pan Zygmunt "tu wie", że ja "widzę" to co on, podobnie jak on, te jego odkryte (przez niego) światy, które są dostępne każdemu otwartemu umysłowi, jako światy transcendentalne i istniejące realnie zarówno w umysłach Tristana i Izoldy, kiedy się kochali, jak i w umysłach Abelarda i Heloizy itd. A składają się one zarówno ze składników infernalnych tego i tamtego świata, jak i z wielkiego szacunku do siebie nawzajem. Ten wzajemny szacunek pozwala im okiełznać właśnie te cipowo-chujowe składniki infernalne, (czy ja muszę tu pisać wykład albo nawet esej?) potrzebne do istnienia świata!


Właściwie mówiąc o miłości, powinno się przywoływać przykład Tristana i Izoldy, którzy byli naczyniami tylko wypełnionymi kosmiczną energią miłości, do tego stopnia, że nawet gdy ich pochowano w osobnych grobach po śmierci, to krzak głogu wyrosnął jednocześnie na ich grobach i połączył się nad nimi w miłosnym uścisku. Więc miłość jest również bytem realnym po osobniczej śmierci! - (jest książka wydana na KUL-u o pośmiertnych obowiązkach wobec człowieka).
Więc o jakiej miłości my tu mówimy? Pan Zygmunt ma na myśli miłość Tristana do Izoldy, a Pani sugeruje, że w jego wierszach jest pretensja do wszystkich megier i idiotek spotkanych przy barze podczas konsumpcji krupniku a' 20 zł 50 gr (bądźmy dokładni!).
Ja twierdzę, właśnie, że nie ma w jego wierszach żadnej pretensji, tylko jest miłosierne przebaczenie, że panie myślą odbytnicą (zamiast sercem). Zamiast łączyć się z Zygmuntem -Tristanem - KTÓRY W WIERSZU NIE JEST ZYGMUNTEM, TYLKO QUASI-OSOBOWYM (bo nawet "to" nie ma konkretnej osobowości) PODMIOTEM LIRYCZNYM! - w miłosnym, seksualnym (a jakże!) stosunku, jak złotowłosa Izold z kochankiem (Tristanem - podmiotem lirycznym)... i myśleć nieustannie obsesyjnie o nim - (czyli o "waleniu"! ale jakim "waleniu") (co jest piekielną męczarnią), one wolą... my wiemy co wolą i miłosiernie wybaczamy, bo któraż kobieta zamiast gotować jakieś swoje brudne rosoły (bo i o gotowaniu rosołu nie ma systematyzującego pojęcia!) to myśli, że jej Tristan nadchodzi i trzeba zdjąć majtki.
Tak jest! Zdjąć majtki i to wcale nie w trywialnych celach! Żeby doznać zwierzęcych konwulsji orgazmu i krzyczeć: "pierdol mnie jeszcze głębiej"!


Ale właśnie doznawać boskich uczuć ulgi, Pokoju i mistycznego zjednoczenia, które płynie z podbrzusza, z lędźwi, z nerek, z płuc, z serca, z głowy... (podbrzusze gdzieś znika i ta podniecająca smrodem lubricatio okudlona szpara rozpływa się jak anielska harfa w muzyce zjednoczenia z Bogiem!) następuje łagodne jak zefirek, uczucie połączenia przeciwstawnych płci, "gdzie w pochwie tylko będzie się zaciskało na członku, jakby chciało objąć wszystkie skarby świata".

Proszę zauważyć, że piszę to zdanie w trzeciej osobie, jak się pisze o Bogu. Bo to Bóg (nie szatan) spółkuje razem z ludźmi, apelując do ich zdrowego rozsądku, lecząc z dewiacji i doprowadzając między nimi do Pokoju: "To nic że jesteś z rodu Kapuletich, mimo to kocham cię"!

A więc nie ma tu już indywidualnej kobiety (ani mężczyzny), ale ujawnia się w kobiecie (i mężczyźnie) coś, i bierze ją we władanie co jest siłą kosmiczną! Z kobiety i mężczyzny czyni wzajemnych ofiarników!

To właśnie ma na myśli pan Zygmunt, pisząc swoje erotyki!

Skoro mi zarzuca Pani prymitywizm (proszę wybaczyć!), ciekawym, czy by mnie Pani zadowoliła w łóżku! Ten mój prymitywizm! Bo, z całym szacunkiem, chyba wątpię! A szkoda, bo mam dla Pani wiele sympatii. Sądzę też, że nie jest Pani do końca osobą szczęśliwą i może dlatego, chce się Pani wypowiadać w materii rzeczy których nie rozumie (chyba Pani nie miała odpowiednio ukształtowanego moralnie partnera, bo miłość nie jest sprawą prostą ani łatwą. Moralność nie oznacza robienia dobrych uczynków, ale również takich, które są eleganckie, uprzejme i piękne. To nie jest rozrywka dla amatorów. Na tym filozofowie całej ludzkości połamali sobie zęby!


