Wiersze poetów - poetyckie-zacisze.pl ZAPROPONUJ ZMIANĘ W SERWISIE
Logowanie:
Nick:
Hasło:
Zapamiętaj mnie
Odzyskaj hasło
Zarejestruj się
Dostępne opcje:
Strona główna
O serwisie
Regulamin
Zaproponuj zmianę
Indeks wierszy
Ranking autorów
Ranking wierszy
Dodane dziś (28)

Nowi autorzy:
- Nyks7791
- Bodaj
- dzień zagubiony
- SmutnaRadość
więcej...

Ostatnie komentarze:
Kiedy dzień jest zbyt gorący
- Pióro Amora
Takie sierpniowe
- Pióro Amora
Jutro
- lucja.haluch
Szept wiatru przenika
- Katarzyna K.
więcej...

Dziś napisano 163 komentarzy.

Aforyzmy 48

Aforyzmy 48

AFORYZMY - autor Zygmunt Jan Prusiński

Tamtędy przejdę, gdzie drogi pachną piaskiem a konna kawaleria na rysunkach została i w wierszach poetów.

Kobiety mijam roztargnione - kobieta ma więcej myśli od mężczyzny.

Ten codzienny urok i dla ptaków i dla krzewów wystających za parkanem zamkniętych ludzi.

Chce się dotknąć miłość a w zamian mgła nuci, a deszcz i tak przyjdzie bez pukania.

Majestatyczna bezwolna cisza otwiera oczy kochanka, który głaszcze liście wciąż niepewny.

Niech zostaną struny na drzewach, niech zakołysze wiatr, ach ten cudowny odblask w lusterkach że przed chwilą była ona i znikła z niedokończonym słowem, podobną drogą co piaskiem pachnie...

Miłość w tym mieście nie jest przypadkowa, szeleści tęsknota - wabi jeden drugiego spojrzeniem z ulicy.

Nasiąknięta wibracja każdy szuka szczegółu, a to pośladek mocny czy prostych nóg, czy piersi dużych.

Noc rodzi niespodzianki by pozostały rysą głęboką, poeci ukryci w erotykach zdobywają przestrzeń, a malarze kolorami zdobią.

Ugłaskujesz rękoma otoczenie, starasz się być mokrą kobietą - wilgotność jest ważna.

Drgasz we mnie - wślizguję się jak węgorz o świcie.

Może ukryjemy się na jedną minutę by w sobie uściślić małe piekiełko rozmnażania czułości.
Napisz do autora

« poprzedni ( 2380 / 2381) następny »

zygpru1948

dodany: 2022-08-06, 00:44:02
typ: przyroda
wyświetleń (64)
głosuj (16)


          -->> Aby głosować lub komentować musisz się zalogować.

zygpru1948 2022.08.06; 01:47:03
Zygmunt Jan Prusiński


BEZWOLNE CYKANIE...

Motto: „Jakby rozsiewał wszystkie odcienie czerwieni
prosto pod nogi krótkim nocom
snującym się po polach”
– Nora Constance


Rozsiewam i ja ciekawość nocy
stoję na balkonie
niczym trubadur z mandoliną ojca
i sieję niepokój akordami
przewlekła migrena muzyczna
nie daje mi spokoju
tnie krótkie dźwięki.

W ogrodzie dojrzała panna
rozmawia ze mną o temperamencie
roślin i pachnących kwiatach
werbeny i nemezje wziąłem dla siebie
a datury podarowałem Darii.

I nikt by nie zauważył
szczegółu ostatecznego
że jutro zapowiadają deszcze
a mam koncert pod niebem
w Wysokich Tatrach
dla paru przyjaciół -
Heńka Serafinowicza i Waldka Rybaka.


25.8.2012 - Ustka
Sobota 12:00

Wiersz z książki „Szudroczyć"

zygpru1948 2022.08.06; 01:43:37
ZATOKA INTYMNEGO PRZYMIERZA - część trzecia

Dział: Kultura Temat: Literatura



Zygmunt Jan Prusiński


WEDLE WSZYSTKICH PIEŚNI I POWROTÓW

Irenie Wiszniewskiej


Motto: Drgaj Ireno, drgaj; odbieraj mnie miłością!



Skraplam Pamięć.
Rośniesz mi w objęciach,
dotykam miejsca czułe - grasz.

Zrywam korę sosnową,
robię łódeczki o nazwie "Irena" -
płyną przez Ocean Atlantyk...

To jest armia moich uczuć.
I ptaki morskie przenoszą,
i wichry i huragany pomagają mi.

Kochanie na odległość
jest męczącą wizytówką...

Mijam pomniki zasłużonych. -
Czy taki Pomnik zbudujesz dla mnie,
że z tego kochania wyrastały lasy?

Ireno moich snów -
jestem już w tobie!

Ta melodia dawno gra...
Czujesz? Czujesz moje zbliżanie?


25.05.2010 - Ustka
Wtorek 7:26

zygpru1948 2022.08.06; 01:40:49
Zygmunt Jan Prusiński



TA WNIKLIWOŚĆ I ZAMĘT

Wioletcie Biernackiej - Góreckiej


Przystrajam chwile,
niepewność jak przed kałużą
wtapiam się głębiej -
filozofię miłości badam.

Rzeczy i człowiek
mężczyzna i kobieta,
i całość dotknięta lasem
intymnym zapachem.

Przejdziemy Wioletto
przez rzekę,
ta próba jest ważna.