Mimo to wiele mam sympatii dla Pani, dla dziewczynki w kapelusiku, drżącej z niepewności, która siedzi w Pani i się boi złego świata, drżąc o swoją kobiecą muszelkę. A tymczasem ta "muszelka" jest najmniej ważna, BO ISTOTĄ SPORAWY JEST DORODNA WIELKA JAK MIEDNICA KONCHA. A tą zawiaduje jedynie Bóg.

A propos, panu Zygmuntowi się wydaje, że Bóg go nie obchodzi. I słusznie. Poeta sam musi być Bogiem, jak Zygmunt! Ale oboje pracują w pocie czoła nad udoskonalaniem bydlęcej ludzkości!

Proszę zauważyć, że w szczegółach i ogółach i w generaliach, mamy (możemy mieć) z panem Zygmuntem różne zdanie (pozornie - gdy mówi, nie zawracaj mi pan głowy swoim Bogiem!) ale to wcale nie przeszkadza we wspólnym zrozumieniu o co w ogóle w poezji chodzi. A chodzi o człowieczeństwo!

Więc, Pani Jolu (pozwolę sobie - "podobno" po imieniu - bo nie piliśmy brudzia, chociaż wszystko przed nami) na koniec... jeśli mięśnie pochwy zaciskają się tak łagodnie na członku, jakby przechodził sam On (Bóg), tak łagodnie, że nie złamie nadłamanej gałązki ani nie zgasi gasnącego knotka, to znaczy, że jest prawdziwa miłość! (i być może, nie trzeba poszukiwać już ekscytacyjnych (przyzna Pani, że gdy ciało partnera podczas stosunku znika a pojawia się jego awatar!) rozkoszy tantryzmu.


PS. Sam stosunek nigdy nie był dla mnie celem w sobie. Poszukiwałem takiej kochanki, która swym ciałem i duszą spowoduje przeniesienie nas do nieba! Niestety! To by musiała być kobieta o zdolnościach mediumicznych, paranormalnych i genialnych, przekraczających moje skromne zdolności, a ja bym się jej poddał z ufnością, na jaką zasługuje prawdziwa kosmiczna miłość - niezależnie od tego gdy się ma piętnaście czy sto siedem lat. Tego byłem pewien i z tym przekonaniem się urodziłem, że mam wbudowany mechanizm rozpoznawania ludzi obdarzonych traumatycznymi zdolnościami wejścia do nieba (ciekawe!) - (tak po prostu z marszu) jak i z oszustami. Oszustów rozpoznaję bez trudności.

Kto by myślał, że system myślenia kontemplacyjnego, jest systemem irracjonalnym, gdzie wystarczy myśleć głupio, byle co, ten się srodze myli. Jest to system rygorystycznie logiczny i racjonalny, w którym nie ma miejsca dla głupców i nieznających logiki formalnej.
Ale i dla tych, którzy nie znają wszystkich kruczków logiki formalnej (takich jak np. ja) jest miłosierdzie i szansa na zbawienie w miłosnym uścisku pochwy (uwaga, to tylko porównanie!), zdrowego członka (dlatego w Biblii powiedziane jest, że "wszetecznicy, którzy mają tak zniszczony system nerwowy, że nie staje im członek, nie wejdą do "królestwa"), że skażona naszą zbrodniczą kulturą natura dozna takiego odrodzenia, iż dziecko będzie mogło bezpiecznie włożyć rękę od gniazda węży, a lew nie pożre jagnięcia odżywiając się trawą...

Pani Jolu, czy Pani rozumie? Że prawdziwa miłość to stosunek seksualny, a stosunek seksualny to cud?

A teraz, dalej, pan Zygmunt to widzi ale wątpi w cuda (opowiadane przez Skręta), i jego podmiot liryczny kiwa smutnie i sceptycznie (siwą) głową nad konstatacjami faceta pod pseudonimem skręt?

Mimo wszystko chwała mu za to (panu Zygmuntowi), że rozwiera swe serce w wazonie i mówi do pani Sylwii (ciekawi mnie, prywatnie. - Trzeba by uruchomić jakiś foto-serwis!, czy aby zgrabna i ładna bestyjka - mniam mniam!) Żwirskiej - "patrz"!

To tyle, zatrwożona dziewczynko w kapelusiku! Ja nie jestem wilkiem i nie pożeram dziewczynek! Swoją drogą, chciałbym poznać Krysznę o dziesięciu ramionach, a taka powinna być każda kobieta i tego uczą (takiego "kurewstwa") swoje córki bogobojne, wychowane w mahajamie, matki.
Co Pani na to, śliska w udach i płaska w suchym, bezkudlastym podbrzuszu, jak totem, który sobie Pani wybrała? Oj, oj! PANI! TO COŚ WIĘCEJ NIŻ TOTEM! Pozdro


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta białych luster - część II...