Po drugiej stronie
czeka słońce,
i polana rozlana
na strony.

- Czy chcesz wstąpić
w moje ramiona,
posłuchać muzyki
i synkopy...?

Jestem przygotowany
przyjąć cię z honorami.
Zamknij oczy - wchodzę,
następuje wstępny akt...


24.05.2010 - Ustka
Poniedziałek 18:57

https://www.salon24.pl/u/korespondentwojenny/1166998,zatoka-intymnego-przymierza-czesc-iii

zygpru1948 2022.08.06; 01:38:41
Zygmunt Jan Prusiński


MOJE SŁOWA LECZĄ


Piszę tę książkę o miłości
zapraszam do niej by kochać
intymne światy –
porusz świt opuszkami
porusz świt ustami
nie skąp mi dojrzeć ud twoich
i bioder – skupiam się na sztuce
umiem to czynić jak w malarstwie
dobieram farby uczuć
zamierzam rozszerzać loty w dolinie
byś była szczęśliwa w szczycie impulsu
tak bardzo nagiej i otwartej
zagarnąć nie tylko szept motyla
ale całą twoją przestrzeń…


3.06.2020 – Ustka
Środa 5:19

Wiersz z książki "Anioł doliny"

zygpru1948 2022.08.06; 01:35:29
NOC W TEATRZE - część pierwsza
Dział: Kultura Temat: Literatura



Zygmunt Jan Prusiński

NOC W TEATRZE

Motto: Życie bez teatru
jest nic niewarte...


Ukryjemy się w teatrze
jedną noc spędzimy Ewo,
jeden aktor i jeden widz
wystarczy nam kilka aktów.

Nie będziesz głodna miłości
zafunduję rozmach na scenie
posłuchasz głosu kochanka.

Będzie grająca katarynka
i mała wesoła karuzela,
dwie papużki i dwa pawie
serce nocy sto uśmiechów.

A o świcie wymkniemy się
cieniem porannego światła...


24.3.2015 - Ustka
Wtorek 16:27

zygpru1948 2022.08.06; 01:26:48
Zygmunt Jan Prusiński


WIDOK KOBIETY Z OTWOCKA...

Karolinie Deczewskiej


Widoki są różne.
Czasem zatrzymuje mnie kamień w polu,
rozmawiam o jego samotności – sam będąc samotnym.

Widoki są różne.
Stawy bezimienne a w nich żaby rechoczące,
czy liny, karasie, karpie – ten jeden wodny koncert
i mój solisty zabieg piękna kiedy śpiewam o kobiecie z Otwocka.

Widoki są różne.
Spalam kalorie biegnąc do Śródborowa,
lub do Karczewa lasem – ile to ja miejsc odpoczynku zostawiłem
we wrzosowiskach; do dziś słyszę szum sosnowych gałęzi.

Widoki są różne.
Karolina szykuje dla mnie kolację,
dwie świece zapali w saloniku smukłe jak prośba – zatańczę
z nią nagą noc w Otwocku na Matejki 3; rozkocham cienie...

Widoki są różne.
Czasem zatrzymuje mnie kamień w polu,
rozmawiam o jego samotności – sam będąc samotnym.


26.12.2010 – Ustka
Niedziela 19:20

zygpru1948 2022.08.06; 01:23:56
Zygmunt Jan Prusiński


PONIEDZIAŁKOWE POCAŁUNKI

Motto: "wiem i nie wątpię
i nie zwątpię nigdy"
- Penelopa Ewa Bednarz


Na razie walc przycichł
gołębie odleciały
a ja roznoszę myśli o niej -
choć to nie jest niespodzianka.

Wiedzą o tym wszyscy
że zdejmuję jej pantofle
by podróżować z nią
w istotnych zasłonkach.

Obserwuje mój ruch
leży tak otwarta w sobie
bym mógł dotrzeć w głąb
wiersza przez nią napisany.

To jest rzeźba - poetka
moich erotycznych zwiastun
w cichej Zatoce Delfinów.

I nic nam nie potrzeba
poranny świt z wiatrem
podaje nam metrum...

I tak czynimy nutami rąk
aż do ostatniego rozdziału!


25.2.2013 - Ustka
Poniedziałek 10:28

Wiersz z książki "Erotyczne zwiastowanie"

zygpru1948 2022.08.06; 01:11:19
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

09.04.2012 15:10


@Zygmunt Jan Prusiński

Podoba mi się Pański wiersz "Boska komedia i moje cygaro". Nic dodać nic ująć, samo sedno poetyckich, subtelnych niepokojów, ledwie zarysowanych tęsknot, bez nachalności i szczypta zgryźliwego humoru (pod swoim adresem). Ta układanka się Panu udała. Jest w tym metafizyka.