____________________________


Komentowany wiersz: W rezerwie uczuć... 2018.06.01; 07:05:24
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

12.08.2011 21:55


@Anakonda i Pan Zygmunt

Rany, nie tytułujcie mnie profesorem! Po drugie, Panie Zygmuncie nie wypisuj już o swojej przeszłości małżeńskiej itp. Tu nie o Pańską realną przeszłość w tej chwili. Nie piszesz Pan życiorysu, choć nie wątpię, że w Pańskim wykonaniu byłoby to, że hej! Być może wszystkim, tylko nie życiorysem.

Ja nie pisałem ostatnio o Pana wierszach w innym kontekście, tylko w podobnym, jak Carl Gustav Jung pisał w Archetypach i symbolach o Ulissesie Jojca. Dobrze by było, żebyście tam zajrzeli, to byście mnie lepiej zrozumieli. Ja miałem na myśli to, że sam Absolut usiłuje się, i chwilami przegląda się poprzez wiersze Pana Zygmunta w naszym nieludzkim świecie. Bo te wiersze są dla mnie nieludzkie. Istota ludzka w nich skowycze i żebrze o chwilę przytulenia. Istotnie, problem dla mnie polega na tym, że wolałbym spędzić noc z miłą kobietą, niż napisać wiersz w stylu Pana Zygmuntowym.
Nie macie się o co kłócić, że mężczyzna lub kobieta jest istotą bardziej logiczną, taką siaką... a do dupy z tym! Wszyscy potrzebujemy miłości, która jest na dłuższą metę niemożliwa. Przecież ja nie mogę twierdzić, że w swym życiu nie byłem szczęśliwy i kobiety nie dawały mi prawdziwej miłości! Dawały mi i bywałem szczęśliwy, tym bardziej gdy usiłowałem sam dawać szczęście innym, ale na chwilę.

Niestety miłość ma więcej cech opisywanych przez Pana Zygmunta niż podnoszonych przez Panią, Pani (jeśli wolno) Jolu. Zawsze się tak pokomplikuje, że się musi zepsuć. Przecież Pani to wie, że często, im więcej dajesz, tym mniej dajesz, im więcej kochasz, tym mniej jest miłości, aż w końcu umiera wśród fanfar i werbli zwycięstwa. Co do dziwaczności Pana Zygmunta, to tu akurat jest wszytko dobrze! Postępuje w myśl boskiej maksymy: "Gdybym nie był dziwaczny, to nic bym nie był wart!" Według tej maksymy Bóg stwarzał świat! (zostawmy dosłowność: Bóg i świat).
Co do "prawdziwych" kobiet, to takich nie ma, tak zresztą jak i nie ma "prawdziwych" mężczyzn. Wszystko to są istoty w stanie statu nascendi. Zaledwie zaczynamy się formować a już ta forma nas nudzi i przestaje się podobać. Usiłujemy zaledwie być prawdziwi, ale sami siebie nie rozumiemy, a co dopiero drugich. Jakby to było pięknie, gdyby ludzie i nasze miłości były podobne w swym istnieniu, prostocie i szczerości do makatki. Niestety, idzie Pani z ukochanym pod rękę i widzi, że on spojrzał w oczy mijanej kobiety i nie może jej zapomnieć, bo było w jej oczach coś wspaniale diabelskiego. To nie jego ani nie jej wina. Ani nie Pani wina! Mieliśmy rozmawiać o szczęściu, że miłość jest szczęściem, a tymczasem rozmawiamy o winie. I ten przykładowy Pani partner opuści Panią i pójdzie do tej z diabelskimi oczami i utopi się w nich, żeby być przez pewien czas szczęśliwy. Ale tylko przez pewien czas, dopóki nie miną ślepe szały. Mówimy tu o prawdziwej miłości, dla której król może porzucić koronę a caryca zostać żoną posługacza w stajni, a nie o układzie koleżeńskim, takim, że np. kolega spotyka koleżankę, zamieszkują razem wyznając sobie miłość i jest im dobrze. Znają się ze szkoły, mieszkają w tym samym mieście, on jest adwokatem ona sędzi i jest im dobrze. To JEST LIPA, A NIE MIŁOŚĆ! To jest prostytucja małżeńska! Można w niej przeżyć życie ale nigdy doznać miłosnych dreszczy! MIŁOSNEJ TRZĘSIONKI!

A przecież po drodze w społeczeństwie zdarzają się wojny, zarazy, rewolucje! To też się dokłada do wyrazu naszej miłości!

Panów Zygmuntów jest dwóch. Pierwszy, gdy rozmawia o swojej miłości to przeklina swoje byłe kobiety, mając na myśli miłość jako pranie, sranie, czkanie... i przyprawiane rogi! Natomiast ten drugi Zygmunt, siada do pisania i wędruje do nieba (i piekła). Ten drugi Zygmunt pojmuje miłość w jej formie najczystszej i najświętszej, nią się karmi i dzięki niej żyje. Przypuszczam, że gdyby nie ta łaskawa, uzdrawiająca miłość, której fragmenty czasem spływają na ziemskich mężczyzn i kobiety, to by się chyba zbiesił i rozpił! On pisząc swoje Erotyki przebacza całemu rodzajowi kobiecemu, całemu rodzajowi ludzkiemu i również Bogu. Bo przecież nad Bogiem jest Mądrość Przedwieczna! A poniżej jest cnota (Arete) i rozkosz (Voluptas), które walczą z sobą, ale niepotrzebnie, bo Pan Zygmunt potrafi w wierszach stworzyć takie bytu wirtualno-intencjonalne, które są zarazem arete i voluptas. Rozkosz nie musi być brudna - przynajmniej ja w to wierzę. A dopiero potem, gdzieś na końcu tej systematyki, gdy się nie sprawdzą, zepsują i zdeprawują delikatne relacje miedzy Arete a Voluptas, pozostaje Kinaidos, czyli NIEPRZYZWOITY. Fillopeos Kinaidos, które (który) zawiera w sobie i pierwiastki duchowe i materialne. Dopiero wtenczas rozkosz może być zwyrodniała i cnota uciążliwa, głupia i bezużyteczna.

Panie Zygmuncie, o tym Pan wszystkim wie, to jest w Panu zakodowane i wychodzi do świadomości, gdy zaczyna Pan pisać. Ja wiem, że Pan widzi inaczej, jak ten Arab, któremu pokazano poprawnie narysowany w perspektywie widok pustyni, a on poobracał go we wszystkie strony i stwierdził, że nic tam nie ma, bowiem widział rysunek, nie dostrzegł widoku. Pan, przy całym moim szacunku, jest takim Arabem dla własnej twórczości. Oprócz rysunków które Pan maluje i je natychmiast i bezpośrednio dostrzega, są i inne, obrazy, ponadczasowe i transcendentne, o których ja właśnie mówię. Pan ich nie musi widzieć, bo twórca nie jest od tego, żeby wszystko zobaczyć. Niech mu wystarczy, że jest! Niektórych rzeczy nie zobaczymy teraz w ziemskim życiu. Zobaczymy dopiero i zrozumiemy po śmierci. Bo niektóre z tych rzeczy, które Pan opisuje, zwracając się do wyimaginowanej kochanki, dzieją się w wieczności. Pan jest również opisywaczem świata zmarłych i tego "drugiego świata! Przemawia Pan rzekomo do kochanki, a przemawia Pan do samego siebie, KTÓRY JUŻ JEST ZMARŁYM!

Przecież każdy z nas jest już częściowym trupem, również psychicznym! I jest to rozmowa trupa z trupami! I z tej perspektywy często patrzy Pan na swoją miłość. A urocze i pełne miłosnego wigoru, panie, Anakonda i Hermenegilda, są uroczymi trupiankami!
Amen i pozdro


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta białych luster - część II...

_________________________________


Komentowany wiersz: Odpoczywaj ze mną pod jarzębinami 2018.05.31; 05:16:22
Autor wiersza: zygpru1948
W ramionach księżyca - Część II
Dział: Kultura, Temat: Literatura

W RAMIONACH KSIĘŻYCA - część druga



Zygmunt Jan Prusiński


USTECKIE SNY

Motto: "Grzywiaste zwierzęta światła
leżą leniwie pod bukami
wszystko widząc"
- Jerzy Harasymowicz -


Dla ciebie bo inaczej nie mogę
nie wypada łączyć sny z kim innym
więc wracamy z powrotem
tak jakby udostępnić siebie -
że istniejemy nie tylko w wierszach
bo zazdroszczą nam i panny młode
i kawalerowie tych uczuć w przyrodzie

- jesteśmy w ogrodzie przyjaźni.

Od wielu lat odwiedzasz Ustkę
byłaś dobrą żoną dla Staszka
tak nagle odszedł a ty
po prawie sześciu lat -
zdecydowałaś się przybliżyć
do moich skrzydeł by zostać w nich
i w życiu i w poezji

- jesteśmy w ogrodzie miłości.

Odmienne a jednak wspólne
celem dogrania każdej nuty
posłuchajmy dźwięków
w nadmiarze czułości -
zamierzam dostąpić i pokonać
najdrobniejszą w rzeczy samej
rysę pamięci na pękniętym kamieniu

- przypisać trwanie jak to czyni huba...


13.1.2018 - Ustka
Sobota 04:07


https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/868181,w-ramionach-ksiezyca-czesc-ii#comments


Komentowany wiersz: Odpoczywaj ze mną pod jarzębinami 2018.05.31; 05:13:19
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

13.08.2011 12:05


@Anakonda i Zygmunt Jan Prusiński

Mój tekst z 13 sierpnia "Poezja nie jest makatką etc.) jest, tylko że w "treściach ukrytych".
Po drugie, Pani Anakondo, Pani głos jest tu jak najbardziej na miejscu i jak najbardziej potrzebny. Proszę się nie obrażać. Rozmawiamy o miłości, która niejedno ma imię. Jest sprawą najważniejszą i fundamentalną. Świat który widzimy, urodziły kobiety - (to źle i dobrze, ale tak jest!)