O mnie proszę się nie martwić, mam coś z błędnego, średniowiecznego rycerza, ale nie tak głupiego, jak ten z ballady Schillera "Rękawiczka", żebym z kaprysu złej damy wchodził między lwy. Natomiast jak błędny rycerz traktuję kobiety po rycersku, czy Pan nie zauważył, że traktuję tak panią Mar? (głosząc wszędzie, że jest najpiękniejszą damą z La Manczy? Niestety, nie ma już renesansowych kobiet, jak u Boccacia, gdzie panny potrafią wysłuchiwać (z przyjemnością i zrozumieniem) pikantnych historii i opowiadać takież same, podszyte filozoficznym podtekstem (czasem erotycznym). Te panny są ciekawe! Nasze nudne jak flaki z olejem! No, niech Pan poczyta Dekamerona a zrozumie Pan o co mi chodzi. Że te współczesne idiotki (niektóre) robią się na wyzwolone (ale bez odpowiedniego uzbrojenia intelektualnego), pozując na wielce wykształcone, przemądrzałe ale w istocie rzeczy posługują się jakimś gnuśnym, zastraszonym myśleniem rodem z pipidówki, gdzie nauczone w dzieciństwie przez księdza fałszywej skromności, teraz bredzą na okrągło, że kobiecość wymaga od mężczyzny poszanowania (a przecież my je nie namawiamy do jakiejś sodomii albo słuchania obrzydliwych historii), a mają na myśli (mówiąc o szacunku) to, żebyś im schlebiał, bił pokłony przed ich inteligencją, mądrością i wytwornością (którą mają tylko w dobrych chęciach i w słowach, w pustosłowiu, we własnej próżności, ale nie w duszy i w umyśle).

No jednym słowem, Panie Zygmuncie, chciałbym spotkać naprawdę inteligentną kobietę (chociaż może lepiej nie!, bo już dość mam tego humbugu), mam na myśli kobietę, jak w Dekameronie), bo toto z czym mam zwykle do czynienia, to się oczytało jakichś skrótowców, mądrości w pismach dla kobiet, jakichś samouczków jak być mądrą i piękną, że "człowiek brzmi dumnie" etc. jakieś dyrdymały o "miłości" i "przyjaźni" (a samo nie jest do tego zdolne i nie wie jak przyjaźń wygląda) - (bo w gazetach piszą o "przyjaźni" - pseudomiłości między Brucem Willisem a jego następną damską zabawką, czyli o przyjaźni w światowym ujęciu) i powtarzania przez nią jedno i to samo, na okrągło.

zygpru1948 2022.08.06; 01:11:03
Czy pani Jola Butkiewicz nie zrobiła Panu awantury, że napisał Pan w wierszu, że robi placki ziemniaczane na golasa?. Przecież one widzą w tym śmiertelną obrazę swego majestatu, gdy Pan przez sekundę zechcesz dworować sobie (poetycko, ale delikatnie, dowcipnie i ze szczerej sympatii) w jakimś temacie, w którym występują one (napuszone i napompowane kobiecą godnością). Bo w ich wyobrażeniu, byłoby wtedy dobrze, gdyby facet pisał i mówił (kadził), że one robią placki ziemniaczane w brylantach i w krynolinie, a Pan je adoruje na klęczkach. Kurwa, co za wampuka!


PS. A co do moich droczeń z panią Mar Canelą, to to są tylko moje ćwiczenia stylistyczne, nic więcej. Moje prawdziwe poglądy filozoficzne na istnienie świata i rzeczy są daleko ukryte i nie dla profanów.

Aż mam w tej chwili ochotę odpowiedzieć pani Małgosi (ale nie chce mi się otwierać do niej nowej notatki), że się upiera niepotrzebnie przy tym, że kobieta się nie oddaje mężczyźnie tylko mu siebie "udziela"? Ona pisze, że podczas stosunku miłosnego, ona się sobą z nim dzieli? Nie oddaje siebie, bo by jej to ubliżało! Tym samym daje wyraz, że jest jakąś niewolnicą, bez własnej autonomii, która nie posiada nawet samej siebie, własnej woli, pełnej własnej świadomości, rozeznania dobra i zła etc.! czyli nie jest zdolna do prawdziwej miłości! A czy "podzielić" się z kimś chlebem, to nie znaczy oddać mu tego kawałka na wyłączne posiadanie? Ba, co więcej, czy nie znaczy to oddać mu kawałek siebie samego? Jak w międzyludzkiej komunii społecznego współżycia? Czy ona nie wie, że posiadanie jest i wtedy, gdy występują fale czynnościowe w mózgu rejestrujące istnienie w naszej świadomości jakiegoś zewnętrznego przedmiotu? Jeśli są czynności poznawcze i stany świadomości to jest posiadanie czegoś, albo ich wcale nie ma i jest stan nieprzytomności. Kobiety i mężczyźni, muszą się posiadać, wzajemnie (żeby tworzyć stan ludzkości) w sposób różnoraki, fizyczny, miłosny, seksualny, prawny, poetycki, świadomościowy etc. Musimy mówić o posiadaniu a nie o czym innym (np. dzieleniu się z sobą, bo dzielnie jest fazą wstępną albo inną nazwą na udzielnie prawa do posiadania). Bo posiadając kobietę podczas stosunku miłosnego, jesteśmy świadomi tego stosunku i wtedy w ten sposób ją posiadamy, czy ona tego chce czy nie chce, gdy już rozłożyła nogi i współdziała w tym, żebyśmy jej włożyli penisa. A pani Canela chce ten akt nazywać "podarunkiem" ale nie oddaniem siebie (na chwilę, swej waginy w moc posiadania męskich rąk i członków (i obmierzłych pysków! mlus-mlus! mlas-mlas!). Jej wola tak sądzić! Jej wola tak się samookłamywać! Ale czy ona sądzi, że rozkładając nogi nie oddaje się w posiadanie tylko (co?) obdarowuje? albo się dzieli (sobą), udziela?