Pisze do Pani (i Pana Zygmunta - a brakuje mi tu wyraźnie zrównoważonego głosu p. Hermenegildy - lubię jej "słuchać") bo uważam, że nie wolno trywializować po kobiecemu poezji, bez szczypty krytycznego rozumu. Tym bardziej takiej poezji jak Pana Zygmunta.

Wy, kobiety robicie to tak: "Ach Zygmuncie, jakie to piękne, jakie to piękne..." i tak dookoła Wojtek. A tymczasem to jest tak piękne, że mrozi krew w żyłach i dramatycznie piękne, jak umieranie dziecka na rękach Boga! I co, człowiek myślący, taki jak Pan Zygmunt lub (nie chwaląc się) ja, ma Boga przekląć?! Tak! Człowiek ma obowiązek Boga przekląć!, żeby stać się godnym jego uwagi i refleksji. Żeby pomóc Bogu jakoś przeżywać ten smutek z powodu śmierci dziecka. Bo nie wierzę, że śmierć dziecka jest Bogu obojętna i że jest takim nieczułym zwyrodnialcem. Owszem, mogę zrozumieć, że odczuwa coś na kształt ulgi zabijając tyranów i zwyrodnialców, ale nie dzieci. Bo Bóg sam siebie przeklina (za nieudane stworzenie człowieka - którego notabene Pan Zygmunt usiłuje poprawić - razem z innymi twórcami refleksji nad bytem). Bóg sam siebie przeklina i gdy widzi małego, podłego człowieczka, który pomimo boskich zbrodni usiłuje mu wejść bez wazeliny w dupę (- och Ojcze, jakiś ty dobry, och Ojcze... Abba i te inne bzdury...daj mi parę groszy. Nie wie, dureń, że Stary jest również biedny jak mysz kościelna i goły jak święty turecki!), ze strachu, a nie wyrąbie mu w oczy lipnej teodycei (na co Stary czeka!), (czeka na potwierdzenie, że ten zwierzęcy twór, potomek Adama, jednak myśli!). Bóg się brzydzi konformistów i gardzi lizidupom. Gdy widzi cynicznego świętoszka to żałuje, że stworzył coś tak marnego jak komfornista! Proszę zauważyć, że Bóg również człowiekowi nie kadzi (jakiś ty dobry, jakiś ty piękny!) Człowiekowi kadzi diabeł, by uśpić jego wrażliwość moralną i zrobić go nijakim, jak miliony i miliardy głupców i głupawek. Widząc konformistę w chwilach płaczu nad umierającym dzieckiem, Bóg by się porzygał!

Bo konformista nie rozumie, że na śmierć dziecka nie ma ratunku ani recepty, jest tylko bezsilność! I jeśli Bóg nie potrafi (nie próbuje, może zostawia to człowiekowi) ukuć siły z tej bezsilności, to próbuje to zrobić zbuntowany, przeciwko tym samym siłom co i Bóg, Człowiek. I próbuje robić to Pan Zygmunt.
(Chcę tu zrobić uwagę, - która mi ucieknie - moim prywatnym kryterium celności erotyku jest zdolność do wywołania subtelnego podniecenia płciowego w sferach erogennych mózgu a może i w podbrzuszu. Czego u Pana Zygmunta nie ma. Są to erotyki, od których dostaje się niechęci do współżycia płciowego i tzw. erotycznej miłości).

Pan Zygmunt widząc konformistę w chwili śmierci dziecka, przed Bogiem, też by się porzygał!

I nie tylko wtedy, bo gdyby mu powiedzieć: "Już tyle napisałeś "pięknych" wierszyków (niesforny Zygmusiu!), że daj sobie już z pisaniem spokój i zajmij się normalnymi rzeczami - jak my wszyscy"! Czyli, przestań wariować i zajmij się wypraniem żonie szlafroka! Bo inaczej nie jesteś dobrym mężem i nawet zdrowym na umyśle mężczyzną (szukasz wśród kobiet śmierci!), jakich większość chodzi po ulicy.

Pan Zygmunt miałby prawo się obruszyć pytając: "A jakie "piękności" ja napisałem? Gdzie te piękności napisałem? To o śmierci dziecka? Myślicie że piszę o pieprzeniu a nie widzicie, że piszę o śmierci dziecka?!!!

Ja dopiero zamierzam kiedyś napisać - powie Pan Zygmunt - piękności, gdy świat zacznie być piękny i ludzie piękni, nie na chwilę a na stałe! Napiszę pięknie, gdy otrzymam nadzwyczajną łaskę oświecenia od Demiurga geniusza, którego wszyscy myślący ludzie łakniemy, jak kania deszczu i bez którego jesteśmy tylko mieszczańskimi, opalonymi i wysportowanymi, zadowolonymi z siebie zwierzątkami. A Pan Zygmunt zadowolony nie jest i być nie chce! Bo uważa, że bycie zadowolonym w naszym świecie jest zwykłem łajdactwem i świństwem!
Pan Zygmunt wie, że istnieje hierarchia umysłów, że nad umysłami niższymi znajdują się umysły wyższe i "nie wierzga przeciwko ościeniowi śmierci". Ale się nad nim zastanawia, siedząc czasem jak błazen, Pierrot, czy klaun w pustej i zimnej różowej sypialni, gdzie przechadza się śmierć dziecka. A tych śmierci dzieci, choćby z aborcji, mamy wokół siebie miliony. A zdajemy sobie z tego sprawę, dopiero niestety na starość!

Pan Zygmunt o tym wie, ale lepiej, żeby o tym aluzyjnie napomykał w opisie nieudanej teodycei, niż wyznawał ekshibicjonistycznie na blogu, ile dzieci straciły takie czy inne, jego czy nie jego partnerki, za wiedzą, czy bez jego wiedzy... Tu nie ma czego ukrywać., bo i tak wszytko będzie jawne na Sądzie Ostatecznym! (który oczywiście będzie wyglądał inaczej, niż opowiadają to księża w kościele). - Jednakże Panie Zygmuncie, gdy Pan nie poruszał się po toposach kultury (Śmierć, Piekło, Sąd), o których z niechęcią Pan mówi i myśli (i słusznie!), to nie wykrzesałby Pan z siebie refleksji, że w istocie rzeczy jest Pan niczym innym, tylko "otwartym sercem w wazie, którego dotyka kobieta!".

Gdyby Pan nie należał do wyższej hierarchii umysłów, formułowałby Pan te rzeczy (i siebie) inaczej, albo nie formułował wcale, bo by Pan, jak niemowa, tego nie potrafił!

Pani Jolu (jeśli tak mogę), Pani się wścieka, bo się Pani wydaje, że to co Pani mówi, uważam za mało ważne albo niemądre. Wcale tak nie jest! ale tym niemniej, jest Pani cudowną, ponadprzeciętną kobietą, że się tak obrusza na męskie (pozory oznak) oznaki lekceważenia. To wcale nie jest lekceważenie a może wyróżnienie, że Pani jest godna miłości, skoro potrafi u wypalonego doszczętnie faceta, jak ja, wzbudzić jeszcze taki polemiczny ogień. Że mi się chce zajrzeć (również dzięki Pani) do szufladki w mózgu z napisem: "nieudane wersje stworzenia świata z miłości, przez niejakiego starego facia, o ksywce "Bóg".

PS. Swoją drogą nie wydaje się Państwu, że Bogu wiele rzeczy nie wyszło, bo był sam, bez kobiety i był za stary? Pozdro.

Niestety młody za głupi! Stary za słaby! I też głupi!

Panie Zygmuncie, czy treść z 13 sierpnia mam wklepać jeszcze raz?


Zygmunt Jan Prusiński Kobieta białych luster - część II...

_____________________________________


Komentowany wiersz: Mam ochotę się zapomnieć 2018.05.30; 06:51:07
Autor wiersza: zygpru1948
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa



Komentarz z lubczasopisma: Ale Literatura


@Zygmunt Jan Prusiński

Słodki Mistrzu ! Niech Archanielskie trąby głoszą że jest Pan Poetą ! (Jestem odmiennego zdania, niż pani Canela, żeby wystarczyło 10 pańskich wierszy miłosnych zamiast 100 i tysiąca, bo przecież każdy jest inny, w swej inności i wonności, tak samo jak kwiat nasturcji inaczej pachnie od rezedy. Ona miała na myśli i ja też, że gdy do bukietu nasturcji dołoży się papier w którym były śledzie, to zapach jest jeszcze bardziej interesujący i nie powiedzą, że jednak te wiersze są ciut za słodkie i za mdłe. (Znowu nie trafione, ale trudno), natomiast gdyby bukiecik ten leżał w kuchni koło co dopiero usmażonego kotleta i nabrał zapaszku kucharskiej ręki, to spektrum by się jeszcze bardziej powiększyło i oznaczało ciut co innego. Na razie jednak wszystkie pańskie wiersze leżą w konwencji "między ustami a brzegiem pucharu" i są jednorodne w swej elegancji. Mnie się to podoba, bo się nie boję opinii ckliwego wielbiciela sentymentalizmu, w stylu "kochanka Justyny".



Drogi Panie, niech się Pan nie gniewa, że tak te kwestie z panią Mar roztrząsamy, bo jest co roztrząsać, jest problem, skoro Pan pisze - i to elegancko - te setki niepodobnych jednak do siebie a jednak jednorodnych, w tej samej konwencji wierszy. Po prostu ta ilość zabija wieka, że można o tym samym (o miejscu między ustami a pucharem) pisać i pisać i to nie jest nudne, chociaż sprawia wrażenie oswojenia, osłuchania i bliskiej znajomości ? W tym jest problem, że jest Pan nową jakością. Będąc męską szowinistyczna świnią, zastanawiam się, czy by było tak samo elegancko gdyby było: "Między udami a brzegiem pucharu". I powiadam, że to dlatego jest takie interesujące, że sprawia wrażenie "miejsca między ustami a brzegiem pucharu", podczas gdy w rzeczywistości jest bardzo często "między udami a brzegiem pucharu". "Między dupcią a brzegiem pucharu"; "między placami a brzegiem pucharu" etc. I to jest piękne i to nie razi i to nawet nie jest zauważalne poprzez wielu !