Udziela się, czy udziela czegoś - bo tu jest istotna semantyczno-filozoficzna różnica! W "udzielaniu się" występują inne akty neontyczne (jakby powiedział Sartre czy Husserl) a w udzielaniu czegoś jeszcze inne. Kobieta udziela siebie samej, albo swej pochwy, mężczyźnie w zależności od stopnia własnej interioryzacji, świadomości łączności ze swym ciałem, zazdrości o własne ego itd. Czym się różni oddanie samej siebie od oddania swej waginy w posiadanie mężczyzny? Łączy się to z prawem mężczyzny do posiadania dziecka. Jeśli mężczyzna nie ma prawa do posiadania kobiety, matki swego dziecka, to nie ma prawa również do tego dziecka. (To po diabla wkładać jej kutasa!) Powtarzam, czy w akcie miłosnego oddania nie mamy do czynienia z decyzją kobiety: oddaję ci moją waginę i mnie samą, zrób z nimi co chcesz! A skoro cię kocham i ufam ci, to ufam, że nie potniesz mnie na kawałki nożyczkami. Pani Canela boi się, że ją partner potnie nożyczkami, dlatego może mu tylko podarować na chwilę, czyli udzielić ewentualnie pożyczyć swej wagińci, żeby sobie wsadził przez lejek, na chwilę, a ona go będzie bacznie obserwować, czy nie nadużywa stanu używania. Krańcowa nieufność do mężczyzny i drugiego człowieka (obawa i strach przed obcym) - (przy nieustannych zapewnieniach o własnym pojęciu o wysokich uczuciach jakimi powinna charakteryzować się miłość). Stosunek miłosny, to jest nic innego, niż oddanie w posiadanie, w chwili gdy facet wkłada kobiecie penisa do pochwy, i tę pochwę na swym członku i członkiem, posiada, kobieta już nią nie "rządzi" (chociaż rządzi w ten sposób, że swą waginą męskiego członka i mężczyznę wzajemnie posiada. Ale z drugiej strony (patrzcie ludziska, co to za dziwne stworzenie ta wagina) wagina wobec umysłu kobiety jest autonomiczna i chce być posiadana, i należy do mężczyzny, bo kobieta (jako psychofizyczna całość) ją oddała mężczyźnie (i wagina nie ma nic to powiedzenia, chociaż czasem waginę łechtaczka boli, bo ją mężczyzna traktuje zbyt mściwie i brutalnie, ale kobieta mówi (do waginy) cierp, bo ja go kocham!), gdy tymczasem mężczyzna używa jej sobie (i na niej) jak "swoje", do momentu, gdy sobie zrobi dobrze (jak byk na krowie - jest to wersja ordynarna, bo są i wersje idealistyczne - wydumane przez metafizyków i poetów).

Nie chcę komentować logiczności pani Mar, niech sobie myśli co chce, ale rozmowa z nią nie bardzo ma sens, skoro rozmówca twierdzi, że słońce jest białe i tylko białe, bo takim go widzi. Jest białe ale również różowe, złote, niebieskie etc. O, albo to, że jest jakowaś "energia" wyobrażona po "buddyjsku", która jest niezniszczalna i wędruje przyczepiona do rzeczy, do przedmiotu (jak że co psiego ogona), albo też wędruje sama (gdzie chce) itp. Z wszystkiego, z każdego pojęcia można zrobić efekciarski gadżet myślowy i używać go jako zdania zastępczego (wmawiając rozmówcy, to jest to zdanie właściwe, choć oboje wiedzą, że nie na temat), bo się nic istotnego nie ma rozmówcy do powiedzenia. A gdy Skręt - rozmówca u Pana na blogu zwraca uwagę na jakiś nowy aspekt sprawy (zwykle dziwny bo świat jest wciąż zaskakujący), to się mówi, że Skręt świntuszy i bulwersuje. Patrzcie państwo, czyżbym miał aż z tak naiwną publiką do czynienia? Cóż on takiego bulwersuje? Mówi coś co jest niezgodne ze zdrowym rozsądkiem? Z opinią większości. To prawda, mówi coś czego opinia większości nigdy nie słyszała i nie potrafi sobie tego wyobrazić, więc to jest rozmowa dziada do obrazu. Ale trudno, Skręt tak musi, musi sam sobie ubarwiać nudę czytania wciąż tych samych komunałów, które PT., blogowicze wypisują jako perełki swej inteligencji i zachwycają się nimi nawzajem. Miernota zawsze znajdzie uznanie w oczach drugiej miernoty.


PS. Co do Pańskich wirtualnych małżeństw, to ma Pan rację, ale to też się wiąże w wirtualnym czy też intencjonalnym posiadaniem. Ponieważ posiada się coś (przedmiot) najpierw w myślach, czyli posiada się myśl... czyż ja czytając Pana nie posiadam Pana, Pańskich myśli w swojej świadomości? (inaczej bym nie rozumiał co czytam, o co Panu chodzi). Czyż Pan czytając mnie nie posiadasz mnie? Części, mojej świadomości? Gdybyś mnie nie posiadał, to byś mnie Pan nie rozumiał. Chyba logiczne. Posiadanie wcale nie oznacza jeszcze dosłownego i doskonałego zrozumienia czyli posiadania, ale to jest już wyższa szkoła jazdy! To należy do epistemologii i filozofii nie będziemy się tu uczyć. Tym nie mniej, nie róbmy ze świata niezrozumiałego domu wariatów. Starajmy się zrozumieć ile się da i zabawić jego komicznymi właściwościami, które są właściwościami nas samych. To my jesteśmy komiczni w naszych pretensjach do zrozumienia tego czy owego (czego nie wiemy i wiedzieć nie będziemy). Ja nie przeczę, że jestem zaciekawiony osobowością pani Caneli i dlatego robiłem takie "dziwne ruchy" myśląc, że ten szyfr będzie przez nią odczytany i ona też za pomocą "dziwnych ruchów" (nie mylić z seksualnymi), myślowych, gier myślowych, symbolicznych komunikatów, sformalizowanych w języku, aluzji, pani Canela też podejmie grę pt. "o, taka jestem, tu mnie smaruj, to mnie bawi, to mnie zaciekawia, ja mam taką zabawkę a ty mi pokaż swoją..." (tu nawet nie chodzi o flircik, tylko o ciekawą znajomość i zabawne żarty - a nie o mecz bokserski, że ja jestem mądrzejsza, ja jestem wyższą nad mężczyzną istotą, kobietą i ty uważaj, bo cię zniszczę) ale to mi się nie uda z tym adresatem. Za dużo tu nadęcia i pozy. To może być dobre dla Pana, te zabawy w księżniczki i grandezy.

O Boże, zdechnę ze śmiechu!


Zygmunt Jan Prusiński Sukienki i Motyle - część II

______________________________


Zygmunt Jan Prusiński


BOSKA KOMEDIA I MOJE CYGARO

Jolancie Marii Butkiewicz


We wsi Butkiewicz wiosna przyszła,
trochę rozczochrana
jak kochanka w łóżku.

Wróciłem z dalekiej podróży,
akurat Jola smaży mi placki ziemniaczane
- przy kuchni stoi nago.

Siedzę przy stole i palę cygaro -
podarowane od Fidela starca,
przyglądam się jej figurze.

I w tej Boskiej Komedii u niej w domu,
uczę się nowych myśli o kobiecie...

- Taki z niej czarownik.


19.6.2011 - Ustka
Niedziela 10:20


_________________Wiersz z książki "Złap mój księżyc"

zygpru1948 2022.08.06; 01:08:18
Dziennik pisarza Karola Zielińskiego z Krakowa

14.04.2012 01:10


@Zygmunt Jan Prusiński

Witam! Panie Zygmuncie nie pomnę w tej chwili autora ani dokładnie tytułu, ale we francuskiej książce (bodajże) "Rycerz, kleryk i kobieta" autor pisze, że instytucja średniowiecznych X-XIV w. trubadurów i truwerów polegała na tym, że poeta opiewający piękno i wdzięki możnej pani (na zamku lub gwarnym dworze) mógł być tylko ubogi klery, świszczypała, student etc. Mógł on zbliżać się do pani na odległość stołu, ale nie bliżej. O dotknięciu jej ręki mógł sobie tylko biedak pomarzyć.

Rycerzem który wybierał sobie damę swego serca mógł być człowiek majętny, szlacheckiego pochodzenia, ale nie za bogaty i również nie było mowy żeby się mógł z damą swego serca spoufalać, dotykać ją itp. Mógł ją co najwyżej pocałować w rękę. Byli jednak oni potrzebni, żeby robić wokół pani sztuczny tłok, w którym przemykali prawdziwi kochankowie, zwykle możni rywale męża tejże damy i pani. To dopiero oni mogli panią chędożyć, za co, gdyby się, doniosło do rozwścieczonego rogatego męża, głowę by stracił trubadur i poeta, bowiem często widziano go przy stole pani, jak jej przygrywał do posiłku i umilał czas swoim śpiewem. On bowiem służył za parawan. Jego widziano publicznie, miał prawo widywać panią w ramach pracy "kulturalno-oświatowej".


To co Pan pisze o "swoich kobietach" to ja wiem to doskonale, co tu jest grane, że właściwie jedyną kobietą z krwi i kości jest tylko pani Mar. Wszystkie inne, to albo Pańskie wymyślunki, z którymi Pan rozmawia i pisze właściwie sam ze sobą, natomiast takie jak pani Jolanta-Kaszmir, to nie wiem, ale wysoce dla mnie podejrzana figura. W każdym razie chyba nie Pan. Zresztą gdyby nawet tak było, to nie mógł był Pan wiedzieć, gdyby miał Pan rozdwojenie, roztrojenie itd. jaźni. Piszę "podejrzana", bo ostatnio wypowiada się na blogu Sowińca jako "Kaszmir" i jej portret psychologiczny z tego i tamtego blogu niezbyt mi pasuje do całości. Na marginesie powiem, że wszystkie te figury, które dawały wypowiedzi i dają na tej "ale literaturze" są jakieś enigmatyczne oprócz takich osób jak Pan, jak Sowiniec, jak Bochwic. Wiem mniej więcej o co Sowińcowi chodzi, jaką ma swoją politykę, wiem też że pani Bochwic nie jest czymś w rodzaju agentury. Ale za resztę nie dałbym sobie ręki uciąć, czy my nie gadamy z jakimiś agentami Bondami. Diabli wiedzą jaką wobec nas mają politykę, czy chodzi o to, żeby nas kanalizować, tonizować nasze wypowiedzi, czy też do czegoś podbechtywać. Zastanawiające jest dla mnie to, że na czyjąś sugestię zamknięto i przywrócono Pańską stronę, chociaż Pan wcale nie zmienił swoich nawyków, a ja poza otwarciem kilku innych blogów na innych witrynach, piszę właściwie tak samo. Mój kolega uważa, że w tym całym internetowym interesie odchodzi robota szpiegowska na całego, przeróżnych szpiegowskich agencji.

zygpru1948 2022.08.06; 01:07:59
PS. Co do Pańskich narzekań, że jest Pan męczennikiem, to nic podobnego. Pan męczennikiem był jak się Pan męczył na dupie Pameli Amon, albo wychowywał Pan dzieci i bronił się Pan przed żonami, żeby nie szły do sądu po rozwód. Ale teraz muszę się przyłączyć do zdania pani Mar, że jesteś (świadomym, bo chcesz nim być) błaznem! Inna sprawa że to dowodzi cech człowieka myślącego, który nie chcąc utracić kontaktu z rzeczywistością, pełną innych błaznów, musi sam upodobnić się do błazna.