I o to chodzi, że jest Pan mistrzem jakiegoś eleganckiego nieświńskiego świntuszenia (też !) Tak to widzę ! I tak myślę, że napisanie tysięcy tego typu wierszy nie tylko nie szkodzi, ale jest oznaką nowego rodzaju geniuszu, bo między tymi wierszami znajdują się perełki mistyki religijno-miłosnej, kiedy dziewica się rozbiera do naga i tuli się całym ciałem do krzyża, do kwiatów, do pokrzyw doznając niebiańskiej ekstazy, a Pan jej mówi: „nie dotykaj mnie, bo nie jestem taki odważny". Jakoś mi Pan przypomina Zbigniewa Morsztyna, który wcale nie dbał o opinie, co o jego wierszach inni powiedzą, tylko pisał jakby nie istnieli inni poeci na świecie. Co ciekawe, pisał o kobiecych piersiach, dłoniach, ciele itp. w właściwie widział w nich ukrzyżowanego i uwielbionego Chrystusa. Niektórymi wierszami jego można się podniecić erotycznie, erotycznymi obrazami kobiety, jej piersi etc., a przecież są ukryte obrazy i aluzje do ciała zmartwychwstałego i uwielbionego Zbawiciela. Co gorsza, nikt o tym nie pisze jakby nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Mam przyjaciela w Krakowie, oczytanego w poezji staropolskiej i on to potwierdza. Więc sprawa nie leży w oparach mojego prywatnego seksistowskiego mniemania. O niektórych pańskich wierszach sądzę podobnie. Poza tym jakość wierszy i ich walorów poetyckich leży jednak w statystyce. Rzecz polega na rozwijaniu talentu, a gdy się często i dużo pisze to się rozwija talent. Oczywiście jeśli się go ma. A Pan go ma i ma Pan do tego prawo.


Co do wydawania pańskich wierszy, to nawet uważam, że na razie nie powinien ich Pan "weryfikować" poprzez ładowanie na papier, i porcjowa na jakieś tomiki, bo one są całością, ich początek jest gdzieś w kosmosie i koniec również w kosmosie... Pan się przysiadł do kosmicznej uczty, do stołu który ma długość nieskończoną i zaczął wyrywać swoim umysłem, swoją poetycką intuicją kawałki z tego sznura pereł, z tego metafizycznego tortu. Bowiem te wiersze są opisem metafizycznej piękności świata, w której też Pan takim jest i my wszyscy, ale szczególnie Pan, ze swymi klawiaturami poetyckiego słowa i bąblami "kolczastego lasu". Gdyby Pańskie frazy o rozdartym sercu w kryształowym kielichu były tylko przypadkowymi "nawijkami" a nie fragmentami metafizycznej całości, toby Panu rychło brakło "konceptu" i by Pan szybko zamilknął. Ale nie. Pan nie zamilknie, bo Pan siedzi przy ogromnej wstędze kosmicznego stołu, na której pojawia się całe nieprzebrane bogactwo stworzonego świata, które jest nie do wyczerpania. Pan jest jednak poetą zewnętrznym, czyli opisywaczem zewnętrzności a nie wnętrzności (jak inni poeci, którzy nadsłuchują tego, co im burczy w kiszkach, w tym w kiszce stolcowej i z tego czerpią "natchnienie"). Pan jest poetą ekstrawertykiem (jak np. Gałczyński), który czerpie i opisuje urodę świata; w tym urodę kobiet, które są jego częścią. Pańskie skargi, że jest Pan nieszczęśliwy, bo sam i niezrozumiany, są jakby na dalekim marginesie, i tego nieszczęścia nawet dobrze nie widać wśród tych świateł i świecideł, w których Pan tonie cały.



Zapyta Pan a gdzież te kosmiczne światła, o których Prusiński pisze ? "Świat" (choćby go sam diabeł stworzył - a nie Bóg) jest elegancki i Pan jest elegancki. Te światła pochodzą choćby od pięknej kobiecej skóry bohaterek pańskich wierszy, od ich oczu, od wybłyszczonych ust, od brylantowych lakierów do paznokci i rączek i nóżek ! Ach te paznokietki ! Od tego, jak Pan się do nich zwraca, świetliście. Im bardziej Pan klnie na swoje realne Krystyny Amon, tym bardziej wielbi ich ciała i dusze w wierszach przydając im wspaniałej świetlistości. Boski Orfeuszu i Apollinie. Pani Marzenko ! To jest nasz Apollon Belwederski i nasz Featon ! Kuros Belwederski ! (Jeśli gawiedź wie co to znaczy ! Salve o Boski ! Salve !



Kraków. 28.03.2012

_____________________________


Komentowany wiersz: Głaszcz instrumentalnie mój instrument 2018.05.29; 07:55:20
Autor wiersza: zygpru1948
Zygmunt Jan Prusiński



W CIĄGU 21 DNI

NAPISAŁEM KSIĄŻKĘ „SUKIENKI I MOTYLE”...



Nie wiem czy to jest rekord Guinnessa, myślę że tak. Przez trzy tygodnie napisałem książkę a w niej 50 wierszy. Pierwszy wiersz „W drzewach wiosennych cię szukam” jest datowany 7 marca 2012, a dzisiaj, 27 marca ukończyłem książkę wierszem „Ten bukiet od ciebie wręczę mamie”.



Ale to nie moje zdolności czy tzw. „talent” jest temu winien a kobieta, Ewa Prusińska – która potrafi ze mną rozmawiać. I z tych jej nieświadomych a świadomych dla mnie myśli, wyłapuję do wierszy jako jej motta. Tak trwa konwersacja dnia najzwyklejszego, kiedy umie kobieta rozmawiać z poetą. Dam przykład:



„Cały czas mnie podziwiasz
niczym egipską piramidę...
choć Kleopatrą nie jestem”.



I zaraz mnie uderzyło jakby gdzieś w środku., bo we mnie są też i lasy, i pola, i łąki, i ogrody, i kamienie, i krzewy, i drogi wciąż nie kończące się – jak moje wiersze. I piszę zderzony z jej rzeczywistością, która samoistnie łączy się z moją...



Ja wiem że są takie strony książek,
gdzie jesteś rozłożysta jak jabłoń
i czekasz bym z motylami wrócił.

Bajeczna egzystencja i zapach
niebieskich skrzydeł łachoczą -
wiekuisty szmer w korzeniach.

Ale my naprawdę pokochaliśmy
za miastem te trawy w brzezinach.




Ochoczo się nawołujemy echem,
spływa miłość w szczelinach.

Wystarczy dotknąć noce...

Wystarczy dotknąć poranki...



7.3.2012 - Ustka
Środa 11:46



Wiersz „W drzewach wiosennych cię szukam”...



Ewa podnieca mnie swym intelektem. Jest spostrzegawcza i zadziorna w swej pewności. Romantyczka jak ja, i co ciekawe, że pochodzimy obydwoje z planety Venus. Ona, ze znaku Byka, ja – z Wagi. Dzieci miłości... Więc tym językiem rozmawiamy. Potrafi – nawet sama o tym nie wie, zaprowadzić mnie w niewinne światła, bo wie że w nocy jestem bardziej odważny i waleczny w tych Erotykach. Wie odpowiednio kiedy (zawiesić mnie) w takiej cielesnej próżni, i wówczas stygnę w niej z otwartym smakiem. To dopiero ta kobieta jest kobietą jakby wyszła spod jabłoni – ba, jakby ją sama jabłoń urodziła. Zatem spożywam jej owoce – przez to staję się sam jabłkiem. I tak trzeba rozumować poezję miłosną. Inaczej się nie da.



W tym ostatnim wierszu piszę tak...



Fragment:




Miłosne akcenty moich rąk,
jakbym pił źródlaną wodę.

Szczęśliwszy od drzewa -
szczęśliwszy od traw.

Rozmawiam z wiatrakami,
kręci się we mnie karuzela.

Siedzisz na niej w sukience -
dotykasz ustami niebo...

Jaskółki tańczą w twych oczach,
rozpościela się sztandar miłości.

I wrony nauczyły się śpiewać -
a ogrody czekają na wesele.

Czy można Ewo w to uwierzyć,
przybliż się do mnie ponętna.



28.3.2012 - Ustka
Środa 13:51



Wiersz „Ten bukiet od ciebie wręczę mamie”.


Dzień środa szczęśliwa dla mnie – nieświadom; pierwszy wiersz napisałem w środę, i ten pięćdziesiąty napisałem także w środę.



Ustka. 28 Marca 2012 r.

Środa 16:36



autor ZJP
http://photos.nasza-klasa.pl/22077582/64/main/ed71329f58.jpeg

______________________

[1][2][3][4][5][6][7][8][9][10][11][12][13][14][15][16][17][18][19][20][21][22][23][24][25][26][27][28][29][30][31][32][33][34][35][36][37][38][39][40][41][42][43][44][45][46][47][48][49][50][51][52][53][54][55][56][57][58][59][60][61][62][63][64][65][66][67][68][69][70][71][72][73][74][75][76][77][78][79][80][81][82][83][84][85][86][87][88][89][90][91][92][93][94][95][96][97][98][99][100][101][102][103][104][105][106][107][108][109][110][111][112][113][114][115][116][117][118][119][120][121][122]

Wiersze na topie:
1. Gorąco ... (10)
2. Nie pij w pracy (9)
3. Altruiści (9)
4. Marzenie...chyba z upałów (8)
5. Czy tak było (8)

Autorzy na topie:
1. wiewióra (10)
2. przyjaciel wiatr (9)
3. Gabrys (9)
4. wigor (9)
5. roman (9)
więcej...