PS II. Nota bene miałem kiedyś pretensje do Marianny Bocian (nazywałem ją Alicją), że nie rozumie w swym poemacie (o wielkiej rozpiętości tematycznej, od czasów saskich przez rozbiory aż do współczesności) trudnej roli Stanisława Poniatowskiego nazywając go błaznem. Moim zdaniem to dowodziło jej płytkiej znajomości historii, procesów historycznych, psychologi rządzenia i mentalności tamtych ludzi etc. Bowiem bardzo łatwo zostać błaznem wbrew swej woli, wypromowanym na błazna i sterowanym przez innych, natomiast bardzo trudno zostać błaznem samemu, żeby uniknąć jeszcze większego, wymuszonego na nas przez innych błazeństwa.

PS III. Moim zdaniem, upadek rozbiorowy I Rzeczpospolitej był nieuchronny, bo Polska była jedynym wielkim krajem w Europie, który był najstarszym organizmem państwowym i ten kraj (w sensie państwo), musiał się pierwszy znużyć trudnościami trwania w historii i własną przeszłością i rozlecieć z braku wewnętrznej woli i spójności. Polska trwała jako spójny wielki organizm od ok. 1350 r. czyli od Kazimierza Wielkiego. Natomiast w tym czasie Francja i wszystkie inne kraje europejskie walczyły o swoje scalanie, jak Włochy, Austria, Anglia czy Francja (albo wręcz były w powijakach jak Rosja), lub były pokawałkowane jak Niemcy, malutkie jak Austria, rozbite dzielnicowo i etnicznie jak Hiszpania etc. Dlatego nie powinno dziwić, że Polacy jako najstarszy w Europie naród, w sensie - jako zbiór jednostek o własnej świadomości państwowej, jesteśmy tacy zblazowani, zmęczeni i wykazujący cechy nihilizmu, czyli poglądu, że wszystko już było i nie ma się już czego dobrego spodziewać. Przypominamy starożytnych rzymian, który po tysiącu lat historii, podbojów, świetności... mieli wszystkiego dosyć i czekali na barbarzyńców. Tak jak my. Niemcy wobec nas są narodem młodym (w sensie jednostek które... etc.), w tym sensie, że byli w rozbiciu dzielnicowym do 1873 r. Austria była zlepkiem różnych szczepów i narodzików. Węgrzy są równie starożytni jak Polacy, ale zbyt ich mało, jakby mieli zaszczepione w genach jakieś kurduplostwo. Turcy formowali się pięćset ostatnich lat, czyli są młodzi, Francuzi proces swego formowania zakończyli na dobrą sprawę w nie czasach Henryka Walezego i nie Franciszka I, ale dopiero w czasach Ludwika XIV i Kardynała Mazariniego. Więc o co można mieć pretensje do Polaków? O to, że są zbyt dojrzali!? Albo że są przejrzali, jak te gruszki na starym drzewie i spadają na ziemię, bo nie chcą się już trzymać gałązek życia? Polacy to elita wśród narodów i ich arystokracja. Dlatego wśród Polaków jest tylu zaprzańców, buntowników i wariatów. Ale są to szlachetni zaprzańcy, buntownicy, dewianci i wariaci. To wszystko z przesublimowania i przebrasowania. To dlatego polska kobieta przypomina jakąś zdziwaczałą sukę egzotycznej wynaturzonej rasy. Również Polak, mężczyzna z rasy Polaków, to ni pies ni wydra, ni to kundel, skundlony cham, ni rasowy szlachcic. Na pozór nie mamy w sobie nic, co przypomina hodowlaną elitę (w eugenice i nauce o dziedziczności elita, to pierwsze pokolenie nowej rasy, od której pochodzi łańcuszek nowych, następnych pokoleń), z której żeśmy wyrośli, a przecież właśnie mamy wszystkie jej cechy tylko spotęgowane, często do granic karykaturalnych. Jeśli coś za bardzo przypomina pierwowzory, i stwarza wrażenie większej oryginalności od oryginału, to jako przedobrzone nie budzi zaufania i przynosi więcej kłopotów niż pożytku.

Tak jest z naszym polskim narodem, że nadajemy się tylko żeby nas wsadzili w ramkę za obrazek i mówili, "tak wygląda prawdziwy stary Europejczyk po tysiącu lat nieprzerwanej państwowości" (120 lat rozbiorów się nie liczy, bo państwo w głowach Polaków nie przestało istnieć - dzięki kulturze). Właściwie taki stary Europejczyk nadaje się już na emeryturę a nie do rządzenia, pracowania i zdobywania własnego etat detre (nie ma tu w narzędziach znaków do francuskiej pisowni), czyli po polsku: racji istnienia. Co ciekawe, komuniści po wojnie całą swą dydaktyczną działalnością w szkolnictwie, w teatrze, w prasie, rękami inteligentów poczuwających się do przynależności do szlachectwa urabiały nowe pokolenia (chłopów) na potomków sarmackich szlachciców (nie na robotników i chłopów - robotnicy i chłopi, to był odprysk). Ja dostałem od nich zakaz pisania, bo byłem przeciwko urabianiu takich pokoleń (niczym Dostojewski w carskiej Rosji), które jak hrabia Henryk z Nieboskiej byli w cynicznej, młodej i bandyckiej Europie ciamajdami, dającymi zagranicznym chamom sobie w kaszę dmuchać. Cóż z tego, że polski szlachcic nadawał się do loży masońskiej paryskiego rytu (jako okaz wysublimowanego i zdziwaczałego oryginała) jak nikt, skoro rządzili nim w niej młode francuskie chamy nobilitowane na szlachciców dopiero po Wielkiej Rewolucji Francuskiej?


Kończąc, żeby się nie rozpędzać, Marianna Bocian, moim zdaniem, tego wszystkiego nie rozumiała, i jakiż tu z niej był do cholery Norwid w spódnicy?!. Denerwuje mnie to licencja poetica, ten zasrany poetycki pseudojęzyk, ludzi którzy rozumując płytko, bajdurzą co im ślina na język przyniesie. Ja się Panie Zygmuncie to tego towarzystwa nie nadaję. Uważam, że poeta dużego kalibru musi być jednocześnie uczonym dużego kalibru, bo poezja jest naczelnym narzędziem ludzkiego poznania. I odmawiam tego miana ludziom myślącym płytko albo udających myślicieli. Co innego sklecać rymy, dokładać wolne metafory do metafor, a co innego (tak jak Ginter Grass) zanurzać się w język całej ludzkości, sięgając do pra-mowy i pra-języka, mówiąc, że coś "musi być powiedziane" tylko dlatego, że to "musi być powiedziane", bo tego żąda pra-język i pra-mowa. "Kiedy kamienie krzyczą", to Pana słowa - dopiero wtedy ma prawo i przymus odezwać się poeta, nie wcześniej. Czyli, poezja jest sprawą etyki, nie estetyki. Natomiast "twórca" składający zgrabne wierszyki (dla wyrażenia estetyki), cóż, jest tylko umownym poetą, według licencji poetica. Otóż "Pan Tadeusz" nie musiałby przez Adama Mickiewicza napisany i nic by się złego nie stało, gdyby go Polacy nie dostali i nie czytali. Natomiast "Księgi Pielgrzymstwa Polskiego" (o wędrówce w głąb polskiej jaźni) musiały być napisane i źle się dzieje, że Polacy ich nie znają i nie czytają. Bo nie czytając takich tekstów oduczą się myślenia i właściwego posługiwania się językiem, który nie dopuszcza do zatracenia ich człowieczeństwa. Dlatego też u nas tylu alkoholików, skurwysynów, złodziei, bandytów, oszustów etc. Być może nie więcej niż u innych, znacznie młodszych od nas nacji. Ale te młodsze nacje można usprawiedliwić tym, że ona dopiero myślenia zaczęły się uczyć długo potem, gdyśmy już byli ukształtowani.

PS III. Gdyby ktoś podnosił sprawę starożytności narodu niemieckiego, to spieszę wyjaśnić, że różnice między językiem północno-niemieckim a południowo-niemieckim rozstrzygnął dopiero Adolf Hitler, likwidując strukturę Rzeszy jako odrębnych organizmów państwowych. Czyli, wychodzi na to, że Hitler jest twórcą nowoczesnych Niemiec i jedności Niemców. Powinni o nim mówić z szacunkiem, z wdzięcznością i czułością: "Nasz ojciec. Tatuś!" Aż do czasów Bismarcka Niemcy z południa kłócili się z północnymi, które narzecze jest ważniejsze. Bardzo długo mówiąc północno i południowymi odmianami, nie bardzo mogli się z sobą porozumieć. Uczeni piszą, że sprawa rozłamu Niemców na dwa różne narody wahała się bardzo długo.

PS IV. No to moje zdanie na temat zasług Hitlera dla narodu niemieckiego, Pan zna.


Zygmunt Jan Prusiński Sukienki i Motyle - część II

zygpru1948 2022.08.06; 00:59:17
Spacer - Anna Achmatowa


O wierzch powozu zahaczyłam piórem.
W oczy spojrzałam mu - i serce drgnęło,
Przejęte nagle jakimś dziwnym bólem,
Chociaż nieszczęścia przyczyn nie pojęło.

Pod stropem nieba i chmur skłębionych
Wieczór żałością skuty cichą.
I niby tuszem nakreślony
Buloński Lasek ze starych sztychów.

Benzyny woń i bzu aromat,
Spokój, co czujną drga udręką...
On znowu dotknął moich kolan
Prawie nieczułą, obcą ręką.

Anna Achmatowa
tłum. Wanda Grodzieńska

zygpru1948 2022.08.06; 00:58:21
Dante - Anna Achmatowa



Il mio bel San Giovanni.
Dante. Inferno.

Nawet i po śmierci nie powrócił
Do prastarej, bliskiej mu Florencji.
Gdy odchodził, ani się obrócił,
Jemu śpiewam pieśń tę najgoręcej.
Noc, pochodnia i ostatni uścisk,
Dzikie wycie losu brzmi za progiem.
Z głębi piekła na nią klątwę rzucił
I pamiętał o niej w raju błogim.
Ale bosy, w koszuli pokutnej,
Z zapaloną świecą już nie przeszedł
Po Florencji, niskiej i okrutnej,
Upragnionej, wiarołomnej, butnej...

Anna Achmatowa
przeł. Włodzimierz Słobodnik

zygpru1948 2022.08.06; 00:49:33
Piosenka o dniu pożegnania - Anna Achmatowa


Tak bezradnie pierś stygła mi z chłodu,
Ale szłam, zda się, lekko i żwawo.
Rękawiczkę, ot tak, bez powodu,
Z lewej ręki włożyłam na prawą.

I zdawało się, schodków tak dużo,
A widziałam, że tylko trzy były.
Klon zaszumiał w jesiennej wichurze..
Prosił. Zejdźmy do wspólnej mogiły!

Mnie oszukał, czy słyszysz, los srogi,
Los niedobry i zmienny zarazem.
Zawołałam: "Mój miły, mój drogi,
I mnie również. Umrzyjmy więc razem".

Oto piosnka o dniu pożegnalnym.
Obrzuciłam dom ciemny spojrzeniem.
Tylko świece jaśniały w sypialnym
Obojętnie-żółtym płomieniem.

Anna Achmatowa
tłum. Leonard Podhorski-Okołów

zygpru1948 2022.08.06; 00:48:51
Napis na portrecie - Anna Achmatowa


Pomiot czarta i pełni księżyca,
Śnieżny marmur w półmroku alei,
Tancereczka, fatalna dziewica,
Najpiękniejsza ze wszystkich kamei.
To przez takie wielu śmierć spotkało,
To po taką Czyngis-chan słał posła,
Taka sama tacę we krwi całą
Z głową Jana Chrzciciela przyniosła.

Anna Achmatowa
przekład Zbigniew Dmitroca

zygpru1948 2022.08.06; 00:48:12
Tajemny mur - Anna Achmatowa


Tajemny mur w zbliżeniu ludzkim bywa,
Namiętność nie pokona go ni miłość -
Choćbyś do warg w palącej ciszy przywarł,
Choćby z pragnienia serce ci krwawiło.

Ni przyjaźń mocy tych nie zdoła przemóc,
Ni czas, co wzniosłe szczęście opromienia,
Gdy obca sercu swobodnemu
Leniwa rozkosz ukojenia.

Szaleni ci, co dążą do niej,
Kto posiadł ją - goryczą się napoił...

Anna Achmatowa
tł. Zygmunt Braude

zygpru1948 2022.08.06; 00:46:43
Trzy jesienie - Anna Achmatowa


Nie jestem wrażliwa na lata umizgi,
Zima też bez zagadek, na ogół,
Lecz opętana innym zjawiskiem
Wypatrzyłam - trzy jesienie co roku.

Ta pierwsza - świąteczna, gdy koniec i kwita
Z porządkami wczorajszego lata,
I liście fruwają jak strzępy zeszytów,
A dymek zanosi słodkawym błękitem.
Jak mokro, jak pstro, ile światła.

Już pierwsze do tańca zbiegają się brzózki
W przejrzystym stroiku na barkach,
Strząsają pośpiesznie ulotne swe łezki
Na sąsiadkę, ot tak, przez parkan.

Lecz bywa to ledwie zadatek splendoru,
Liczone minuty - i oto
Mknie druga - posępna, jak lekcja pokory,
Z nieodwracalnością nalotu.

I wszyscy od razu i bledsi, i starsi,
Zdewastowany szyk letni,
A trąb złocistych marsz coraz dalszy
W zapachu odlata, w mgłach rzednie...

W tych woniach stygnących, w kotarach tumanu
Twarda jakaś czai się wieść.
Wiatr szarpnął, odsłonił - i stało się samo,
Że wszyscy pojęli: to kończy się dramat,
To nie trzecia jesień, to śmierć.

Anna Achmatowa
przełożył Józef Maśliński

zygpru1948 2022.08.06; 00:45:37
Miasto dzieciństwa - Anna Achmatowa


Miasto dzieciństwa, jakże miłe,
Kiedy tak w grudniu wyciszone,
Dziś w oka mgnieniu zobaczyłam
Jako dziedzictwo roztrwonione.
Wszystko, co samo szło do ręki,
Co rozdawałam od niechcenia:
Żarliwość duszy, modły, dzięki
I pierwszej pieśni upojenia -

Stajało jako dym ulotny,
Spłowiało w luster grze, w swawoli,
I oto już o niepowrotnym
Skrzypek beznosy zarzępolił.

Lecz z ciekawością cudzoziemki,
Łakomej na oczarowania,
Wsłuchuję się w ojczyste dźwięki,
Spoglądam na pędzące sanie.

I czysty, mocy zjawiskowej,
Mnie poryw szczęścia owiał naraz,
Jakby ktoś miły, bliski znowu,
Z czułością powiódł mnie na taras.

Anna Achmatowa
przełożył Józef Maśliński


Wiersze na topie:
1. Aktualny Fredro (30)
2. O powrotach do domu. (30)
3. dlaczego dziewczynka z zapałkami zamarzła (30)
4. jakiś czas (30)
5. Zdziczenie i resocjalizacja (30)

Autorzy na topie:
1. wikat (273)
2. Bou-lip-seleka (187)
3. Marcin Bartłomiej Olszewski (183)
4. Vich3r (138)
5. SpinKa (125)
więcej...